Oto nasza wspaniała przeszłość! Chwalebne archiwum Nimnaros.

Legenda Ervandoru (archiwum)Strona główa » Najwspanialsze Nimnarejskie Opowieści » Legenda Ervandoru » Legenda Ervandoru (archiwum)
Legenda Ervandoru (archiwum)
AutorTreść
Fristron
USER_AVATAR
Destero
Wysłany: 2005-01-23 21:44 Temat postu: Legenda Ervandoru
--------------------------------------------------------------------------------

Była noc... Miliardy gwiazd błyszczały zarówno na niebie jak i w toni spokojnego oceanu. Smuga srebrzystego światła, rzucana przez księżyc, zaczynała się przy piaszczystej, dzikiej plaży, a kończyła gdzieś daleko, za horyzontem. Nocne zwierzęta już dawno obudziły się do życia i dawały znać o swojej obecności miriadami różnych dźwięków dochodzących z wielkiego lasu, a jedynymi odgłosami, które zakłócały ich pieśń były szum fal i lekkiego wiatru.
Gdzieś w oddali, na skale wystającej ponad wody spokojnego oceanu, siedziała piękna syrena, nucąca swą cudowną pieśń. Natchnienia dodawało jej skupisko gwiazd nazywane "Koroną Świata". Gromada świecących niezwykle jasno gwiazd ułożonych w kształt diademu, górującego nad okręgiem symbolizującym świat. Dzisiaj "Korona Świata" świeciła niezwykle jasno, toteż pieśń syreny również była piękniejsza niż zwykle. Gwiazdy konstelacji zdawały się migotać w rytm jej pieśni - choć może to ona sama podporządkowywała się ich pięknu, hołdując im piękną pieśnią. Przez gwiazdozbiór przeleciała spadająca gwiazda, a syrena zanuciła tak pięknie, że nawet niektóre zwierzęta z dżungli zamilkły wsłuchując się w niesamowity głos pięknej istoty...
I nagle wszystko ustało...

Szum wiatru, odgłos drobnych fal rozbijających się o brzeg, głosy zwierząt, migotanie gwiazd, kometa zatrzymała na chwilę swój lot. Wszystkie zamarło w jednej, straszliwej, krótkiej chwili. Syrena straciła jedynie jedno uderzenie serca, toteż nie zauważyła krótkiej, fałszywej nutki, która pojawiła się w jej pieśni i nuciła dalej... Do czasu aż spojrzała na "Koronę Świata".
Pieśń zakończyła się nagle jednym, pełnym przerażenia westchnieniem... "Korona Świata" świeciła wściekłą czerwienią! "Diadem" zmienił swoją pozycję i teraz znajdował się nie nad, a pod okręgiem "Koroną Świata". Syrena zadrżała przerażona. Czy rozgniewała swą pieśnią niebiosa? Przecież tak się starała! Wpatrywała się intensywnie w Konstelację, pomimo strachu... Nie mogła oderwać od niej oczu. Mało nie zemdlała z przerażenia, gdy zauważyła, że na czarnym nieboskłonie nie widzi żadnych innych gwiazd... Nie było nawet księżyca! Chciała spojrzeć na ocean by poszukać odbić gwiazd na jego powierzchni... Zobaczyła tylko czerń... Ocean nie istniał, podobnie jak wszystko wokół niej. Plaża, drzewa, wiatr... Wszystko przestało istnieć. Nie słyszała szumu wiatru, odgłosów dżungli, fal... Widziała tylko spaczoną "Koronę Świata", która migotała w rytm bicia jej serca.

Ruszyła w głąb oceanu, o którym nawet nie wiedziała, że istniał. Ruszyła za "Koroną Świata", świecącą wściekłą czerwienią w jej zniszczonym umyśle... Ruszyła za głosem:
-"Zapomnienie to jedyna droga do celu..."

***

13 Blossonthal (Kwiecień) 1276r. ery II

Król Breanon II siedział przygarbiony na swym tronie. Korona ciążyła mu teraz bardziej niż kiedykolwiek. Królestwo Ervandoru rozpadało się na jego oczach, a on nie mógł nic na to poradzić. Wojna domowa podzieliła państwo na części Wschodnią i Zachodnią. Wiedział, że jedyna nadzieja pojednania leżała teraz w zaręczynach jego córki z księciem Kilderianem z Zachodniego Królestwa... A teraz jego córka nie żyła. Ciężki, dwudniowy poród zakończył się śmiercią jedynej, nienarodzonej nawet nadziei obydwóch królestw. Breanon próbował pocieszać się myślą, że jego żona, królowa Demeris, ciągle żyła, i choć osłabiona długim porodem, miała się dobrze, ale teraz nawet ta myśl nie mogła ukoić jego duszy. Królestwo, które odziedziczył po swoim ojcu, upadało teraz pod jego rządami. Król położył twarz w dłonie i zatopił się w myślach. Zaczynał odnosić wrażenie, że sami bogowie sprzymierzyli się przeciwko jego małemu królestwu. Wojna domowa pomiędzy dwoma zwaśnionymi rodami królewskimi, grupy bandytów grasujące w lasach i na traktach handlowych, pogłoski o wielkim, błękitnym smoku pustoszącym małe wioski, a teraz narodziny jego martwej córki... Ostatniej nadziei na zjednoczenie...

Najbardziej niepokojące były jednak wydarzenia ostatnich kilku nocy. "Korona Świata" zmieniła ułożenie gwiazd i zaczęła świecić wściekłą czerwienią. Nikt w królestwie nie wiedział jak to się stało ani co to oznacza. Nadworny astrolog Breanona pracował bez przerwy przez trzy ostatnie doby i nie odnalazł nic, co mogłoby wyjaśnić dziwne zjawisko. Król miał wyrzuty sumienia, na myśl, że zagroził astrologowi ścięciem głowy, jeśli ten nie znajdzie nic znaczącego. Postanowił, że odwiedzi astrologa - tak jak czynił to nad wyraz często podczas ostatnich dni - przeprosi go i pozwoli mu na odpoczynek.

***

Wchodząc po krętych schodach wieży astrologa Breanona ciągle dręczyły mroczne myśli. Zmiany w konstelacji "Korony Świata" spowodowały, że wielu obłąkanych i bezdomnych zaczęło szwendać się po ulicach stolicy Wschodniego Królestwa Ervandoru głosząc koniec świata lub nastanie nowej ery. W obydwu tych przypadkach jednak, morale obywateli królestwa ulegały znacznemu obniżeniu. Najgorsze było to, że "Korona Świata" zdawała się mieć jakiś wpływ na księżyc, który również zmienił swą barwę na czerwoną i każdej nocy w stolicy, budynki będące różnorakich kolorów zaczęły odbijać czerwień konstelacji. Nawet najciemniejszy zakątek ulicy rozjaśniony był czerwienią. Ludność była bliska paniki. Breanon dotarł na szczyt wieży, zastukał w drewnianą klapę w suficie i wszedł do "mieszkania" astrologa po drabince:
-Jesteś tu Torgarze?- Zawołał od wejścia Breanon
Odpowiedziała mu cisza. Król z wahaniem wszedł do pracowni, starając się zachować tak cicho jak tylko się da, w obawie, że mógłby oderwać astrologa od jakiegoś ważnego przełomu w obserwacjach "Korony Świata". W gabinecie Torgara nie było nikogo toteż król, odrobinę zdziwiony, poszedł do pomieszczenia obserwacyjnego. Gdy przeszedł przez próg jego oczom ukazał się obraz leżącego na ziemi astrologa, nie dającego najmniejszego znaku życia. Breanon podbiegł do nieruchomego Torgara i stwierdził bez większego trudu, że był on martwy... Kto z wypalonymi dziurami w miejscu oczu by nie był? Król hamując żółć podchodzącą mu do gardła spojrzał na dziwne, podłużne urządzenie nazywane przez astrologa "teleskopem". Szkiełko, przez które zawsze patrzył było strzaskane i leżało na podłodze. Breanon obejrzał całe urządzenie i stwierdził, że "szybka" po drugiej stronie podłużnej tuby również była rozbita w drobny mak. Nie wiedział, co się stało, a na dodatek jego jedyne źródło informacji o wydarzeniach ostatnich dni leżało martwe u jego stóp. Król opadł ciężko na ziemię i położył głowę na skulonych kolanach. Dopiero z tej pozycji dostrzegł, że Torgar trzyma coś w dłoni... Skrawek pożółkłego papieru. Król podpełzł na czworakach do martwego ciała i szybko wyrwał kawałek zwoju z niezwykle mocnego uścisku zmarłego. Rozwinął papier drżącymi dłońmi i natychmiast poznał pismo Torgara. Zdziwieniem i trwogą napełniła go treść osmalonego zwoju:
"Zapomnienie to jedyna droga do celu..."

***

14 Blossonthal (Kwiecień) 1276r. ery II

Następnego ranka król Breanon odwiedził swoją żonę, królową Demeris, by odbyć z nią poważną rozmowę. Nie rozumiał znaczenia słów zawartych na tajemniczym zwoju, lecz w świetle ostatnich wydarzeń miał przeczucie, że oznaczają one coś ważnego. Pogrążony w myślach Król Wschodniego Królestwa niemal wpadł na służkę, stojącą przed drzwiami pokoju jego żony. Stanął przed przestraszoną kobietą, podniósł dumnie głowę i powiedział oschle:
- Przepuść mnie kobieto. Chcę się widzieć z moją żoną.
- Najjaśniejszy P...panie - zająknęła się młoda służka - Królowa Demeris...
Oczy Breanona zwęziły się najpierw groźnie, lecz ich wyraz został natychmiast zastąpiony przerażeniem, gdy zobaczył łzy w oczach kobiety. Odepchnął kobietę na bok ramieniem i wpadł do pomieszczenia. Królowa Demeris leżała w swym łożu. Breanon podbiegł do niej i wziął jej dłoń w ręce. Demeris wyglądała jakby dopiero, co skończyła poród, a nawet gorzej. Miała bladą twarz, przekrwione oczy i sińce pod nimi. Król wiedział, że coś jest nie tak. Spojrzał pytająco na lekarzy, ale ci jedynie wzruszali ramionami i kiwali głowami dając Breanonowi do zrozumienia, że nie wiedzą, co się dzieje z ich królową. Król pogładził delikatnie twarz żony, a gdy jeden z lekarzy powiedział mu, że choroba może być zaraźliwa, spiorunował go wzrokiem i kazał wyprowadzić z sali. Demeris podziękowała mu lekkim skinieniem głowy... Na nic więcej nie miała siły. Breanon wyszeptał jej do ucha kilka uspokajających słów i wstał od łoża pozwalając jej zasnąć:
- Kiedy to się zaczęło? - Spytał jednego z obecnych lekarzy.
- Wczorajszej nocy - zaczął jeden z nich - gorączka pojawiła się niedawno. Choroba rozwija się szybko i...
- Głupcze! - Ton głosu króla nikogo nie zdziwił - Dlaczego mi o tym nie powiedziano?! Czyżbyście sądzili, że jest dla mnie coś ważniejszego niż życie mojej żony?!
- Nie chcieliśmy cię kłopotać Najjaśniejszy Panie - zaczął się usprawiedliwiać inny mężczyzna - po śmie... Po stracie twej córki obawialiśmy się, że nie jesteś na to gotowy.
- Nie jestem na to gotowy!? Jestem twoim królem! Masz informować mnie o wszystkim, co... - Przerwał, kiedy dotarł do niego sens słów lekarza - Na co gotowy?
Królowa spała, a na jej czole pojawiły się krople potu. Stęknęła głośno przez sen, a przez jej twarz przeszedł wyraz bólu.
- Choroba rozwija się bardzo szybko Najjaśniejszy Panie - zaczął inny lekarz - Próbowaliśmy wszelkich metod, jakie są nam znane, ale żadna nie zadziałała... Nie znamy nawet źródła choroby... - Zamilkł na chwilę - nie wiemy, co to za choroba.
Breanon opadł ciężko na fotel obok łóżka swej żony i spojrzał na nią z mieszaniną smutku i strachu na twarzy. Lekarz kontynuował:
- Nawet nadworny mag i kapłani nie mogli pomóc. Jeśli nie powstrzymamy szybko choroby... - Mężczyzna zamilkł na chwilę, która wydała się królowi wiecznością -... Jeśli jej nie powstrzymamy królowa z pewnością umrze w przeciągu kilku tygodni.
Breanon poderwał się nagle, a jego twarz przeciął wyraz wściekłości:
- Głupcy! Idioci, Imbecyle! - Lekarze opuścili głowy - nawet nie staracie się pomóc! - Wiedział, że jego słowa są niedorzeczne, ale tej chwili nie miało to dla niego najmniejszego znaczenia - Co robicie na tym dworze skoro nie potraficie nawet wykonywać swego zawodu!? Wszyscy zostaniecie wtrąceni do lochu!
Strach przeszedł po twarzach wszystkich zgromadzonych, lecz nikt nie ośmielił się zaprotestować obawiając się konsekwencji. Król wziął głęboki oddech zamierzając ponownie wyrzucić z siebie złość i zrezygnowanie, lecz zamilkł, gdy na jego ramieniu pojawiła się męska dłoń.
- Uspokój się proszę mój Panie - powiedział spokojnym głosem nadworny mag Arctus - nie pozwolimy zginąć królowej.
Breanon spojrzał błagalnym wzrokiem na czarodzieja. - Lekarze są nie tylko w naszym zamku. Poślij panie po wszystkich lekarzy i kapłanów, jacy słyszeli o objawach tej choroby i miej nadzieję, że coś poradzą.
Król przeniósł wzrok najpierw na swą żonę, a następnie na grupę, która starała się ją uleczyć i powiedział ledwie słyszalnie:
- Opuśćcie nas.
Rozkaz został natychmiast wykonany i już po chwili Breanon został sam w pomieszczeniu z Arctusem i swoją żoną. Mag wskazał królowi, aby ten usiadł w fotelu:
- Generał wraca z wiadomościami z linii frontu.
Breanon spojrzał z zaciekawieniem na Arctusa zastanawiając się skąd ten o tym wiedział. Po chwili przypomniał sobie jednak, że ten był przecież magiem i niewiele rzeczy mogło uchować się przed nim w tajemnicy. Ostatecznie najął go za jego umiejętności zdobywania informacji za pośrednictwem kryształowej kuli.
- Jakie przynosi wieści?
- Obawiam się, że złe mój Panie. Armia Zachodniego Królestwa przeszła przez naszą linię obrony w forcie Varos i kieruje się teraz ku centrum kraju. Stolica może być zagrożona, więc kiedy tylko królowa wyzdrowieje - król aż uśmiechnął się na te słowa - być może będziemy musieli opuścić miasto.
Breanon osunął się w fotelu.:
- Czy dostanę w końcu jakieś dobre wiadomości?
Wstał z fotela i podszedł do okna. Przez jego umysł przepłynął milion myśli naraz. Większość była wspomnieniami czasów, kiedy to jego ojciec zasiadał na tronie... Dobrych czasów. Co zrobił przez te wszystkie lata odkąd jego ojciec zginął? Wspaniałe królestwo, które jego ojciec zbudował drogą dyplomacji upadało teraz pod jego rządami. Dyplomacja już nie pomoże... Należy działać. Milczał przez kilka minut, po czym powiedział do Arctusa.
- Roześlij depesze po całym kraju. Napisz o poszukiwaniach osoby zdolnej uleczyć moją... Naszą królową. Niech nadworni kapłani i lekarze pomogą ci opisać jak najdokładniej objawy choroby. Ponadto roześlij wiadomość do wszystkich prowincji i sąsiednich królestw... - Breanon zamilkł na chwilę jakby następne słowa miały sprawić mu wielką przykrość -... Sami sobie nie poradzimy. Królowie nam nie pomogą, bo zechcą zachować neutralność, więc zainicjuj pobór najemników. Potrzebujemy każdego, kto potrafi walczyć. Potrzeba mi także nowego astrologa... A nawet kilku i w ogóle kogokolwiek, kto zrobi coś z tym - wskazał na pojawiającą się na niebie "Koronę Niebios" - Zwołasz także polowanie na błękitnego smoka, który pustoszy nasze wsie. Kiedy go zabijemy zdobędziemy zaufanie chłopów i zwołamy pospolite ruszenie…- Król Breanon II obrócił twarz do swego nadwornego maga i ukazał mu wyraz determinacji, jaki się na niej malował -...Nie przegramy!

***

Jeszcze tej samej nocy z zamku królewskiego, we wszystkie strony świata, wyruszyli gońcy z depeszami, w których były zawarte prośby o jakąkolwiek pomoc. Czerwień konstelacji rozjaśniała białe mury zamku poświatą koloru krwi. Z wysokich komnat zamku, mieszkańcy pospiesznie przykleili się do szyb i witraży oglądając dziedziniec. Ujrzeli szybko mknących w kierunku bramy posłańców na koniach. Jedynie, co było słychać to stukot kopyt końskich po brukowanej drodze. Dźwięk ten powoli cichł w miarę oddalania się konnicy od bram miasta... Już wkrótce do Wschodniego Królestwa Ervandoru miały zawitać gromady pospolitych najemników, lecz nikt nie zdawał sobie sprawy, że będą wśród nich również tacy, którzy zmienią los tego królestwa na zawsze.

Spaczona "Korona Świata" świeciła wściekłą czerwienią na niebie...

Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

27 Mertandhal

Fristron otrząsnął się. Nie, to nie był koszmar. Dalej siedział w Erebuskich Lochach. A wszystko przez jeden głupi urok. Fakt, że na samego władcę, ale ćóż... przecież władca nie musiał go obrażać.
Fakt, nie powienien być taki porywczy i uparty. W ogóle to czasami żałował, że został magiem. Ale jak mógł inaczej? Mając takich przodków jak Ulmar Złoty...
Nie miał wtedy wyboru. Choć nie, miał. Mógł siedzieć w AvLee i machać mieczem. Ale nie... on był ambitny, a także błyskotliwy... skorzystał z tej okazji.
Zrobił dobrze. Zawsze dochodził do tego wniosku. W końcu w urokach i przekleństwach jest naprawdę świetny. Na maga też pasowałz wyglądu jak ulał. Jak na jego czasy dość wysoki (178 cm), haczykowaty nos i włosy neimal zawsze siwe. Pamiętał, że zaczęły siwieć gdy miał dwadzieścia lat...
Mag powietrza to naprawdę dobra fucha, tak, bardzo dobra, zwłaszcza w słusznej sprawie i dla własnej korzyści.
Z rozmyślań wyrwało go coś dziwnego. Mglisty, czerwony blask w celi. To Korona Świata zmieniła swój kolor. Wielka zmiana... zmiana... czas zmienić swoje położenie.
Ukląkł. Nie miał swojej różdżki a w rękach niewiele mocy tkwiło. Musiało mu wystarczyć.
Wystarczyło. Uniósł dłonie i wysadził drzwi. Nie było nigdzie strażników, książe Kilderian wezwał wszystkich do siebie, aby uspokoić słowem lub przemocą ludność.
Nagle się zatrzymał. Usłyszał bowiem czyjś głos:
Zapomnienie to jedyna droga do celu.
Nie miał czasu na słuchanie nawiedzonych głosów. Wybiegł z lochów niemal całkowicie wyczerpany. Odnalazł magazyn. No i klops. Strażnik. Niski, korpulentny, z mieczem w ręku. A Fristron nie miał siły.
Nagle nadbiegło kilku żołnierzy. Fristron schował się w cieniu kolumny. Tymczasem najstarszy wśród strażników krzyknął:
- Broń dajcie! Broń! Lud się burzy!
Strażnik otworzył magazyn, po czym cała gromada wpadła. Fristron podszedł, starając się iść jak najciszej, do mężczyzny. Szybkim ruchem wytrącił mu miecz i otworzył przyłbicę. Zaskoczony rycerz nim zdołał zawołać innych dostał fangę w nos. Jęknął, a reszta nadbiegła. Fristron uknął tam, gdzie wcześniej za kolumnę. Tymczasem towarzysze pytali się, co stało się strażnikowi. Fristron przebiegł na palcach za drzwi, po czym wsunął się do środka.
Nie miał wiele czasu. Znalazł jednak szybko swoją różdżkę. Teraz musiał jeszcze odprawić inkantację.
Skontaktował się z duchami pomocniczymi, przywołał trzy strumienie many, jednak wtedy jeden z żołdaków zajrzał do magazynu. Krzyknął, lecz było już za późno. Fristron się teleportował.
Zdeportował się w stajni. Ucieszył się z udanego figla, lecz do końca było jeszcze daleko. Znajdował się teraz przy swoim młodym koniu. Jego stary osioł Ben umarł.
Wsiadł na konia, prostym zaklęciem otworzył drzwi od klatki i wpadł na pewien pomysł.
Pootwierał wszystkie klatki, tak że zwierzęta pouciekały. Wywołało to natężenie paniki jaka zawładnęła społeczeństwem. Fristron ze swym koniem wymknął się cicho z miasta.

***
11 Blossonthal

Dwa tygodnie po ucieczce był już na granicy Wschodniego i Zachodniego Królestwa. Przekroczył ją i ruszył dalej. Należy bowiem wiedzieć, że Fristron naraził sie na szwank przy spływię dzikimi wodami Ruadan. W pobliżu Wielkich Wideł rzeka stawała się tak dzika, że gdyby nie zaklęcie stabilności wywaliłby się zaraz. Jego koń zaś był mądry. Miał dojechać jakiś czas po swym panu do Azaradu. Tam bowiem kierował się Fristron.

***
16 Blossonthal

Pięć dni później Fristron dotarł pod bramy miasta. Zregenerowane siły upadły, ponieważ przebył piechotą sporą odległość. Kiedy przybył do miasta był całkowicie znużony. Rozejrzał się więc za jakąś karczmą, w której znalazłby dach nad głową, jadło i trunki a także mógłby zaciągnąć języka.

Dragonthan
--------------------------------------------------------------------------------

16 Blossonthal

Fale oceanu lekko kołysały statkiem, który wlókł się bez masztu po bezkresach morza... Okręt lekko przechylał się na boki. Na horyzoncie nie było nic widać, prócz bezgranicznych fal oceanu. Czerwona poświata przyćmiewała inne kolory. Szum morza i wiatru, który trzepotał resztkami żagli, były jedynymi słyszalnymi dźwiękami... Wiatr zmagał się powoli, lecz nic nie zanosiło się na poważniejszą wichurę. Niebo było przeźroczyste i bezchmurne. Gdzieniegdzie przeleciała czasem jakaś mała czerwona od poświaty chmurka...

***

Dragonthan stał na dziobie i wpartywał się w niekończący się horyzont. Uwage jego oczy przyciągały jedynie fale oceanu przed okrętem. Stał nieruchomo, oparty o kawałek drewna ocalałego przed niszczącym sztormem. Na statku był tylko on sam. Reszta zginęła od fal, albo zabrało ich morze... sam już nie pamięta. Sztorm złapał ich nagle, zbudził się kiedy fale były już wysokie. Słyszał jedynie jakieś krzyki z pokładu. Wybiegł na górę i nikogo już nie było... Statkiem mocno kołysało i podrzucało. Stracił przytomność. Obudził się po paru godzinach. Po sztormie nie było już śladu. Kiedy tylko odzyskał przytomność usłyszał w głowie dziwne słowa:
Zapomnienie to jedyna droga do celu
Nie znał się na nawigacji, dlatego zaufał swojej intuicji i płynął tak jak niosły go fale. Drag skierował wzrok ku niebu, przyglądając się księżycowi, który był czerowny od poświaty... Nagle przed księżycem przemnknęło coś. Drag zerwał się i począł obserwować wyraźniej niebo. Usłyszał ryk w oddali. Tak. To był ryk smoka, na dodatek głodnego smoka... Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w tej części świata nie ma smoków... £owca zdziwił się wielce i zachował czujność... Zszedł pod pokład i zdrzemnął się...

***

Coś zbudziło go gwałtownie... jednym ruchem zerwał się z kanapy i ruszył na górę. Był dzień, piękny dzień. Słońce świeciło od strony wschodu, więc kierunek żeglugi się nie zmienił. Na horyzoncie zauważył wysepkę. Przyjrzał się jej przez lunete i wyszedł na maszt, a raczej to co zostało z masztu... Wyglądała na opuszczoną... Statek nie zmieniał kursu, faktem było, że nie mógł tego zrobić, gdyż ster był zablokowany przez kawałek liny. Drag szybko zobił sobie coś na śniadanie i obserwował zbliżający się ląd... Po kilku chwilach okręt był kilkaset stóp od lądu. Okazało się, że nie jest to wyspa, tylko półwysep. Statek osiadł na mieliźnie i trzeba było zamoczyć się po pas, aby móc nacieszyć się kawałkiem suchego lądu. Musiał się troche natrudzić, gdyż mielizna była dość głęboka. Wreszcie poczuł zapach lasu. Wszedł do niego i kierował się wprost przed siebie...

***

Po kilku godzinach znalazł drogę. Jako łowca szybko zauważył, że była używana dość rzadko, ale w regularnych odstępach czasu. Porosty rosnące wzdłuż drogi były wgniecione. Wyraźnie było na nich widać odciski stóp. Jako, że porosty te powracają do naturalnego kształtu w dwie noce, szybko stwierdził, iż ktoś tędy przechodził jakiś dzień temu. Zabrał ze sobą resztki jedzenia jakie mu zostały i ruszył przed siebie, nasłuchując otaczających go dźwięków przyrody...

Nagash
--------------------------------------------------------------------------------

10 Blossonthal

- Witaj Nagashu - powiedziała do arcylisza liszka Xsi - Słyszałeś że Korona świata zaczęła świecić czerwienią?? Niektórzy mąwią że to coś oznacza ale ja w to nie wierzę...
- Ja rownież nie - odpowiedział jej Nagash - Chodźmy bo spóźnimy się na przemówienie mistrza - dodał i zaczął biec po krętych korytarzach ponurego zamku w państwie Deyji, wokół nie bylo żywej muchy nawet a o położeniu zamku wiedzieli nieliczni którzy tam przebywali. Wokół zamku było ciemno mimo iż było piękne słońce.
Nagash i Xsi biegli po ciemnych, krętych korytarzach, które oświetlało nikłe światło pochodni. Korytarze zaczęły się rozgałęziać aż w końcu doprowadziły ich do ogromnej komnaty w której siedziało więcej nekromantów niż kiedykolwiek widział świat. Wszyscy siedzieli na krzesłach a na podwyższeniu na tronie z czaszek i kości siedziała mumia, która była mistrzem zakonu.
Kiedy dwójka nekromantów otworzyła wrota bez słowa zasiedli na krzesłach tuż obok mumi ponieważ należeli do bliższych współpracowników. Stosunki mistrza zwanego Necros, który według legendy został wysłany przez samego Nescausa - boga nekromancji - z arcyliszem Nagashem były raczej złe.
- Jak juz pewnie wiecie, Korona świata świeci wściekłą czerwienią. Zły to znak, nie będę mówłl co oznacza bo jeżeli ktoś jest wystarczająco inteligentny to wie a jeżeli jest głupi i nie wie to może sobie przeczytać w księgach wieczystych. A i jeszcze jedno... mój doradca Nagash zdecydował że chce nas opuścić, prawdopodobnie na zawsze.
Nie pytajcie mnie lecz jego o to czemu podjął taką decyzję. To wszystko, proszę się rozejść - skończył mówić, wstal i zniknął gdzieś w tajnym przejściu.
Nad zamkiem po raz pierwszy pojawiła się burza akurat w przeddzień wyjazdu Nagasha, który był już spakowany i gotowy do wyjazdu gdy nagle do zamku wbiegł posłaniec z depeszą od króla Ervandoru, Breanona II.
Po przeczytaniu depeszy tylko Nagash zdecydował się przyjąć propozycję, wsiadł na smoka cienia i poleciał w stronę krainy zwanej Ervandor.
Od tamtej pory nikt więcej nie słyszal o Zakonie Gildii Nekromantów, niektórzy mówią że zapadł się pod ziemię lecz prawdy nie znał nikt. Może to było związane ze zmianą położenia Korony świata?

Fristron z Avlee

--------------------------------------------------------------------------------

16 Blossonthal

Fristron rozejrzał się. Oberża nie miała okien, poza jednym za ladą. Jedym, za to dużym. Na parapecie leżały karty menu. W Oberży było tłoczno, lecz panował tam smutny nastrój...
- Wojna - westchnął mag idąc między stolikami ku karczmarzowi.
- Daj panie cosik mocnego, daleka droga za mną. A i pokoju nie odmówiłbym.
- Co do czegoś mocniejszego to zaraz przyniosą, jednak pokojów wolnych brak.
- Brak? Czemuż to?
- Królowa Demeris chora... Astronom zabity... Korona Świata spaczona... to i kuglarze przybywają...
- Co pan powie? Królowa chora?
- Ano, tak powiadają. Mówią jeszcze, że jakiś szpieg ją otruł. Albo że astronom miał grzyba miast głowy.
- Grzyba? - rzekł zdumiony Fristron
- To tylko plotki - mruknął karczmarz
- Ale...
Młodzieniec z dziewczyną przy boku, stojący za magiem począł się niecierpliwić:
- Przepraszam - rzekł - Ale czy mogę złożyć zamówienie, czy musicie sobie jeszcze trochę pogadać?
- Zaraz odejdę - rzekł Fristron - u kogo możnaby zaciągnąć jezyka, a gdzie się przespać? - zwrócił się do oberżysty
- Języka zaciągniesz u kogokolwiek, choć nie sądzę, że przyda ci się ta wiedza, jeśli nie umiesz odsiać plewów od ziaren. A przespać się możesz "Pod Czarnym Nożem", jednak ja nie radzę. Można łatwo trafić na bójkę.
- Dziękuję - rzekł na odchodnym Fristron. Po chwili dostał swój trunek (ku jego zdumieniu były to najukochańsze Kuszące Syrenki) i podszedł do gburowatego krasnoluda.
- Witam - przywitał się mag
- A ty co? - burknął
- Co tu się właściwie, u licha dzieje? Potrzebuję kilku informacji.
- A co mi do tego?
- To - wyjął trzy srebrne monety
- Trzeba było tak od razu! Co chcesz wiedzieć?
- Co to za choroba królowej?
- Tego nie wie nikt, choć pono podejrzewają coś z... hm, hm, hm...
- Co?
- To ściśle tajna informacja.
- Ach, tak... - wyjął jeszcze jedną srebrną monetę - Czy to wystarczy, aby ją odtajnić?
- Wystarczy... Podobno to nie coś z ciałem, a z duchem.
- Hm... a w jakich okolicznościach zginął astronom?
- Nie pamiętam...
Fristron wyjął jedną złotą monetę:
- Czy starczy aby pamięć odświeżyć i wszystko odtajnić? WSZYSTKO!
- Hm, wszystko powiadasz... no... niech będzie... ostatecznie
- Więc?!
- Więc pono zmarł nagle. Ale ten jego telaskep, czy jak to się zwie, się sam zniszczył. A, i jeszcze miał karteczkę, tak też mówią.
- Karteczkę?
- Z napisem "Zapomnienie to jedyna droga do celu..."
Fristrona zamurowało. Przypomniał sobie te słowa. Wcześniej nad ich treścią się nie zastanawiał, jednak wyglądało na to, że miało to głębszy sens...
Gdy opuścił oberżę "Pod Ciekawskim Rumakiem" W głowie miał tylko owo jedno zdanie...
"Zapomnienie to jedyna droga do celu..."
Bubeusz
USER_AVATAR
Hellburn
--------------------------------------------------------------------------------

13 Blossonthal

Z wulkanu w górach Jenda wydobywał się dym... to zły znak. Był on wygasły od ponad dwóch tysięcy lat... Wieśniacy z Windfall, Smallwood i Palderville zastanawiali się i plotkowali między sobą czy to ma związek z "Koroną Świata"... Hellburn wyszedł na klif wewnątrz wulkanu. Spojrzał na bulgocącą lavę rozlewającą się w kraterze. *Ciekawe...* myślał *...dlaczego oni się tak boją... i czemu proszą MNIE o pomoc*.
- Rozważę to - powiedział nagle na głos. Za nim pojawiła się zakapturzona postać w długim czarnym płaszczu.
- Nie będziesz NAM się sprzeciwiał - syknęła.
- Będę robił co mi się będzie podobać - odpowiedział nie odwracając się Ifryt.
- Nawet nie wiesz co nas czeka. Znajdź osobę odpowiedzialną za to wszystko. Zabij ją.
- Zrób to sam Mear'ke'urusie - Odrzekł spokojnie obracając się Helburn - Członek Wysokiej Rady nie powinien mieć z tym problemu.
Postać cofnęła się krok do tyłu.
- Nieee... starszyzna nie powinna interweniować bezpośrednio...
- ...Starszyzna się boi - przerwał mu Hellburn.
Mear'ke'urus umilkł... odwrócił się i rzucił przez ramię:
- ... Jesteś głupi Krae'ha'anie...
Ifryt obdarował go pełnym nienawiści spojrzeniem. Postać rozpłynęła się w powietrzu... usłyszał jeszcze ostatnie zdanie:
....Spójrz....na....Koronę....
Hell uniósł wzrok ku górze, dookoła jego nóg pojawił się ognisty wir. Wyleciał z wulkanu, spojrzał na Księżyc bijący krwistą czerwienią. I nagle... te głosy... Ifryt chwycił się za głowę... tysiące szeptów i krzyków wypowiadały to samo zdanie...
"Zapomnienie to jedyna droga do celu..."
Niemógł tego znieść, czuł jak jego głowę opanował przeszywający ostry ból... wszystko ustało równie szybko jak się zaczęło... Jego oddech stał się ciężki... *Faktycznie... szykuje się coś dużego... lepiej będzie jeśli zdobędę więcej informacji...* pomyślał *Lepiej się nie rzucać w oczy...* wylądował u stóp wuklanu i zaczął biec przez pola uprawne wieśniaków w kierunku stolicy - Azaradu.

Thurvandel
--------------------------------------------------------------------------------

14 Blossonthal/Kwiecień MCCLXXVI roku II ery

- Trzy dni!!! - medyk otarł ręce o biały fartuch - trzy dni bez snu... - delikatny refleks świetlny przebiegł po nieskazitelnie czystej stali - ... wśród jęków i wrzasków... - ostrze błysnęło, leżący na białym suknie ranny jęknął - ...wśród krwi i smrodu... - karminowa smuga przecięła biel - a wszystko to dlaczego? - lekarz podniósł z ziemi odciętą stopę i wrzucił ją do wiadra, gdzie piętrzył się stos innych poodcinanych stóp -... bo władcom zachciało się wojny!!! Fajrant... dziesięć minut... napić się, zjeść coś i wracać mi tu. Dziesięć minut i ani sekundy spóźnienia - krzyknął.
Dwaj akolici z ulgą popuścili haki i opaski uciskowe i szybko wybiegli z namiotu. W lazarecie posostały trzy osoby: wysoki, czarnowłosy elf ubroczony po łokcie ciepłą jeszcze krwią, niemłody już, szpakowaty felczer i młoda medyczka o jasnych włosach i błękitnych oczach. Medyczka pomogła rannemu zejść ze stołu i delikatnie ułożyła go na noszach. Namiot rozświetlony był jedynie przez kilka świec, płonących na zaimprowizowanym kandelabrze. Śmierdziało krwią, uryną i śmiercią. Na środku pomieszczenia stał stół zaścielony ubroczonym prześcieradłem, pod stołem stało wiadro, po brzegi wypełnione ludzkimi kończynami. W rogu namiotu stało jeszcze kilka wiader. Elf podszedł do ułożonego na noszach pacjenta i uśmiechnął się do niego. Niezbyt pięknie... ale szczerze. Powiódł wzrokiem na kikut lewej nogi, który wciąż nasączał bandaż posoką. Brwi lekarza zmarszczyły się w wyrazie współczucia. Wziął z półeczki buteleczkę ze spirytusem, odkorkował, kojący zapach alkoholu rozniósł się po namiocie. Wylał nieco cieczy na kończynę pacjenta, po czym pociągnął z buteleczki solidny łyk.
- Hirm... wynieś te wiadra i opróżnij... za namiotem... na stos. Elia... umyj przyrządy, zaraz znowu się zacznie. Ja idę porozmawiać z setnikiem.
- Tak jest panie Thurvandel - odparła gorliwie dziewczyna.

Elf przełknął ślinę, zwilżył wargi i pospiesznie wybiegł z namiotu. Tydzień temu przybył do fortu Varos, tylko po to, by sprzedać leki. "Chciałem być chytry - pomyślał - bliżej frontu lepiej by się sprzedawały, ale front mnie dopadł i armia również. Chwała bogom, że cudem udało mi się wykręcić od poboru... i chwała Akademi". Atak na fort nastąpił jeszcze tego samego dnia, uniemożliwiając alchemikowi planowany wyjazd na północ. By uniknąć konieczności walki, najął się w szpitalu polowym do opatrywania lżej rannych. Wylądował w pierwszoliniowym lazarecie ratując życie umierającym. Przydzielono mu czwórkę pomocników i czterech sanitariuszy. No i zaczęło się piekło, piekło, w którym cztery tysiące żołnieży po obu stronach murów fortu próbowało sobie nawzajem odebrać życie, a tylko on jeden, wraz z kilkoma innymi lekarzami próbował te wszystkie istnienia ocalić. Szło im raczej marnie, ale przez te kilka dni elf serdecznie zaprzyjaźnił się z żołnierzami i lekarzami polowymi i całym sercem był oddany obronie kraju. Kraju, którego nawet nie uważał za swój.
- Mości Thurvandelu... - basowy głos wyrwał elfa z zamyślenia. Bas należał do krzepkiego wojaka w wytartej brygantynie i pogiętym kapalinie. Medyk znał to promienne, wąsate oblicze, w które jak dwa żuki wklejone były bystre czarne oczy. Zapoznał się z nim trzy dni temu, gdy lazaretom przydzielono drużynę ochronną. Był to dowódca drużyny - setnik Alver Brol
- Witaj setniku. Czy są jakieś wieści z zewnątrz?
- Tak. - twarz żołnierza zasępiła się - Nawet kilka. Przede wszystkim koniec oblężenia. Hrabiemu de Varos udało się wynegocjować, by w zamian za poddanie twierdzy, załoga mogła ją bez przeszkód opuścić i udac się na wschód. Trochę tylko szkoda tak oddawać pola... tyleśmy się tego nabronili, a to na nic...
- Nie martw się. Fortu i tak nie utrzymalibyśmy dłużej jak dwa dni. Teraz załoga fortu może wesprzeć obronę samego Azaradu.
- Może i racja... druga sprawa... zarządzona została koncentracja poborowa w stolicy, co nam i tak nie robi różnicy, gdyż i tak ruszamy na wschód. To zresztą także rozkaz hrabiego. Trzecia wiadomość, która może cię szczególnie zainteresować. Król medyków zbiera, by jego chorą żonę ratowali.
- A czy król nie ma na swym dworze własnych medyków? - oburzył się alchemik - Lekarze są potrzebni tu na froncie, by mogli ratować setki rannych i umierających, a on tych ludzi pozbawia nieraz jedynego ratunku. Jednostkę przedkłada nad ogół... typowe dla władców - szyderczy grymas przeciął twarz elfa.
- No ja się na etyce ni na leczeniu nie znam, jeno przekazuję rozkazy.
- Nie mam pretensji do ciebie, po prostu nie obchodzi mnie prywata królewska. Jest wojna. No nieważne. Póki co jest dużo pracy tutaj, a i tak zmierzamy ku stolicy. Jeżeli królowa wyżyje mojej wizyty, to ja chętnie się do króla zgłoszę. Rannych nie zostawię jednak. Dziękuję za wieści Alverze. Proszę cię jeszczę o tuzin twoich wojaków do dyspozycji. Potrzeba zwinąć lazaret i wyekwipować rannych. Potrzebne będą też wozy, czysta woda i ciepłe koce.
- Da się zrobić. Bywaj medyku.
Elf wyczerpany wrócił do namiotu. Wydał polecenia o mobilizacji i udał się na zasłużony spoczynek. Śnił mu się czerwony księżyc i głos: "Zapomnienie to jedyna droga do celu..."


Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

Bubeusz odetchnął ciężko. Przewrócił się na drugi bok i zakrył pierzyną. Po chwili jednak zerwał się z łóżka na równe nogi. Na jego twarzy zamajaczył grymas bezsilnej wściekłości. "Cholender jasny!" - pomyślał. -"Jak ja nienawidzę bezsennych nocy...". Pstryknął palcami ze złością i natychmiast świeczka stojąca na krawędzi łóżka zapłonęła miękkim światłem. Staruszek złapał ją energicznie i poczłapał do laboratorium. Kiedy otworzył drzwi, do malutkiego pokoiku wlało się światło, oświetlając stół z butelkami, flaszkami, słoikami, flakonikami, probówkami i innym szkłem, wielki kocioł, oraz szafę, która zajmowała pół pokoju. Spróbował wyjąc jakąś książkę jedną ręką, co od razu skończyło się spadnięciem jej mu na nogę.
-Aauć!- rozległo się po wszystkich komnatach wieży. Czarodziej złapał się za nogę, zapominając, że jeszcze przed sekundą trzymał w ręku świecę.
-Do jasnej anielki!- wrzasnął, kiedy zobaczył, jak świeczka ląduje na otwartej książce. Szybko ugasił mały pożar i spojrzał na czarną dziurę na środku 609 stronicy.
-Kurczę blade. Jakoś odechciało mi się czytać...- skomentował swoje dzieło, zatrzaskując zakurzoną księgę i odkładając ją z powrotem na półkę.
-Może popatrzę sobie w gwiazdy, to zawsze mnie odprężało i pozwalało zapomnieć o rzeczywistości...- wymamrotał wspinając się po krętych schodach na szczyt wieży i nagle zatrzymał się wpół kroku. Świeczka wypadła mu z ręki i zgasła z lekkim syknięciem.

Zapomnienie to jedyna droga do celu...

-Co to było!? Kto tu jest? Rzuć ktoś tu trochę światła!- zaczął krzyczeć przerażony czarodziej, obijając się o ściany wieży. Ledwo co wypowiedział owo zdanie, z okna na schody padło czerwone światło, oświetlając cały korytarz.
-O, dzięki... kurczę, świeczka się sturlała na dół...- mruknął do siebie Bubeusz i już miał po nią zejść, gdy nagle oczy mu się rozszerzyły ze zdumienia. Szybko podbiegł do okna i rozdziawił usta. Pierwsze, co mu wpadło w oczy, to "Korona Świata", która jarzyła się krwistoczerwonym blaskiem. Od razu zapomniał o owym głosie i poleciał na samą górę, przyjrzeć się dokładniej dziwnemu zjawisku. Kiedy tylko znalazł się na dachu wieży, po raz kolejny oniemiał z wrażenia. Wielki, czerwony księżyc emanował na całą okolicę okropnym, czerwonym światłem. Czarodziej zastygł w podziwie, bowiem nigdy jeszcze nie widział równie wspaniałego, co przerażającego widoku. Stanął tak i patrzał. Patrzał na czerwoną pustynię Daishad, na czerwone stoki Kręgosłupa Starożytnych, na czerwone, ginące w mgle dachy wioski Barrow, na czerwone niebo, czerwone ściany swojej wieży. Nawet do Jaskini Wiedzy wlewało się czerwone światło. Z kolei on, skąpany w czerwonym świetle wyglądał jeszcze gorzej. Białe szaty przybrały odcień różu, podobnie jak długa broda i wielki, spiczasty kapelusz. Jego twarz wyglądała jak wielka, stara, pomarszczona rzodkiewka. Tylko czerwony, zakrzywiony lekko, malutki nosek i zadziwiająco niebieskie, błyszczące oczy, które nie odbiły światła, przypominały, że jest to żywa istota, a nie nieudolnie wykonany czerwony posąg. Kiedy tak stał, jego twarz przez cały czas zmieniała się systematycznie z zachwyconej w przerażoną. Otrząsnął się.
-Ten głos!- pobiegł schodami na dół. Mruknął szybko zaklęcie i jego ręce rozbłysły białym blaskiem. Zbiegł na sam dół, wpadł do laboratorium i porwał swoją laskę. Światło natychmiast przelało się do kryształu na niej i oświetliło całe pomieszczenie. Bubeusz pokręcił się chwilę po nim i już miał wyjść, kiedy zauważył leżącą na podłodze książkę.
-Nie schowałem jej? No popatrz, a mógłbym przysiąc, że wkładałem ją na półkę…- rzekł i już się schylił, żeby to zrobić, kiedy ujrzał widniejący w rogu numer strony: 609. Poszukał śladów po wypaleniu świeczką. Przewertował po pięć kartek w każdą stronę i z każdą przewróconą kartką coraz bardziej się pocił. Dobrze wiedział, że dziura w kartce zniknęła.
-Jejku, chyba przechodzę na emeryturę…- mruknął do siebie wyczerpany staruszek i od razu przypomniał sobie cichy, metaliczny szept: Zapomnienie to jedyna droga do celu... Porwał książkę, laskę i wybiegł z laboratorium. Przeszukał całą wieżę, pobiegł nawet do Jaskini Wiedzy, lecz zastał wszystko najlepszym porządku, nikogo nie znalazł. Zdenerwował się i krzyknął stare zaklęcie w sobie tylko znanym języku. Błysnęło okropnie i… nic poza tym. Zaklęcie nic nie wykazało. Wracał zrezygnowany do wieży myśląc: „Starzeję się chyba… Ten głos na pewno mi się przywidział.” Wtem w oko wpadł mu oświetlony czerwoną poświatą tytuł książki: „Korona Świata”, autorstwa Torgara. Przyspieszył kroku. Dotarł do wieży, zamknął wszystkie drzwi i rzucił się na łóżko.
-Dość tych nocnych wrażeń…Teraz sobie poczytamy.-

***
13 Blossonthal

Bubeusz szedł szybkim krokiem, sobie tylko znaną ścieżką poprzez pagórki Kręgosłupa. Słońce świeciło mocno, dzień był piękny i czarodziej szybko zapomniał o nocnych wydarzeniach sprzed paru dni. Schodził w dół energicznym krokiem, pogwizdując wesoło i już wkrótce zza gór wyłoniła się otwarta przestrzeń, a na samym jej środku mała wioska. Wyjął z przypiętej do pasa małej, skórzanej torby kawałek chleba i posilił się w drodze. Słońce nie zdążyło jeszcze dobrze schować się za horyzontem, kiedy starzec pukał do najbliższych drzwi. Otworzył mu stary chłop, który zaraz upadł na twarz i chciał coś krzyczeć, lecz czarodziej przerwał mu ruchem ręki i słowami:
-Czerwone noce nie są moją sprawką. Właśnie przyszedłem zapytać was, co o tym wiecie.-
-O wielki, wszechpotężny, najwspanialszy magu, obyś żył wiecznie, którego nie ima się żadna siła, przed twoim gniewem pierzcha wszelkie stworzenie, niech twoja łaska oświeca nasze grzeszne dusze, a moc chroni nas…- mężczyzna przerwał zdumiony, gdyż czarodzieja już dawno nie było.
„Phi! Od takiego nic się nie dowiesz! Czyli muszę iść aż do Azaradu…”- myślał Bubeusz kierując się do stajni.
-Konia dla mnie, raz, tego co zwykle!- zakrzyknął i nie zważając na klęczących ludzi wsiadł na rumaka i pogalopował ścieżką w stronę miasta. W takich chwilach żałował, że mieszka tak daleko od cywilizacji. Korzystając z wolnego czasu wyciągnął te parę stron, które wyrwał z księgi i zaczął czytać.

***
16 Blossonthal

Wreszcie zza pagórka wyłoniły się zamglone wieże Azaradu. Bubeusz ponaglił konia. Kiedy dojechał do bramy, zeskoczył i kazał swojemu rumakowi wrócić. Koń odszedł w swoją stronę, a czarodziej przekroczył bramy miasta. Ulice były bardzo zatłoczone, po części dlatego, że zbliżał się wieczór i ludzie uciekali do domów, bojąc się czerwonego światła Korony Świata. Nagle Bubeusz zderzył się z pędzącym w jego stronę magiem. Obaj się przewrócili w mokre błoto na chodniku.
-Oj, najmocniej przepraszam!- wybełkotał czarodziej, kiedy wreszcie wstał na nogi, potrącany ciągle przez przechodniów.
-Eee, każdemu się zdarza…-
-Pozwolisz może, że w ramach rewanżu za poplamione szaty zaproszę Cię na lampkę dębowego?- zapytał Bubeusz.
-W zasadzie troszkę mi się spieszy, ale z miłą chęcią.- odparł tamten i razem poszli w kierunku najbliższej gospody.
-O, zapomniałem się przedstawić, Bubeusz jestem.
-A mnie zwą Fristron z Avlee.

Destero
--------------------------------------------------------------------------------

Jego świat był pustką… Świat? To była nicość. Zawsze tak było, gdy demon obejmował kontrolę. Nie mógł nawet ubrać myśli w słowa. Wszystko, co czuł było pierwotnym zwierzęcym instynktem, który w tej chwili obdarowywał go jedynie jednym uczuciem… Nienawiścią wobec jego ciemiężyciela, z którym koegzystował w tej śmiertelnej skorupie od setek lat. Zatracił zupełnie poczucie kierunku, nie było tu podziału na światło i ciemność. Była tylko bezbarwna przestrzeń z nim wiecznie błąkającym się po wśród jej bezkresu…
Była to jego wola…
Pusta i bezbarwna. Sprowadzona do swej najpierwotniejszej formy. Niewzbudzająca żadnych uczuć i żadnych uczuć nieposiadająca…
Istniejąca…

***

Nie wiedział ile czasu minęło. Wydawał mu się on jednocześnie sekundą i całym milenium. Coś go szarpnęło, choć nawet nie zdał sobie z tego sprawy. Był obojętny jak zawsze, choć nie wiedział, czym obojętność jest…
Istniał…
Podmuch gorącego wiatru obmył jego twarz tworząc na niej kropelki potu. Nadal tylko istniał…
Dopóki jego świata nie zalała czerwień…
Pustka w jednej sekundzie wypełniła się miliardami kolorów i obrazów. Przelatywały obok niego, wirowały wokół jego sylwetki i przenikały ją. Nie mógł ich widzieć, a jednak czynił to.
To była jego świadomość…

Widział, swe narodziny, ołtarz, na którym został złożony zaraz po wyjęciu z łona matki, jej zamazaną mgłą czasu twarz… jej łzy… jej krew…
Czerwień…
Zobaczył mężczyznę o gadzich oczach i rozdwojonym języku, uspokajającego płaczące dziecko, które znalazł w swej samotni pod korzeniami dębu… widział jego twarz, lecz nie pamiętał imienia. Demon nie chciał by je pamiętał. Zobaczył ogień buchający z jego ust, które pokryły się łuską…
Czerwień…
Wrócił do niego obraz młodej kobiety, jej twarz była wyraźniejsza niż inne… nie pamiętał, dlaczego… Ukazał mu się obraz jej pochylającej się nad martwym ciałem… jego ciałem…
Przebił ją miecz… Jego miecz…
Czerwień…
Wiedział, jaki będzie ostatni obraz. Ten jeden pamiętał dokładnie i Demon starał się by nigdy go nie zapomniał.
Ukazał mu się niszczony świat… góry upadały… morza wrzały… niebo pluło ogniem. Zniszczenie przybywało z północy.
Intensywna, wściekła czerwień…
Stał na popiołach tysięcy ludzi, a w tle majaczyły czarne góry, w które biły olbrzymie błyskawice, kruszące skały. Gniew bogów a pośrodku niego on i… Demon…
Stał tam przed nim szydząc z jego słabości na kilka chwil przed ich decydującym starciem… starciem, które obydwoje przegrali… Demon uniósł szponiastą, pokrytą czarno-czerwoną łuską dłoń w górę i rozwarł ją ukazując mu bijące w niej jeszcze serce… kobieta… przebił ją mieczem… Demon ścisnął pulsujący organ niszcząc go doszczętnie. Destero padł na kolana z bólu, każdą tkankę jego ciała przenikały miliardy ognistych błyskawic…

Głos Demona:
-Jesteś przeklęty Destero…

Istniał…

I nagle zmartwychwstał…

***

10 Blossonthal (Kwiecień) 1276r. ery II

Jego oczom ukazały się jego dłonie, drżące, pokryte krwią. Wszędzie wokół niego leżały zwłoki zmasakrowanych ludzi w dziwnych, białych ubiorach. Otworzył oczy i spojrzał przed siebie. Jego uszy rozdarł przeraźliwy wrzask. Zaraz potem zobaczył jego źródło. Młody chłopiec leżał przed nim brocząc krwią z urwanego ramienia i wrzeszczał przeraźliwie. Destero zauważył, dlaczego gdy spostrzegł czerwony blask odbijający się w oczach chłopca. Dziecko było tak przerażone, że nie było w stanie się ruszyć i ciągle krzyczało zawodząc. Po kilku następnych sekundach przeraźliwych wrzasków chłopiec umilkł…
Destero zamknął oczy…
Wstał z ledwością, obojętny na kolejne zabójstwo, którego dokonał w imię Demona i - co gorsza – swoje. Był przeklęty. Dusza chłopca nie wystarczy na długo. Będzie musiał znaleźć coś więcej, jeżeli chce utrzymać Demona w mrocznym zakątku swego umysłu. Rozejrzał się dookoła i po budowie pomieszczenia i ubiorach postaci – które rozpoznał jako marynarzy – stwierdził, że znajduje się w ładowni jakiegoś statku. Wyjął swą magiczną opaskę na oczy i nałożył ją sobie na twarz, założył na głowę kaptur długiego płaszcza i wyszedł na pokład chwiejnym krokiem. Wiedział, że musi się „posilić”, jeśli nie chce uwolnić Demona, lecz znał jego spaczone poczucie humoru i wcale nie zdziwił się, gdy z pokładu dobiegły go stłumione jęki ludzi. Do głównego masztu było mocno przywiązanych czterech żeglarzy. Demon przygotował mu posiłek. Destero podszedł bliżej spętanych mężczyzn powolnym krokiem by spotęgować ich strach – przerażenie również dawało siłę jego przeklętej egzystencji – i pochylił się przy jednym z nich. Oczy mężczyzny rozwarły się z przerażenia i zaczął szarpać się wściekle starając się rozerwać pęta i uciec, choćby miało to oznaczać śmierć w mroźnych wodach Oceanu Gwiazd. Destero wyjął marynarzowi knebel z ust. Mężczyzna najpierw milczał, a w chwilę potem jego oczy rozświetlił błysk nadziei:
-Błagam – wyszeptał drżącym głosem – nie zabijaj nas. Wszyscy mamy domy – płakał przy każdym wypowiadanym słowie – rodziny, które…
Urwał nagle gdy Destero odchylił kaptur z twarzy i zdjął opaskę z oczu. Marynarz zaczął się trząść przeraźliwie, jego mięśnie spięły się tak, że powróz napiął się przyciskają pozostałych trzech mężczyzn mocniej do masztu i sprawiając, że zaczęli skomleć z bólu. Destero przysunął swą twarz bliżej marynarza…
-Umrzesz… – obiecał beznamiętnym szeptem.
Nad wodami Oceanu Gwiazd wzniósł się dziki, straszliwy wrzask, który ucichł po kilku sekundach.

***

13 Blossonthal (Kwiecień) 1276r. ery II

Po trzech dniach płynięcia statkiem rybackim pełnym zwłok, „wzrok” Destero padł na portowe miasto na nieznanym mu wybrzeżu. Mewy przysiadały na maszcie i burtach statku, a on zastanawiał się, dokąd zabrał go demon i jaki związek miało to z czerwoną poświatą towarzyszącą mu od czasu „zmartwychwstania” – jak przywykł nazywać powrót do własnego ciała - I co znaczyły słowa, które jednej z nocy spędzonych na statku przekazał mu Demon?

„Zapomnienie to jedyna droga do celu…”

***

14 Blossonthal (Kwiecień) 1276r. ery II

Następnej nocy przybił do portu. Niebo rozjaśniały miliardy gwiazd, przesłonięte gdzieniegdzie strzelistymi wieżyczkami wysokich budowli. Port był w dobrym stanie. Wielkie statki, o wiele większe niż „jego” szkuner były ustawione wzdłuż wybrzeża, a praca na nich – pomimo późnej nocy i złowrogiej czerwonej poświaty – wrzała. Destero zauważył jednak pewien niepokój w ruchach marynarzy. Spieszyli się. Wtedy zauważył, że załoga złożona była w dużym stopniu nie tylko z marynarzy, ale również z kobiet i dzieci...
-Uchodźcy – mruknął pod nosem.
Coś się szykowało. Przez jego analityczny umysł przemknął tysiąc możliwości. Od wielkiej wojny po wybuch epidemii. Żadna z tych wersji go nie obchodziła, ale gdy zobaczył, wielką grupę żołnierzy, maszerującą promenadą portową, skłonny był bardziej wierzyć w drugą z nich. Problem pojawił się, gdy jeden z żołnierzy – najwyraźniej dowódca sądząc po tym, że wydał rozkaz dalszego patrolowania promenady – podszedł do niego z podejrzliwym spojrzeniem:
-Spóźniliście się – zaczął gburowato.
Destero milczał z pochyloną głową, starając się zasłonić kapturem swą twarz. Mężczyzna zbity najwyraźniej z tropu jego milczeniem zająknął się i powiedział:
-Ko… kolejna grupa uchodźców czeka na was już od dwóch dni. Nie wiem, co robiliście przez ten cały czasy, ale my tu mamy psiakrew wojnę! Niech będzie wiadome tobie i twemu kapitanowi, że…
-Wojnę? – Zapytał obojętnym głosem Destero.
Mężczyzna czerwony na twarzy i wściekły, że mu przerwano nie mógł wydobyć z siebie głosu. Zatrząsł się nerwowo, a jego gęste wąsy zafalowały. W końcu odzyskał animusz i krzyknął:
-Niech was szlag trafi parszywi południowcy! Nie obchodzi was nic oprócz napełnienia własnych kieszeni naszym złotem!
Tyrada kapitana straży przeciągła się, ale Destero był na nią obojętny. Wieść o wojnie była jedyną, która go obchodziła. Może to był powód, dla którego Demon go tu zaciągnął.
-… a wasze matki obcałowują orków… - kontynuował kapitan.
-Co to za miasto? – Zapytał z charakterystyczną dla siebie obojętnością w głosie Destero ponownie przerywając kapitanowi.
-Dość! Nie masz za grosz poszanowania dla królewskiego garnizonu Ervandoru, będącego w służbie królowi Breanonowi II i jego cudownej żonie Demeris!
-Ervandor? – W głosie Destero pojawiła się nutka zdziwienia. Właśnie zrozumiał, że przebył z dalekiego południa dystans około dwóch tysięcy kilometrów pod władzą Demona. Kto wie, co mogło się dziać podczas jego „nieobecności”. Nie podobała mu się ta perspektywa. Nagle ręka kapitana straży uchwyciła go za poły płaszcza. Mężczyzna warknął cicho i złowróżbnie:
-Posłuchaj śmieciu – jego głos trząsł się z wściekłości – teraz rozmówię się z twoim kapitanem i zobaczymy jak długo pozostaniesz na tej śmierdzącej łajbie z innymi śmierdzącymi południowcami! – Obrócił się w stronę przechodzącego patrolu ciągle trzymając w mocnym uścisku Destero – Żołnierzu wejdźcie mi na tą łajbę i zawołajcie jej kapitana – spojrzał triumfalnym wzrokiem na Destero, lecz mina mu zrzedła, gdy spostrzegł, że ten ani drgnął przed jego pokazem siły i władzy. Destero wysunął przed siebie dłoń i dotknął nią czoła dowódcy straży:
-Pozwolisz mi odejść…Wzmocniona sugestia psionika – a nim właśnie był Destero – sprawiła, że dowódca stanął jak wryty. Pozwolić mu odejść? Kiedy obraził jego Króla i Królową swą bezczelnością? Nigdy!
-Twój Król nie byłby zadowolony wiedząc, iż trzymasz w areszcie ważnego i oczekiwanego gościa – dopowiedział Destero czytając w myślach kapitana straży.
Mężczyzna zreflektował się natychmiast:
-Gość?- zapytał potulnym głosem.
-Nie mam czasu na wyjaśnienia – Powiedział Destero z naciskiem. Tracił czas i cierpliwość na tego żałosnego człowieka. Nie chciał w tej chwili nic innego jak tylko zatopić miecz w jego sercu, lecz rozsądek nakazywał mu nie zwracać na siebie zbytniej uwagi. – Pozwól mi odejść. To bardzo ważne dla twego Króla i zdrowia Królowej. – ostatnią informację Destero wydarł z umysłu dowódcy straży.
Oczy manipulowanego mężczyzny rozbłysły nagle wewnętrznym blaskiem radości. Destero skrzywił się na ten widok, a mężczyzna krzyknął ze szczęścia:
-Tak! Nareszcie ktoś kto odpowiedział na depeszę Króla! Pozwól, że dam ci odpowiednią eskortę i natychmiast wyruszymy z tobą do Azarad!
-Nie! – warknął Destero.
Mężczyzna spojrzał na niego z mieszaniną zaciekawienia i niepewności.
-Szybciej dotrę tam w pojedynkę. Duży patrol może zwrócić uwagę bandytów, a jednej osobie łatwiej będzie się prześlizgnąć. Poza tym twoja Królowa może w każdej chwili umrzeć. Zamierzasz tracić na tą rozmowę jej cenny czas?!
-Wy... wybacz... masz oczywiście rację - głos mężczyzny łamał się pod siłą menatlnego rozkazu Destero, a jego czoło zbielało pod uściskiem ręki psionika - Nie będę cię już... kłopotał... mo...możesz odejść... mi... miłej podróży.
Destero skinął głową i puścił mężczyznę. Kapitan straży patrzył przed siebie pustym wzrokiem. Milczał, a jego oddech był spowolniony... objawy szoku po włamaniu się do jego umysłu Destero.
Psionik zignorował mężczyznę i skierował się do ciemnej uliczki prowadzącej ku centrum portowego miasta nazywanego Aldermanem.

***

Kapitan ocknął się po kilku minutach kiedy poczuł jak jakiś żołnierz szarpie go za rękaw:
-Kapitanie! Słyszy pan!? - mężczyzna krzyczał, a w jego głowie słychać było strach bliski paniki - Wszyscy powiadam! Nikt nie został oszczędzony!
-Uspokój się! - wrasznął mu w twarz kapitan - o czym ty mówisz?!
Żołnierz trząsł się przeraźliwie, a w jego oczach zalegała wilgoć:
-Rozerwani na strzępy! Krew! Kawałki ciał! To był potwór! Gdzie on jest kapitanie!? Musimy go znaleźć i złapać!
-Kto rozerwany?! Kogo odnaleźć! - kapitanowi wydawało jakby dopiero co obudził się ze snu.
-Załoga szkunera. Ten mężczyzna, z którym pan rozmawiał jest jedynym ocalałym i prawdopodobnie mordercą!
Kapitan rozejrzał się zakłopotany gdy w oświetlonym czerwoną poświatą porcie nie odnalazł śladu Destero.

W kilka godzin później po mieście zostały rozesłane ulotki mówiące o unikaniu mężczyzny w czarnym płaszczu za wszelkę cenę i nakazujące informowanie o nim władz gdyby tylko się go zobaczyło. Za schwytanie tajemniczego mordercy przeznaczona została wielka nagroda pieniężna.

***

W tym samym czasie Destero zostawiał już za sobą mury Aldermanu i kierował się na północ. Do miejsca, które ukazał mu Demon i które zobaczył w umyśle kapitana straży. Szedł pewnym i szybkim krokiem na północ bez celu... znowu bez celu i zdany na silniejszą od jego wolę Demona... Adriela...

Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

16 Blossonthal

- Poczekaj, mości Bubeuszu - rzekł Fristron, kiedy jego nowy towarzysz skierował się "Pod Ciekawskiego Rumaka". Właśnie stamtąd wracam i niestety muszę cię zawiadomić, że jeśli chodzi ci o przenocowanie... chodzi ci o nie?
- Między innymi - odparł Bubeusz
- Tak więc nie ma tu miejsc. Jedyne miejsca są "Pod Czarnym Nożem", choć to pono podejrzane miejsce. Cóż, na bezrybiu i rak ryba. A później wrócimy tutaj, na kolejkę Syrenek. Myślałem, że już ich do Azaradu nie dowożą...
- Syrenek? Zgoda, zrobimy jak uważasz. Faktycznie, może lepiej najpierw zaklepać pokoje.
Obaj magowie skierowali się do mało przyjaznej obcym dzielnicy Sekken. Po Ervandorsku (różnice wschodnio- i zachodnio- ervandorskie Fristron pozwolił sobie pominąć) znaczy to tyle co: brud. Faktycznie, była to najbrudniejsza i najbrzydsza dzielnica Azaradu. Magowie niechętnie spoglądali na śmieci, które leżały na ulicach. Fristron w pewnym momencie podniósł okrągły przedmiot z białą obwódką oraz czerwoną wełną w środku, zarumienił się ogniście i odrzucił przedmiot w bliżej nieznanym kierunku
- Co to było? - spytał Bubeusz, choć się domyślał
- Nieważne... - rzekł, po czym mruknął - za grosz przyzwoitości
To utwierdziło towarzysza w przekonaniu, że jest to to, co podejrzewał. Także jego twarz nabrała pomidorowego odcienia.
- To tutaj - rzekł Bubeusz, po czym pchnął drzwi pod rozwalającym się szyldem: "Pod Czarnym Nożem" .
Weszli. Oberża wyglądała dość obskurnie i wypełniona była przykrym zapachem, jak to zazwyczaj bywa w takich ponurych miejscach. Dwa rzędy stolików z ciemnego, przegniłego drewna, z dwoma równie licho wyglądającymi krzesłami każdy, a na końcu Oberży, tuż obok schodów położona była lada. Jeżeli oberżysta "Ciekawskiego Rumaka" był nieco gburowaty, to ten był największym gburem, jakiego widziały oczy i Fristrona i Bubeusza. Ten ostatni podszedł natychmiast do lady, zaś Fristron przyjrzał się gościom, których była skromna liczba, porównując do "Rumaka" pięciu. Jeden z nich wyglądał na pospolitego draba, drugi na włóczęgę, trzeci i czwarty to byli skrytobójcy, co do tego nie było wątpliwości, zaś piątym gościem...
... piątym gościem była czarodziejka. Patrząc na jej delikatne rysy można było być pewnym, że jest młodą druidką. Fristron podszedł do niej, i zagaił po AvLee'ańsku:
- Witam
Czarodziejka, która już jakiś czas obserwowała Fristrona i Bubeusza, zdumiała się:
- Rodak w tym dalekim miejscu? A myślałam, że z AvLee wyruszyłam tutaj tylko ja i Dregnor.
- Wyruszyłaś? - zdziwił się Fristron, po czym nagle wzdrygnął się - Przepraszam, zapomniałem o manierach. Fristron z AvLee.
- Ach, więc to ty jesteś tym Strażnikiem, który poszedł w góry? Opowiadano mi o tobie coś niecoś. Ja nazywam się Kara.
- Nocujesz tutaj? - spytał nieco nietaktownie Fristron
- Nie, czekam na kogoś.
- Hm... no cóż... dla nas zabrakło miejsc w innych oberżach.
- Współczuję. Też nie chciałabym spać w tym śmierdzącym miejscu.
Wtedy podszedł do niego Bubeusz.
- Załatwione. Dwa pokoje, obok siebie. "Apartament" - tu prychnął - numer pięć i sześć. Zapłata z góry.
- Zaraz ci oddam... masz - wetknął mu pieniądze, po czym zwrócił się do druidki - mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, Karo.
- Spotkamy się, na pewno - rzekła, po czym mruknęła do siebie, gdy obaj magowie zniknęli - szybciej niż myślisz, magu...

***

Po wyczynach magicznego duetu "Pod Ciekawskim Rumakiem" (fragment ten, niewątpliwie zajmujący, został jednak pominięty w trosce o zdrowie psychiczne wszystkich żyjących duszyczek) Fristron bez problemu zasnął. Nie przeszkadzała mu nawet spaczona "Korona Świata". Po przebudzeniu pamiętał ze snu tylko jedno słowo, ochryple wypowiedziane:
- Zapomnij...
Fristron
USER_AVATAR
Ashanti
--------------------------------------------------------------------------------

3/16 Blossonthal

- 500 i podbijam do 1000.
- Zgoda, dorzucam jeszcze 300 i ten amulet - powiedziała Ashanti i położyła go na stole.
- 3 króle i 2 damy - powiedział z satysfakcją jakiś mężczyzna.
- 5 asów, hehe, widzisz, przegrałeś - powiedziała demonka i zgarnęła wszystkie pieniądze a amulet założyła z powrotem na szyję.
- Ale jak mogłaś mieć 5 asów?? - spytał zdziwiony mężczyzna lecz gdy rozejrzał się jej już nie było. Chodziła po krętych uliczkach Eagledale aż w końcu doszła do pewnej karczmy. Usiadła obok pewnej osoby i powiedziała:
- Eh maristi nuks?
- Danit tykjo szlast - odpowiedziała jej postać i położyła zawiniątko na stoliku.
- To mam dostarczyć do Windfall ??
- Nie, to specjalny klucz do skrytki w Smalwood, tam ze skrytki odbierzesz towar i zawieziesz go do Morngram.
Po krótkiej wymianie zdań Ashanti wyszła z karczmy biorąc zawiniątko i wsadzając je do swojej torby wyszła na zewnątrz. W pobliskiej stajni wynajęła konia płacąc sprzedawcy 49% dochodów z połowów ryb na pustyni Daishad. Prawda była taka że posiadała niesamowitą umiejętność przekonywania innych nawet jeżeli była to kompletna nieprawda.
Po kilku dniach wędrówki dojechała wreszcie do celu. Zostawiła konia w pobliskiej stajni aby został nakarmiony i napojony a sama udała się do pobliskiego "banku", trudno było nazwać to bankiem ponieważ znajdowało się w kompletnie zrujnowanym budynku. Wyjęła ze skrytki kolejny pakunek po czym poszła do pobliskiej karczmy aby trochę odpocząć po długiej drodze. Odpoczywała niedługo bo jedynie jedną noc, której nie mogła przespać ponieważ raziła ją dziwna czerwona poświata bijąca z Korony świata, na dodatek słyszała głosy:
"Zapomnienie to jedyna droga do celu..." lecz nie zwróciła na nie uwagi ponieważ myślała że to jakiś gość karczmy jęczy przez sen. Rano wyszła przed śniadaniem co sprawiło że karczmarz zapomniał o zapłacie za nocleg. Po kolejnej trwającej kilka dni wędrowce dotarła wreszcie do celu a dokładnie do wioski Morngram lecz tam kręciło się mnóstwo żołnierzy co sprawiało że zadanie było trudniejsze... szczególnie w jej pracy którą była przemycanie towarów i innych wartościowych rzeczy, oczywiście wszystko odbywało się poza prawem lecz dotąd nie miała jeszcze wpadki. Gdy przechodziła ulicą ktoś złapał ją i wciągnął do ciemnego zaułka, jej pierwszą reakcja było uderzenie napastnika a nastepnie unieruchomienie go lecz okazało się że jest to człowiek któremu miała dostarczyć zawiniątko.
Następnie z nudów ruszyła do Azarad aby ograć ze wszystkiego kilku bogaczy. Droga przebiegła jej spokojnie dopóki nie dojechała do bram miasta.

Klaang
--------------------------------------------------------------------------------

14 Blossonthal (Kwiecień) 1276 ery II

Zapomnienie to jedyna droga...
Te słowa obudziły Klaanga w środku nocy. Jego dłoń z szybkością błyskawicy wylądowała na stylisku topora. Wyrwany z głębokiego snu nie wiedział co się dzieje.
- Oran! Do nogi! - ryknął na psa - Kto tu jest?! Kto to powiedział? - krzyczał nie widząc nikogo nawet używając infrawizji, pozwalającej mu w ograniczonym stopniu na widzenie w ciemnościach - Passakk Thorren Khaa - powiedział cicho a mithrylowy topór zalśnił magią tak silną, że sukno szczelnie do tej pory zakrywające ostrze zostało natychmiast spopielone. W błękitnym blasku jaki oświetlił polanę Klaang zobaczył psa, który podniósł tylko łeb patrząc na swojego pana jakby z wyrzutem, dlaczego go budzi, skoro nic się nie dzieje.
- Ktoś tu był? - spytał, omijając wygaszone ognisko i podchodząc kilka kroków w stronę prawie sześćdziesięciokilowego zwierzęcia, ale widząc, że Oran ułożył się na trawie wygodniej, najwyraźniej zamierzając spać, wyszeptał pod nosem zaklęcie dezaktywujące magię topora. Ułożył się na posłaniu z trawy i patrzył w ciemne, zachmurzone niebo. Nie wiedział co oznaczają te słowa i kto je powiedział.
W jednej chwili zerwał się silny wiatr. Tak silny, że rozpędził chmury jakie od rana zasłaniały niebo. Czerwony blask splamionego księżyca oświetlał drzewa...
- Dobrze, że babka Onea tego nie widzi. - pomyślał - Święcący wściekłą czerwienią księżyc, to byłoby za dużo nawet dla niej... Ehhh... Ja też nie mogę się do tego przyzwyczaić...
Ów wiatr przyniósł ze sobą jednak coś więcej. Oran zaczął cicho warczeć, co zadziałało na i tak już niespokojnego Klaanga conajmniej jak eksplozja.
- A jednak ktoś tu jest? - warknął Klaang zrywając się na równe nogi. Pies węszył w powietrzu, po chwili szczeknął w stronę barbarzyńcy i jak strzała pomknął w las
- Tylko mi nie mów, że mam za tobą iść... - pomyślał zrezygnowany Klaang - Na zabawy mu się zebrało w środku nocy...
Rad nierad poszedł wolnym krokiem w stronę, gdzie pobiegł pies z zapałem wyraźnie godnym innej pory doby. Szedł już dłuższą chwilę, kierując się jedynie odgłosami jakie wydawało ogromne zwierzę pędząc przez las, kiedy usłyszał donośne szczekanie. Zdziwiony przyspieszył kroku, a gdy po chwili wszedł na polanę, aż oczy otworzył ze zdumienia.
- Na Sonossa... - wyszeptał poirytowany - ...co znowu?

***

- Ki... kim jesteś Panie...? - wyszeptał dygocąc starzec kiedy barbarzyńca wyciągnął go spod zwalonego drzewa.
- Jestem Klaang syn Krageena dobry człowieku... Powinieneś bardziej na siebie uważać, bo jakby nie Oran - tu wskazał na psa - witałbyś się właśnie z przodkami - uśmiechnął się Klaang krzywo spod kaptura otrzepując ręce - To on Cię wywęszył.
- To przez te dziwne wichury Panie... Od wczoraj tu leżę... Z Azarad wracałem, nie wiem co za licho mnie podkusiło do lasu wejść, zamiast gościńca używać. Jakby nie ty Panie szczezłbym na pewno. Jak ci się odwdzięczę? Życieś mi uratował.
- Nic nie jesteś mi winien. - odparł spokojnie Klaang - Ale Oranowi kwartę mleka musisz kiedyś odstąpić - dodał z uśmiechem. Na sam dźwięk słowa ‘mleko’ pies zaczął radośnie merdać ogonem, co przy jego rozmiarach wyglądało naprawdę komicznie. - Jak cię zwą?
- Naja Panie, Naja z Northheaven.
- Miło było cię poznać Naja. Uważaj na siebie następnym razem. - uśmiechnął się barbarzyńca krzywo spod kaptura i poprawiwszy zawieszony na plecach topór, ruszył głębiej w las.
-Klaangu synu Krageena na honor... - powiedział Naja poważnie - ...pozwól mi choć w części spłacić mój dług. Uratowałeś mi życie i nie prosząc o nic w zamian odchodzisz.
-Nie chcę od ciebie zapłaty starcze - odparł Klaang nie odwracając się nawet - Jeśli o honorze mówisz, wiesz dlaczego.
- Wiem. Nie różni się od węża niczym ten, co zapłaty za życie oczekuje... - powiedział ze zrezygnowaniem starzec
- ... i niech zapomniany zostanie na zawsze. - dokończył zdanie Klaang blednąc - Skąd znasz słowa moich przodków? - spytał wyraźnie zaskoczony nie licząc na to, iż w Ervandorze ktoś będzie posiadał taką wiedzę.
- Jestem uczonym Klaangu synu Krageena. I wiem całkiem sporo na twój temat. Właściwie nie tyle wiem sporo o tobie co o twym ludzie - odrzekł z uśmiechem Naja - Topór który nosisz na plecach to Thorren, prawda? Wykuty z mithrylu w Górach Moru przez najznamienitszych barbarzyńskich kowali. Tylko Wysłannik ma dość siły by go nosić... a ty jesteś pewnie wysłannikiem...
- Już dobrze Naju z Northheaven - przerwał mu Klaang rumieniąc się aż po końce spiczastych uszu, a szrama na jego twarzy aż spurpurowiała - dobry posiłek dla nas obu i miejsce do spania pod dachem wystarczą mi za spłatę twego długu.
- Niech się zatem tak stanie. Na honor.
- Na honor... - uśmiechnął się Klaang po czym wszyscy trzej wyruszyli do Northheaven.

***
- Moglibyśmy do tego przywyknąć, co nie? - szeptał cicho do psa Klaang próbując się ułożyć w o jakieś dwie stopy za krótkim łóżku, jakie zaproponował mu Naja - Niewygodnie tu jak diabli, ale zamierzam dzisiaj się wreszcie dobrze wyspać i lepiej dla ciebie będzie, mój drogi, jak mnie nie będziesz budził - dodał po czym z zawadiackim uśmiechem poklepał starannie zawinięty w nowe sukno topór.

Klaang jednak nie spał dobrze. Śnił dziwne koszmary, a w nich przewijało się cały czas jedno zdanie...
„Zapomnienie to jedyna droga do celu...”


Dragonthan
--------------------------------------------------------------------------------

17 Blossonthal

Przemierzając bezkresną drogę, której nie było widać końca, Dragonthan myślał o różnych sprawach. W końcu miał czas, aby się poważnie zastanowić nad swoim życiem. Nie wiedząc czemu, musiał wybrać pomiędzy wojownikiem, a łowcą. Wybrał żywot łowcy i oto teraz poluje na smoki. Cały czas rozważał swoją decyzję, ale żył w przekonaniu, że popełnił błąd. Elfka, którą kochał zginęła z jego zachłanności do polowań. Po prostu pewnego dnia wyruszył w góry, polując na smoka. Siedział tam już pare dni, tropiąc bestie. Czwartego lub piatego dnia, na górę wyszła jego ukochana. Los chciał, aby w tym samym czasie obudził się smok. Drag rzucił się od razu do walki i począł spychać smoka w przepaść. Niestety kiedy był już bliski sukcesu, z prawej strony przepaści pojawiła się elfka. Zdezogranizowany smok, szybko ocucił się z proszku jakim łowca w niego rzucił i przystapił do ataku. Wtedy to jego ukochana udarła się na smoka, chcąc odwrócić jego uwagę. Smok natychmiast rzucił się na nią. Drag nie zdążył wystrzelić diamentowej strzały i elfka zginęła, spadając w przepaść razem ze smokiem...

***

Drag idąc sobie drogą, cały czas myślał o powierzonym mu zadaniu, czyli polowaniu na smoka. Z początku sądził, że ktoś widział jakąś wiwerne lub chimere i pomylił sobie ją ze smokiem, ale sam widział i słyszał bestie. Po kilku godzinach wędrówki, ujrzał jakąś karawane idącą na wschód. Zatrzymał jednego z kupców i spytał o drogę. Kupiec powiedział łowcy, że uciekają przed armią zachodu na wschód. Drag od razu skapnął się, że wylądował nie potej stronie lądu co trzeba i zabrał się z karawaną idącą do Rockdale, aby dalej przedostać się do Azarad.

Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

17 Blossonthal

Bubeusz długo nie mógł zasnąć. Pomijając czerwone światło za oknem, to po pierwsze, nie podobało mu się rozklekotane, skrzypiące łóżko z brudną pościelą, po drugie wystrój wnętrza też pozostawiał wiele do życzenia, no i po trzecie przez nieszczelne okno wiało mu prosto w twarz. Już od dłuższego czasu zza sąsiedniej ściany dobiegało go chrapanie Fristrona. Bubeusz pokręcił się trochę po pokoju. Stwierdziwszy, że nie ma tu nic ciekawego do roboty, oprócz podsłuchiwania zawziętej dyskusji piętro niżej, wyjrzał przez okno. Spojrzał w niebo i rozmyślał. Przypomniał sobie głos we wieży. Może porozmawia o tym z Fristronem? Pewnie wyjdzie na idiotę, ale cóż, od czegoś musi przecież zacząć. W końcu właśnie po to tu przyjechał. Nagle jego wzrok przykuł pewien dziwny kształt, który przesłonił przez moment czerwony księżyc. Czarodziej wlepił w niego wzrok i już po chwili zauważył, że to jakiś dziwny ptak leci w kierunku gospody. Przysiadł na sąsiednim parapecie. Spojrzał na Bubeusza dziwnie ludzkim spojrzeniem. Czarodzieja to zastanowiło. Wyciągnął rękę w kierunku ptaka, który nawet nie drgnął.
-No chodź, chodź, chodź!- szepnął czarodziej i jego dłoń zabłysła błękitnym światłem. Przestraszony ptak poderwał się do lotu i wierzgał w powietrzu skrzydłami, podczas gdy niewidzialna siła ciągnęła go w objęcia maga. Bubeusz napisał na malutkim kawałeczku pergaminu zdanie: „zapomnienie to jedyna droga do celu” i przywiązał ją do nóżki ptaszka. Odwołał zaklęcie i przerażone zwierzę pomknęło w czarno-czerwoną dal.
„Zastanawiający eksperyment…”- pomyślał czarodziej i poszedł spać, zadowolony ze swego dzieła, mimo iż było ono bezsensowne.

Kiedy mag się obudził, przez chwilę nie mógł uwierzyć, że tak nagle udało mu się zasnąć, po tylu bezsennych nocach. Czuł się jak nowo narodzony. Szybko doprowadził się do porządku i wyszedł z pokoju. Zapukał do „apartamentu” Fristrona, mówiąc:
-Hej, pobudka! Czekam ze śniadaniem na dole!
Drzwi od razu się otworzyły i czarodziej ujrzał kolegę w niezbyt pogodnym humorze.
-Chcesz zjeść śniadanie TUTAJ?- zapytał Fristron.
-Aaa, no racja, chodźmy więc "Pod Ciekawskiego Rumaka"- odrzekł Bubeusz i już po chwili maszerowali ulicami Azaradu. Słońce dopiero nieśmiało wyglądało zza horyzontu, a poranna mgła jeszcze się nie rozwiała.
-Co jest, nie wyspałeś się?- zapytał staruszek, zdziwiony małomównością Fristrona.
-Nie, dlaczego? Spało mi się świetnie.-
-No dobra, przejdę od razu do rzeczy. Czy mówi Ci coś zdanie: Zapomnienie to jedyna dro…- Bubeusz przerwał widząc oniemiałe spojrzenie kolegi.

Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

17 Blossonthal

Chwila przykrego milczenia. Potem Fristron wziął wdech i rzekł:
- ... droga do celu?
- Mhm...
- Nieobce mi te słowa.
- To znaczy?
- To znaczy, że jak uciekałem z Zachodniego Ervandoru, to usłyszałem czyjś głos, wypowiadający tę sentencję. Gdy astronom Breanona II umarł, w jego ręku znaleziono kartkę z nabazgranymi tymi słowami.
Teraz Bubeusz się zdumiał. Raz, że nie wiedział o śmierci astronoma, dwa, że Fristron wiedział, co to za słowa. Kiedy na dodatek Fristron powiedział mu o chorobie Demeris, Bubeusz zbaraniał jeszcze bardziej.
- Tak więc... - rzekł powoli
- Tak więc skoczmy do pałacu królewskiego - uprzedził go Fristron - warto by się przyjrzeć i królowej Demeris, i wieży astronoma i porozmawiać z królem.
- Świetny pomysł! Zatem w drogę!- odparł Bubeusz i magiczny duet skierował się we wschodnią uliczkę.
Po chwili wyszli na głowną ulicę. Tu nie czuć było wyniszczenia wojennego. Targ pełen był gwaru kupujących, sprzedających. Przeszli wolnym krokiem. Przed nimi z wolna wyłaniał się pałac. Nagle zauważyli jeden z niewielu stałych budynków. Był to sklep "WETGER - Przyrządy Magiczne". Fristron zatrzymał się i po chwili zdecydował się wejść do sklepu.
Mroczny wystrój spodobał się magom. W pewnym momencie bystre oko maga z AvLee zauważyło przyrząd, który mógł im się bardzo przydać. Była to makieta nieba względem planety oraz Ervandoru. Fristron chętnie kupił to, gdyż w swym apartamencie chciałby odtworzyć zmianę "Korony Świata". Makieta jednak nie była tania, więc mag opuścił "WETGERA" ze znacznie lżejszą sakiewką.
Powoli weszli na marmurowe schody, prowadzące do pałacu. Bubeusz pchnął pięknie zdobione, dębowe drzwi i oczom im ukazał się przedziwny widok.
Magowie rzadko się w tych smutnych czasach spotykali. Jednak teraz ujrzeli co najmniej setkę najróżniejszych czarodziejów, druidów, kapłanów, uzdrowicieli, nekromantów (tych grzecznie wyprowadzano, gdyż Breanon nie chciał Demeris - zombi), ale i wielu szarlatanów, iluzjonistów, zwyczajnych kuglarzy. Fristron i Bubeusz stanęli w ogonku. Mag z AvLee wyjął makietę nieba i począł oglądać różne sytuacje. Między innymi doprowadził do wejścia Syriusza w środek Korony Świata, co sprawiło, że Diadem wyglądał jak niedokończona konstelacja Smoka.
Po kilku godzinach zawołano Fristrona do sali królewskiej. Ten jednak uparł się, by wejść razem z Bubeuszem. Kiedy podeszli, Breanon rzekł:
- Zamierzacie próbować mnie oszukać, czy faktycznie uzdrowić moją żonę?
Fristron odsunął się.
- Nie znam się na uzdrawianiu. Może ty, Bubeuszu?
- W sumie... jednak nic nie obiecuję.
I wszedł do komnaty królowej.
Fristron zwrócił się do króla:
- Pewnie zastanawiasz się, czemu przybyłem tutaj, skoro nie umiem uleczać?
- Zapewne by rozwikłać zagadkę Korony Świata.
- Między innymi. Czy mógłbym, przejrzeć szpargały astronoma?
- Zgoda.
Służący zaprowadził Fristrona do wieży, tymczasem Breanon udał się, by spoglądać na bezskuteczne próby Bubeusza przywrócenia Demeris do zdrowia.
Bubeusz
USER_AVATAR
Hellburn
--------------------------------------------------------------------------------

16 Blossonthal

Krocząc ulicą miasta Azaradu wkońcu natrafił na gospodę "Pod Ciekawskim Rumakiem". Wstąpił do środka... Karczma tętniła życiem: wesołe śpiewy, głośne rozmowy, tańce i inne zabawy. Hellburn spokojnie podszedł i oparł się o ścianę. Obserwował ludzi, szukając kogoś kto mógłby coś wiedzieć na temat spaczonego Księżyca...
- ...I wtedy dał mi jeszcze jednego złotego żebym wszystko mu opowiedział... - te słowa nagle wpadły w ucho Ifryta. Natychmiast zaczął nasłuchiwać.
- ...a jak mu opowiedziałem o tej karteczce astronoma, wiecie, z tą myślą..."Zapomnienie..." to go aż zamurowało.
Hell szybko podszedł do krasnoluda, chwycił go za kark i wyprowadził na zewnątrz. Rzucił nim na ziemię.
- Czego! - Krzyknął gburowato.
- To ja tu zadaje pytania! Komu sprzedałeś tą informację! - powiedział rozkazującym tonem Ifryt.
- Jaką inf... - nie dokończył. Uderzenie było tak silne, że zatoczył się pare metrów do tyłu.
- Kto! - powtórzył Hellburn.
- Chcesz walczyć?! to chodź !!! - Krasnolud wyjął dwa długie sztylety.
- Nie mam na ciebie czasu głupcze.
Ifryt chwycił ostrza sztyletów zanim krasnolud zdążył wykonać nimi jakikolwiek ruch. Ostrza stopniały.
- Kto! - jeszcze raz powtórzył.
- Jakiś mag...
- KTO!!! - ryknął Ifryt.
- Przedstawiał się jako Friston z AvLee... - odpowiedział przestraszony krasnal.
- Gdzie się udał !? - padło kolejne pytanie.
- w..w.. s...stronę zamku król... - nie dokończył bo kolejny cios spowodował, że zemdlał.
Hellburn udał się na poszukiwanie Fristona i spotkanie z królem.

Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

17 Blossonthal

- Śmieci, bzdury, same bzdety... - narzekał Fristron, przeszukując szczyt wieży astronomicznej. Na razie na kupkę odłożył tylko dwie księgi ("Korona Świata - dzieje konstelacji" i "Gwiazdy, a sprawa ziemska"), oraz karteczkę ze złowieszczym napisem, który prześladował sporą część osób w Ervandorze. Teraz położył jeszcze szkła teleskopu. Nic więcej nie znalazł.
Na dole czekał już na niego Bubeusz. Nie udało mu się uzdrowić Demeris. Król patrzył na nich ponuro, jednak zgodził się, aby pożyczyć Fristronowi wymienione wyżej rzeczy. Obładowany (dwie ciężkie księgi i makieta nieba swoje ważą) wszedł "Pod Czarny Nóż". Rychło w czas - w tej chwili po marmurowych schodach wchodził do pałacu Hellburn.
- Po co ci to wszystko? - spytał Bubeusz
- Chcę odtworzyć spaczenie Korony, odnaleźć powód i znaleźć sposób na odwrócenie. Tymczasem jednak muszę skoczyć do biblioteki.
Bubeusz nie dyskutował. Wiedział, że Fristron zamierza okopać się księgami i poszukiwać odpowiedzi aż do skutku. W takim razie tymczasowo był zdany na siebie.
Fristron po półgodzinie wrócił do apartamentu z czterema księgami ("Mądrość Gwiazd"; "Czarna magia Wszechświata"; "Wpływ na gwiazdy" i "Zaklęcia Kosmosu"). Zajmie mu to co najmniej cztery dni.
Fristron jednak zamierzał dzisiejszy wieczór spędzić jeszcze poza księgami. Wziął do rąk kartkę i razem z Bubeuszem próbowali sobie przypomnieć, kto mógł wywołać, oraz zrozumieć, co miała ta istota na myśli pisząc te słowa.
Po bezskutecznych próbach otworzenia swojego umysłu zabrali się za szkła teleskopu. Tu nie było wątpliwości: zniszczyło je światło Korony. Pytanie tylko, czy zabiło to również Torgara.
Fristron przeciągnął się
- Już nie mogę! Siedzimy tu i dumamy! Na dumanie przeznaczam następne dni! Teraz chcę się rozerwać!
Bubeusz przytaknął. Razem poszli "Pod Ciekawskiego Rumaka", gdzie chcieli spędzić miły wieczór...
Jednak czekał tam ifryt Hellburn.

Thurvandel
--------------------------------------------------------------------------------

16 Blossonthal/Kwiecień MCCLXXVI roku II ery

Zbliżało się południe. Ciepły wiatr wpadał z szumem w korony drzew i ciepłym strumieniem owiewał twarze podróżnych. Gościniec wił się wtulony w zieloną knieję, próbując bezskutecznie odsunąć się od burej połaci mokradeł. Z daleka dał się słyszeć gwar sunącej leniwie po szarej wstędze drogi kolumny wozów i ludzi. Nad traktem wzbijał się kurz spod setek stóp, kół i kopyt. Dwa dni minęły, jak obrońcy fortu Varos bezpiecznie opuścili twierdzę i wyruszyli na wschód ku wąskiej bramie pomiędzy Wielkimi Widłami, a masywem Mak Kordal. Rannych zgromadzono na wozach, po drodze zbierano też niewielkie grupki miejscowej ludności, którą wojna pozbawiła domostw. Cały konwój liczył sobie w chwili obecnej około pięciuset osób i czterdziestu wozów. W awangardzie pochodu znajdowało się czterdziestu konnych pod wodzą porucznika Thamonta, za nimi ciężkim marszowym krokiem toczyła się setka tarczowników pod komendą setnika Jorla Grydwika. W środku tłoczyli się cywile, którzy czując teraz nad sobą opiekę wojska, swobodnie kroczyli traktem robiąc rabanu co nie miara. Pochód zamykało kilkudziesięciu pikinierów, pilnujących wozów z rannymi i niewielkiego taboru, dowodzeni przez setnika Arvela Brola. Wśród taboru jechała załoga polowego lazaretu: młoda jasnowłosa medyczka, starszy szpakowaty felczer i czarnowłosy elf. Dwaj akolici gdzieś wsiąkli. Prawdopodobnie spili się, lub umarli.
- Pusto tu... Żadnych śladów zwierząt, a nawet ludzi. Wojna szaleje dookoła, a tu nic... - podjął Hirm.
- Na granicy moczarów nikt się nie osiedla. Dopiero za rozjazdem przy wzgórzach Rockdale zaczynają się jakieś osiedla. Na krajobrazy wojny jeszcze zdążymy się napatrzeć. - odpowiedział Thurvandel
- W zasadzie to jak daleko jest jeszcze do Damarys?
- Z tego, co przekazał mi setnik, wynika że jeszcze przed zmrokiem powinniśmy dotrzeć do rozstaju gościńca przy końcu puszczy. To mniej więcej połowa drogi do Damarys. Tak więc za następne dwa, może trzy dni powinniśmy osiągnąć twierdzę.

Wojna rzeczywiście szalała dookoła. Główne siły książęce osiągnęły fort, Varos płonęło, płonęła puszcza Anvar, płonęła też osada Raython. Armi księcia Kilderiana nie zatrzymywało nic. Oddziały, które pozostały przy hrabim de Varos, zostały rozbite, gdy próbowały opóźnić marsz stalowej bestii. Piętnaście tysięcy zbrojnych kroczyło na wschód, paląc, grabiąc i mordując. Knieja stawała się wojennym pogorzeliskiem. Gościniec drgał w rytm miarowego marszu piechoty, w powietrzu roznosił się stukot podków spod kopyt pancernej kawaleri, wiatr niósł pieśni z tysięcy gardeł. Zielono-białe sztandary powiewały nad głowami żołdaków zmierzających na wojnę. Wojnę, która miała wstrząsnąć Ervandorem, wojnę dla wielu niezrozumiałą, dla innych nieistotną. Wojnę, której rzeczywiste przyczyny jaśniały nocą krwistą czerwienią nad głowami żołnierzy, nad głowami ofiar, nad głowami mędrców i głupców, przyczyny, które nuciły słodką kojącą pieśń zapomnienia.

Kolumna wozów toczyła się spokojnie na wschód. W tym samym czasie, niespełna dwa dni drogi za nimi, toczyła się machina druzgocąca świat, jaki zapamiętali. Ludzie nie odwracają głów, naiwnie myśląc, że powrócą tam skąd przybyli gdy tylko zechcą. Nie docierało do nich, że za dwa dni, gospoda, którą właśnie mijają, stanie w płomieniach i zniknie w piekielnym zamęcie wojny, bo wojna była na krok za nimi. I ta wojna za parę dni zaleje cały Ervandor. Tych kilkuset zbiegów z poddanego fortu, za kilka dni stanie się jedynie wspomnieniem. Kilkuset z wyjątkiem trzech, ale nikt o tym dziś wiedzieć nie mógł.

***

- Odłączam się - następnego dnia oznajmił Hirm - Muszę spieszyć do Azaradu, zanim wojna nas dopadnie. I tak już zbyt długo tu zamarudziłem, ale cóż... ranni wymagali opieki. Teraz nie jestem tu potrzebny, a na dworze królewskim potrzebują lekarzy... Zresztą... jedź ze mną.
- Nie. Pozostanę tu. Do Azaradu wcale mi się nie spieszy, poza tym... ci ludzie jeszcze potrzebują pomocy. Jednak nie zatrzymuję cię. Bywaj i obyśmy się spotkali w lepszych czasach.
- Czy lepszych... wątpię. Bywaj elfie medyku.

Nagash
--------------------------------------------------------------------------------

14 Blossonthal

Po kilkunastu dniach wędrówki a raczej lotu Nagash zaczął dolatywać do kraju Ervandor, jego pierwsze wrażenia to śmierć, wojna, martwe ciała. Czul to na kilometry zapach zwłok i płonących domostw unosił się w gore towrzac istna chmurę, która zakrywała spory kawałek nieba.
Gdy doleciał do jakiegoś płonącego fortu, który jak ustalił z mapy nazywał się Varos, na dole było kilku kapłanów mroku i innych istot, które pożerały dusze oraz ciała martwych ludzi. Wtedy odezwał się wewnętrzny glos nekromanty, czyli: Twoim powołaniem jest rządzić a te ciała pomogą ci to osiągnąć.
Lecz gdy tylko zniżył lot został zaatakowany przez jednego z kapłanów mroku jego smok został poważnie ranny, wprawdzie mógł jeszcze lecieć, lecz Nagash kazał mu lądować. Przeciwnik dopiero później zauważył ze jest on arcyliszem nim zdążył się zastanowić okrążyło go grupa ozywiencow i rzucili się na niego. Nagash już na dobre chciał się zabrać za wskrzeszanie, mógłby tym czynem uratować mnóstwo ludzi, lecz ich życie było mu obojętne, po raz kolejny wskoczył na swego smoka i ruszył w drogę. Podczas podroży minął jakąś olbrzymia armia rycerzy, która szła w kierunku Azadaru.

Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

17 Blossonthal

-Nie wiem, czy jest to najlepszy pomysł....- rzekł Bubeusz, kiedy tak szli. -Być może jest to jakiś znak, nadchodzącej zagłady albo czegoś w tym stylu, a my sobie idziemy do karczmy. Kto wie, ile nam czasu zostało na rozwiązanie tej zagadki. Tak więc proponuję nie bawić długo w karczmie. A jak wrócimy, podzielimy się obowiązkami i ostro zabierzemy do roboty.
-OK- odpadł Fristron krótko.

Minęli parę domów i zza zakrętu wyłonił się gmach gospody. Już z daleka widać było jakąś ognistą postać, stojącą w wejściu. Kiedy podeszli bliżej, zauważyli, że jest to ifryt, rozmawiający z krasnoludem. Usłyszeli koniec rozmowy: "To oni?"- zapytał groźnie ifryt. "To oni."- odrzekł krasnal i szybko usunął się w cień. Ifryt tymczasem podszedł z groźną miną do "magicznego duetu". Bubeusz zacisnął mocniej rękę na swojej lasce. Wymienił porozumiewawczo spojrzenia z Fristronem.
Fristron
USER_AVATAR
Hellburn
--------------------------------------------------------------------------------

17 Blossonthal

Hellburn zmierzył obu magów zimnym (?) spojrzeniem. Stali tak chwilę, każdy oczekując na pierwszy ruch.
- Wszyscy wiemy, że coś wisi w powietrzu - szepnął Ifryt - Powiedzcie mi co wiecie o spaczonej "Koronie świata".

Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

17/18 Blossonthal

Fristron zamrugał i rzekł:
- Właściwie należałoby się przedstawić sobie, ale w tych trudnych czasach maniery mogą zejść na dalszy plan. Jednak warto by wiedzieć jak się nazywamy nawzajem. Ja jestem Fristron, to Bubeusz. A ty?
- Hellburn - rzekł ifryt - a teraz mówcie prędko.
- Cóż, na razie wiemy tyle co inni. Staramy się po prostu rozwiązać tę zagadkę, zapewne nie tylko my. W domu mamy ciekawe księgi.
Bubeusz spojrzał znacząco na Fristrona i podszedł szybko. Wzrok maga rozjaśnił się. Podał ifrytowi karteczkę, którą znaleziono przy nadwornym astronomie. Hellburn odczytał zawarte tam słowa.
- Zapomnienie to jedyna droga do celu...
- Słyszałeś te słowa?
- Hm... chyba tak. Tak. - poprawił się po chwili
Bubeusz i Fristron wymienili spojrzenia.
- Może wpadłbyś do nas za kilka dni? Jak będziemy robić mały eksperyment z makietą? - rzekł Fristron. Bubeusz pokręcił głową powątpiewająco przy słowach "kilka dni".
- Może... - rzekł ifryt. Przykra pauza. Fristron myślał o, jakżeby inaczej, ostatniej kolejce Syrenek w ciągu kilku dni, Bubeusz denerwował się na poprzedniego, że ten wcale nie przejmuje się wojną, zaś Hellburn rozmyślał, czy tej dwójce magów uda się rozwiązać zagadkę Korony. Po chwili ostatni z wymienionych rzekł:
- Nie chodźcie do Oberży. Iddźcie i zacznijscie już to rozpracowywać.
Bubeusz przytaknął, Fristron niechętnie przyznał im rację. Całe to dziwne spotkanie dobiegało końca - Ja wpadnę do was za jakiś czas - rzekł ifryt na odchodnym

***

- To od czego zaczynamy? - spytał Bubeusz
- Masz - Fristron podał towarzyszowi "Zaklęcia Kosmosu". Sam dźwigał już opasły tom "Wpływu na Gwiazdy" - Najpierw poszukajmy rzeczy, które na Koronę mołyby wpłynąć.
- To się nie trzyma kupy - rzekł Bubeusz - Przecież nie wiadomo, jak potężne musi być to zaklęcie, bądź artefakt, aby wpłynąć na Koronę - Fristronowi zrzedła mina. Bubeusz miał rację.
- Weźmiemy księgi astronoma - zakomenderował Bubeusz - W nich najprawdopodobniej to znajdziemy.
Fristron wziął do ręki "Koronę Świata - dzieje konstelacji"

Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

18 Blossonthal

-Wiesz, nie jestem pewny, czy dobrze zrobiliśmy, wyjawiając nasze wszystkie plany jakiemuś gościowi z ulicy. Skąd możemy wiedzieć, jakie miał zamiary?- mówił Bubeusz, przewracając melancholijnie kartkę po kartce. -Podałeś mu do tego nasz adres, a nie wiemy nawet, czy przypadkiem on nie stoi za tym spaczeniem Korony. Z drugiej strony to ifryt, nie za często spotykana osobistość, lecz to też wzbudza moje podejrzenia.

Fristron ślęczał nad książką i w zamyśleniu wpatrywał się w jej strony. Nie wiadomo, czy czytał, czy rozmyślał.

-No ale cóż, co się stało, to się stało. Pozostaje nam tylko szukać dalej i zachować ostrożność.

Nastała cisza, którą przerywało monotonne przewracanie kartek. Gdzieś w oddali odezwało się krakanie kruka. Świeczka topiła się pomału, a cienie wydłużały z każdą chwilą.

-Słuchaj, to bez sensu!- wybuchnął nagle Bubeusz. -Zanim skończymy z tymi kięgami to Azarad już dawno ogarnie wojna! A poza tym jakoś wątpię, żeby w tych zapisakch było cokolwiek na temat interesujących nas rzeczy.
-No nie wiem, ale jeśli chodzi ci o zrobienie przerwy, to jestem za.- odparł Fristron, zatrzaskując ze zrezygnowaniem "Koronę Świata- dzieje konstelacji".

-W międzyczasie możemy pomyśleć logicznie i zebrać wszystkie fakty w jedną całość.- wyjął kawałek kartki i zaczął notować. -Więc tak. Najpierw usłyszeliśmy głosy, mówiące, że zapomnienie to jedyna droga do celu, a zaraz potem Korona Swiata została zbeszczeszczona. Księżyc również zmienił kolor na czerwony, pod jej wpływem... Hmm... Możę koronę odłożmy na później, jak będziesz się bawił z tą makietą nieba, a teraz zajmiemy się tym głosem?- spytał nieugięty mag, podczas gdy Fristron leżał już na łóżku z jednym marzeniem: wyłączyć mózg.

-Ciekawe czy tylko my słyszeliśmy te głosy, czy może dostarły one do wszystkich ludzi...? Bo jeżeli ten "zaszczyt" spotkał tylko nas, to to zderzenie na ulicy ne mogło być zwykłym zbiegiem okoliczności...- zdołał usłyszeć jeszcze Fristron, zanim zapadł w sen.

Destero
--------------------------------------------------------------------------------

16/17 Blossonthal (Kwiecień) 1276r. ery II

Podróż przebiegała mu dobrze. Adriel nie dawał znaku życia od kiedy oddał mu jego ciało. Najprawdopodobniej utrzymywanie kontroli nad nim oraz rzeź dokonana na statku sprawiły, że demon musiał odpocząć i nie starał się ingerować w poczynania Destero i choć jego samego nie bardzo to obchodziło, bo Adriel nie mógł mu zaszkodzić bardziej niż już to zrobił to zastanawiał się co sprawiło, że demon podjął tak nierozważne działania. Może chciał ich odciągnąć od miejsca ich poprzedniego pobytu bo Destero odkrył w końcu coś, za pomocą czego mógłby się pozbyć demona raz na zawsze?... nie... to nie mogło być to. Adriel strał się uwolnić z tej nędznej egzystencji w równym stopniu co on i nie przepuściłby takiej okazji gdyby się nadarzyła... Czyżby więc ta okazja miała nadarzyć się tutaj... W Ervandorze? Nie... Demon nie pozwoliłby sobie na stratę kontroli nad jego ciałem w takim momencie. Powód musiał być inny i Destero miał zamiar dowiedzieć się jaki.

Po kilku dniach szybkiego marszu, przerywanego jedynie krótkimi odpoczynkami na posiłek i klikugodzinny sen Destero dotarł do podnóży masywu górskiego Mak Kordal. Masyw był stosunkowo młody i bogaty w surowce naturalne toteż Hale Krasnoludów znajdujące się w jego głębiach czerpały wielkie zyski z wydobycia rudy i handlu nią. Wiadomo, że krasnoludy są wielce utalentowanymi rzemieślnikami i dlatego właśnie były jedyną nacją (oprócz grabarzy), która czerpała wielkie zyski z wojny jako dostawcy broni dla Wschodniego i Zachodniego Ervandoru. Borodaty lud starał się zachować neutralność za wszelką cenę.Destero odnalazł szlak handlowy prowadzący po mniej stromych zboaczach gór i ruszył nim w kierunku siedziby krasnoludów. Nie miał zamiaru zatrzymywać się w ich domu a jedynie zakupić kilka rzeczy mogących przydać mu się na podróż. Poprawił opaskę na oczy, "spojrzał" na krwistoczerowny księżyc i ruszył w drogę.

Szlak handlowy wykuty w skale przez krasnoludzkich architektów sprawiał, że Destero przebył pierwszego dnia podróży przez Mak Kordal niemal taką samą odległość jak gdyby wędrował po równinach. Dzięki swym umiejętnością psionicznym nie musiał odpoczywać wiele. Wiedział, że ograniczenia ciała wynikają w dużej mierze z ograniczeń jakie nakłada na nie umysł. Jego niezwykła profesja pozwalała mu na usunięcie lub ominięcie niektórych z tych barier i choć nie był mocno umięśniony to potrafił wyciągnąć ze swego ciała więcej niż każdy człowiek byłby w stanie, toteż jednego dnia przebył piechotą niemal taką odległość jak zwykły człowiek konno i dotarł do wrót Mak Kordal - Wielkich Hal Krasnoludów.

Dragonthan
--------------------------------------------------------------------------------

18/21 Blossonthal

Po cało dniowej tułaczce z kupcami, Drag dowlókł się w pobliże Rockdale. Karawana rozbiła obóz. Było już z deka ciemno. Czerwona poświata zaczynała powoli pokazywać swe kolory czerwieni. Drag odkupił od kupców konia i zgodnie ze wskazówkami ruszył do wybrzeża, a następnie plażą w kierunku Southheaven. Tam znalazł kolejnych kupców i ruszył z nimi do Azarad. Po trzech dniach wędrówki kareta kupców dowlekła się do celu i zatrzymała się na środku rynku. £owca wyszedł z niej pewnym krokiem i rozejrzał się po placu. Zapłacił tragażom za podwiezienie i ruszył w poszukiwaniu jakiejś karczmy. Przemierzając miasto, rozglądał się na boki wypatrując potencjalnych kieszonkowców i innych rabusiów. Droga po której kroczył była brukowana, ale pokryta pomyjami i resztkami jedzenia. Pod nogami plątały mu się koty, których nie był wstanie od siebie odpędzić. £asiły się do jego butów i miałczały głośno. Po przejściu kilkuset stóp, szło za nim całkiem spore stado 20 kotów, drąc się okropnie. Uszy mu już pękały od tego. Wyjął z kieszeni kawałek mięsa jaki mu pozostał i rzucił go na bruk. Koty natychmiast rzuciły się na padlinę, a Drag spokojnie oddalił się w głąb krętych uliczek. Po paru chwilach znalazł gospodę "Pod Czarnym Nożem". Wszedł do środka i zamówił sobie kolacje przy barze. Widok nowego gościa ubranego w smoczy płaszcz zbudził lekkie zdziwienie gości karczmy, ale nikt sie tym nie przejął zabardzo, ponieważ w ciągu ostatnich dni pojawiło się w mieście wiele nowych twarzy dziwnych osób.
Bubeusz
USER_AVATAR
Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

18 Blossonthal

Jednak już po chwili drzwi otworzyły się. Do środka weszła Kara.
- Witaj Fristronie. I ty Bubeuszu. Miałam nadzieję, że was tu spotkam.
Nie wiedzieć czemu, we Fristronie zbudził się strach, wręcz panika.
- Witaj Karo - wystękał oszołomiony.
Bubeusz przyglądał jej się uważnie. Tymczasem Kara sprowadziła rozmowy na to, co aktualnie dzieje się w AvLee. Strach Fristrona powoli mijał, ba, zamienił się w zaufanie. Kiedy Kara rzekła "Muszę już iść. Dobranoc" pogrążony był w błogim nastroju. Jednak gdy kroki czarodziejki ucichły Bubeusz wybuchnął:
- Jeszcze trochę i byś jej wyśpiewał o naszym niegodnym zaufania zresztą zapewne rozmówcy wieczornym! Musiałeś tak paplać? Czemu jesteś taki łatwowierny?!
- Hę? - zdumiał się Fristron
- Ona cię otumania! Nie widzisz tego?
- Nie. Jest po prostu miła. Zazdrościsz?
- Ani mi to w głowie.
- Więc...?
- Więc co?
- Więc co na mnie wrzeszczysz?! - wybuchnął Fristron.
- Nieważne. Kto wie, może się mylę. Ale ten maślany wzrok, jakim cię traktuje...
I Bubeusz z godną miną wyszedł.

***
19 Blossonthal

Fristron wstał wcześnie rano. Wziął do ręki księgę i zaczął ją przeszukiwać. W końcu znalazł odpowiedni temat (w rozdziale "Wpływ na Konstelację" był to temat "Zmiany"). Przejrzał tam i znalazł dopisek:

"Korona Świata należy do najpotężniejszych konstelacji. Diadem umacnia jej astralną pozycję. Do zmiany wyglądu konstelacji potrzebne są najsilniejsze czary i artefakty, które tworzą razem Ołtarz Zmian. Oprócz tego trzeba odprawić Rytuał Spaczenia, który wymaga Eliksiru Nowego Świata i trzech innych artefaktów, oraz około dwunastu strumieni many naraz. Dlatego zmianę, spaczenie, bądź zniszczenie Korony uważa się powszechnie za niemożliwe.

Artefakty Ołtarzu Zmian:
- Amulet Zapomnienia
- Amulet Życia
- Amulet Śmierci
- Złota Różdżka
- Szkło Gwiazd
- Armata Świętego
- Fiolka Zmiany

Składniki Eliksiru Nowego Świata:
- Ogon chimery
- Ręka strzygi
- Skóra nagi
- Skrzydło wywerny

Artefakty konieczne do Rytuału Spaczenia:
- Amulet Amnezji
- Miecz Herezji
- Światło Życia"

Fristron przepisał ten tekst dwukrotnie. Dla siebie i dla Bubeusza. Po chwili obudził towarzysza i bez słowa dał mu kartkę. Oczy Bubeusza biegały wte i wewte. Kiedy skończył czytać, otworzył szeroko usta, zamknął je i ponownie otworzył.
- Znalazłeś wszystko! Niemal.
- Mhm. Nie wiemy jeszcze o czasie i miejscu w którym należy ustawić Ołtarz Zmian i odprawić Rytuał Spaczenia.
- A nawet jak się dowiemy, nie będziemy wiedzieć, kto zebrał to wszystko.
- Niewielu jest takich, którzy wytrzymaliby dwanaście strumieni many naraz.
- W sumie...

***

Kara wzniosła kielich. W środku lśniło czerwone wino... lecz czy to było wino?
- Za naszych magów! - krzyknęła. Dregnor zachichotał z uciechy.

Destero
--------------------------------------------------------------------------------

17 Blossonthal (Kwiecień) 1276r. ery II

Wrota wejściowe Mak Kordal wznosiły się monumentalnie na niemal dwudziestometrową wysokość klifu, w którym zostały wykute. Gdyby był do tego zdolny, Destero z pewnością zamarłby pełen podziwu na ich widok. Ich kształt był prosty i praktyczny, jak na brodaty lud przystało, ale mithrilowe zdobienia wtopione w skałę, przedstawiające obraz jakiejś wielkiej bitwy pomiędzy krasnoludami i hordą orków, nadawały im majestatu charakterystycznego dla elfiego ludu. Jednak było coś co burzyło ten cud architektury. Obraz grozy i śmierci pośród grupy kilkuset ludzi, którzy obozowali przed majestatycznymi wrotami. Destero od razu zauważył, że była to kolejna grupa uchodźców. Zniszczone ubrania, wiele kobiet i dzieci, mało dobytku. Wszystko to wskazywało na to, że ci ludzie przed czymś uciekali... i to w pośpiechu. Wiedział, że Ervandor ogarnia wojna, ale nie znał jej zasięgu i źródła, a wszystkie informacje mogły okazać się cenne gdy nie wiedziało się praktycznie nic... nawet informacje zaczerpnięte od grupy wieśniaków bez dachu nad głową. Nie chcąc tracić czasu Destero ruszył w stronę zbitej gromadki mężczyzn, która żywo nad czymś dyskutowała klnąc przy tym niesamowicie. Psionik zatrzymał się kilkanaście kroków od nich i zaczął słuchać:
Parszywe brodacze! - warczał ochryple przysadzisty i wąsaty mężczyzna - Powiadam wam. Własne matki by na śmierć posłali gdyby tylko mogli zostać w tych swoich norach grzebiąc za kamykami.-Ano! Dobrze prawisz! - krzyknął grubo inny, wyższy ale równie opływowych kształtów chłop - A słyszałem ja od mego dziada jak to brodacze wiały z gór ku nizinom! Ku nam pomocy
szukając! Bo orki im tyłki ostro pocięły i z tych nor popędziły!
-Sami widzita! - zaczął znowu wąsaty - Parszywe karły! Za grosz wdzięczności. Kiedyś to my im tyłki wyratowali a tera to oni nas do wiatru wystawiają jak i nam jej trza!
-Ba! - zaczął inny z grupki - A na nich szło tylko stado jakiś zielonoskórych orków! Kto by się tam takich bał! Tchórzliwe pokurcze! Na nas cała zachodnia armia uderzyła!
Destero uchwycił tą istotną informację. Zachodnia? Przecież na zachodzie w dalszym ciągu jest Ervandor... wojna domowa?
-Dobrze prawisz! - warknął wąsacz - Tera to powinniśmy sobie pomóc właśnie, a nie te brodacze po jaskiniach łażą i się chowają! Poza tym słyszałżem, że to nie były orki wtedy a tchórzliwe chochliki powiadam wam! - Grupa ryknęła donośnym śmiechem - Te brodacze uciekły przed śmierdzącymi chochlikami!
-Tym bardziej zjednoczenia nam trza! - krzyknął inny - Gdybyśmy mieli po swej stronie jedynych wytwórców oręża w Ervandorze to zwycięstwo nasze by było, a tak wiać musieliśmy z Rockdale!
-Wielu zostało - zauważył jeden z mężczyzn cicho - może my też powinniśmy wracać?
-Ba! - wrzasnął mu w twarz wąsacz - Życie ci niemiłe?! Tamci już straceni są! Jeśli nie pomogą na krasnoludy to niechybnie koniec nas czeka! A te wąsacze nie chcą o tym słyszeć!
-Przecież mówiłeś, że się tu ukryjemy. - zauważył z podejrzliwą nutką w głosie wysoki typ - Czyżbyś zamierzał wracać i im pomóc? - w jego oczach pojawiły się iskierki nadziei.
-Ba! - odwarknął trochę ciszej mężczyzna - Nie mieliby my szans a ten głupiec Breanon ucieka z wojskami na wschód! Do Damarys!
-Krasnoludy nie pomogą - podjął najcichszy mężczyzna - może powinniśmy znowu pomyśleć o ich propozycji?
-Głupiś?! Widziałżeś jak się patrzyły na nasze baby?! - Wąsacz łypnął groźnie na wszystkie strony - Już wy wiecie co by się stało gdyby my je zostawili tu wraz z dziećmi. Karły pewnikiem dość już mają swych włochatych bab! - ryknął śmiechem starając się rozluźnić atmosferę w tej ciężkiej chwili.
-Może nie kłamali mówiąc, że nie ma już miejsca po tym jak przyjęli kobiety i dzieci z Thistledown? - Może faktycznie powinniśmy...
-Głupi! Oni chcą naszych bab! Thistledown i Raythorn są kompletnie spalone! Nie ostał się kamień na kamieniu! Wszyscy wycięci w pień! - Krzyczał mężczyzna ale jego głos zdradzał lekką niepewność - powiadam wam. Musimy udać się teraz do Aldermanu a stamtąd na południe. Podobno niektórzy z wschodnich miast już tak robią.

Dyskusja ciągnęła się tak jeszcze bardzo długo, ale kiedy Destero zauważył, że ogranicza się ona w większym stopniu do ubliżania krasnoludom postanowił ponownie wyruszyć w drogę. Zostawił za sobą obóz uchodźców i ruszył na północny zachód przez masyw Mak Kordal.

***

Jeszcze tej samej nocy Destero dotarł do zachodnich zboczy Mak Kordal. Widział w dole sporą gromadę zrobionych z drewna i kamieni domostw nazywanych Rockdale. Miasteczko usytuowane było w pagórkowatym rejonie toteż w miarę dobra było obrona przed okolicznymi bandami zbójców. Destero zauważył, że niektóre domy są opuszczone. Przypomniał mu się obraz uchodźców z dzisiejszego dnia. Analizując informacje wieśniaków nie mógł być pewien co do ich autentyczności toteż postanowił sprawdzić je na własną rękę. Zaczynał w końcu odczuwać zmęczenie, ale przed odpoczynkiem musiał zrobić jeszcze jedną rzecz. Stanął wyprostowany i uspokoił oddech. Jego ręce powędrowały ku kapturowi. Odchylił go i poczuł jak górski wiatr owiewa jego z pozoru młodą twarz i szarpie krótko przystrzyżone czarne włosy... Opaska zsunęła się z oczu i czerwień nocy rozświetliły dwa jeszcze czerwieńsze punkty. Wszystko stało się dla niego widoczne jak na dłoni. Usunął siłą woli barierę odpowiedzialną za zdolności jego widzenia...

Ujrzał to wszystko w jednej chwili:
Spalona forteca której martwi rezydenci stali się ucztą dla stada kruków. Grupa kilkuset osób uciekająca przed olbrzymią armią na wschód. Spostrzegł też oddział około dwóch tysięcy żołnierzy kierujące się na Rockdale... armia zachodu się podzieliła.
Destero osunął się na kolana po wykorzystaniu ciężkiej w kontrolowaniu umiejętności... zataczał się chwilę i po chwili padł zemdlony.

Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

19 Blossonthal

-Nadal nie mogę uwierzyć, że tak po prostu wszystko znalazłeś...-
-Widzisz, ma się tą intuicję... Hehe.-
-Ale tak po prostu wszystko było wypisane? To skąd niby wiadomo, że to działa, skoro powszechnie niemożliwe jest sprawdzić?-
-Masz jakiś lepszy pomysł?- wypalił Fristron, lekko zdenerwowany niedowierzaniem Bubeusza.
-Eeee... Hmm... No to jeszcze raz. Na tej swojej makiecie chcesz odtworzyć spaczenie Korony, czy tak?-
-Tak.
-Używając do tego tych wszystkich składników?-
-Nie, no co ty, jakbyś czytał instrukcję obsługi tej makiety, byś wiedział... Wystarczy zaklęcie.
-Aha, czyli jak znajdziemy się w odpowiednim czasie i miejscu i wtedy wypowiesz inkantację, to makieta pokaże nam, co się działo na niebie?
-No mniej więcej. Taka przynajmniej jest teoria.- odrzekł Fristron.
-Czyli nie znaleźliśmy w sumie tego, co nas interesowało, ale zawsze jakaś wzmianka.- podsumował Bubeusz. -No to szukamy dalej...

Podbiegli do księgi, lecz Bubeusz pierwszy złapał za "Koronę Świata - dzieje konstelacji".
-To ty sobie poczytaj, a ja skoczę na chwilkę na dół.- rzucił Fristron i ruszył do drzwi.
-Tylko uważaj na Karę! Nie ufaj jej!- krzyknął za nim starszy czarodziej, lecz tamten był już na schodach.
"Ehhh... Ciężkie jest życie czarodzieja..."- westchnął Bubeusz i już miał zanurzyć nos w księdze, gdy zobaczył numer strony, na której opisany był rytuał spaczenia korony: 609. "Zaraz, gdzie ja widziałem tą liczbę? Chyba nie na loterii..."- pomyślał, lecz zaraz o tym zapomniał, zaczynając lekturę. Przejrzał parę kartek i nagle go olśniło.
-Eurekaa!- wykrzyknął i wybiegł z pokoju. Oczywiście zderzył się z Fristronem na zakręcie. Upadli i ten drugi o mało nie stoczył się z powrotem schodami.
-Słuchaj, wiem, jak sprawdzić, kto spaczył Koronę!- krzyknął Bubeusz, zamiast przeprosić za stłuczkę.
-Słuchaj, wiem, gdzie był odprawiony rytuał!- krzyknął Fristron równocześnie. Pobiegli do pokoju Bubeusza, który był tymczasowo "pracownią" i usiedli podekscytowani na łóżku.
-Wyobraź sobie, że Kara powiedziała mi, że rytuał był odprawiony w Lesie Grifith i tam właśnie się udamy w celu odtworzenia na makiecie spaczenia Korony!- rzekł Fristron i dodał: -Ale to jutro, a co Ty znalazłeś?
-No ja w zasadzie nic nie znalazłem, tylko sobie przypomniałem zaklęcie, które pozwoli nam zobaczyć winowajcę!-
-Niemożliwe! Jak?-
-To znaczy prawdopodobnie wskaże nam winowajcę. Bo to jest tak, że rzucam zaklęcie na księgę i pokazują mi się osoby, które ją czytały.
-No to na co jeszcze czekasz? Dajesz!- Na te słowa Bubeusz wstał i podniósł ręce na książkę. Przed chwilę stał tak w skupieniu, aż wreszcie wyrzucił krótkie zdanie i z rąk trzymanych nad księgą wytrysnęły srebrne błyskawice, uderzając w stronnicę nr 609 i wzniecając tumany dymu. Bubeusz opadł na łóżko.
-Chyba jej nie zniszczyłeś!?- wykrzyknął Fristron, patrząc w przerażeniu na pokryty nieprzeniknionym dymem stół, na którym jeszcze przed sekundą leżała "Korona Świata- dzieje konstelacji". Nagle dym zaczął się formować w postać, która przybrała kształty starego maga, w wielkim kapeluszu.
-O! To ja!-
Następnie dym uformował się w kształt do złudzenia przypominający Fristrona.
-Pokaże cztery osoby, tak więc teraz powinien być albo astronom, albo Ten.- rzekł Bubeusz
-A co, jeśli astronom będzie tak podobny do Tego, że nie dojrzymy kto jest kto?- spytał Fristron, lecz Bubeusz nie zdążył odpowiedzieć, bo oniemiał z wrażenia. Fristron spojrzał szybko na dym i z otwartych ust wyleciało mu jedno słowo:
-Kara!

Dym pokazał potem astronoma i się rozwiał, ukazując księgę w nienaruszonym stanie.
-Fatalnie! Nie dość, że nie wiemy, jak wygląda Ten, to jeszcze wiemy, że Kara buszowała po naszym pokoju, jak poszliśmy "Pod Ciekawskiego Rumaka"!- powiedział Bubeusz, zły, że tak się sprawy potoczyły. -Wiesz, mam takie wrażenie, że ona coś od nas chce. Zajrzała tutaj, aby się dowiedzieć, czego szukamy, a teraz próbuje nas wywieść w pole tymi swoimi....
-Przestań bzdury gadać, ona chce tylko pomóc...- przerwał mu Fristron.
-Jakoś mnie nie przekonuje ten argument, włamała się do pokoju, żeby pomóc. A poza tym ciężko mi uwierzyć, że tak nagle ją oświeciło i odkryła, gdzie miało miejsce takie tajemnicze wydarzenie.-
-Może coś w tym jest... Ale to nie zmienia faktu, że pójdziemy tam jutro!-
-Owszem, pójdziemy, ale zachowamy należytą ostrożność.-

Klaang
--------------------------------------------------------------------------------

18 Blossonthal (Kwiecień) 1276 ery II

Dotarcie do Harrow zabrało Klaangowi kilka ładnych dni. Topór zawieszony na plecach ciążył niemiłosiernie zmęczonemu barbarzyńcy. Zbliżała się noc, choć Klaang wiedział, że i tej nocy, nie pamiętał której to już z rzędu, nie będzie dobrze spał. „Zapomnienie to jedyna droga do celu...”. Cóż u licha mogły znaczyć te słowa, które słyszał w swoich koszmarach.
- Oran... chodź tutaj... – wysapał cicho – Zbliżamy się do osady, a nie chcemy nikogo przestraszyć, prawda?
Pies natychmiast wyrównał krok ze swym panem. Nauczeni doświadczeniem wiedzieli, że ponad dwumetrowy barbarzyńca w towarzystwie ogromnego psa, nigdy nie są mile widzianymi gośćmi. Klaang mocniej zacisnął pas, na którym wisiał jego topór i wolnym krokiem zaczął iść w stronę osady.
- Stój obcy! Kim jesteś i czego chcesz!! – usłyszał wołanie, kiedy zbliżył się do zabudowań na odległość rzutu kamieniem. Klaang rozejrzał się wokół. Zamrugał ze zdziwieniem oczami, bo nie widział nikogo, kto mógłby wołać. Kiedy jednak podszedł bliżej zobaczył Kilku hobbitów z mieczami gotowymi do walki. Jeden z nich, najwyraźniej dowódca krzyknął znowu:
- Jaki masz interes w Harrow? Mów, albo odejdź w swoją stronę.
Klaang spojrzał zdziwiony na mały oddział hobbitów. Najwyższy z nich nie sięgał mu nawet do pasa, a mimo to gotowi byli z nim walczyć, gdyby okazał się zagrożeniem. Oran spojrzał tylko na swojego pana, jakby z pytaniem czy nie życzy sobie on „oczyszczenia drogi”, ale Klaang położył mu rękę na karku, co jak zwykle znaczyło, że sam sobie poradzi. Oran usiadł zatem i przyglądał się wszystkiemu ze znudzeniem.
- Jestem podróżnym. Zmierzam do Smallwood za Lasem Griffith, a w Harrow chciałem się jedynie posilić i odpocząć. -–odpowiedział spokojnie Klaang – A kto pyta?
- Jestem Fordo Gabbins, dowódca straży Harrow. Jeśli zamierzasz sprawiać problemy, to wiedz, że do miasta nie wejdziesz bez walki.
- Jak mam ci zatem udowodnić, że nie mam złych zamiarów? – spytał Klaang rozbawiony nie widząc w całym, uzbrojonym oddziale najmniejszego zagrożenia.
Oddaj zatem broń jaką nosisz, a wejdziesz do osady jako nasz gość.
- Niech więc i tak będzie. – odparł barbarzyńca i kilkoma ruchami odłożył całą swoją broń na ziemię co wywołało u hobbitów wytrzeszcz oczu ze zdumienia.
- Wszyscy wiemy, że walka nie byłaby dla was zacni niziołkowie dobrym rozwiązaniem. Szanuję wasze prawo i oddam wam broń, ale pod jednym warunkiem.
- Ja... jakim...? – spytał z głupkowatą miną dowódca straży, nadal nie wierząc w to co się działo
– Możecie mi zabrać całą moją broń, ale mojego topora nawet z oczu stracić nie mogę. O ile go uniesiecie, rzecz jasna. Czy to rozumiesz mości niziołku? – spytał Klaang, dziękując opatrzności za to, że kaptur zasłania mu twarz, bo walczył ze sobą by nie wybuchnąćnąć śmiechem.
- Rozumiem – odparł Fordo Gabbins, dowódca straży chowając miecz ze zrezygnowaniem – Będzie jak chcesz, ale powiedz mi jedno. Dlaczego to robisz? Dajesz się rozbroić hobbitowi?
- BO G£ODNY JESTEM I NA PYSK LECĘ ZE ZMĘCZENIA!! – ryknął Klaang zanosząc się tubalnym śmiechem. Odpowiedź barbarzyńcy była tak rozbrajająca, że po chwili hobbici również chichotali oddając Klaangowi jego broń.

Tej nocy Klaang spał jak dziecko.

Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

20 Blossonthal

Fristron i Bubeusz mknęli przez łąki i pola. Wyszli z samego rana, ale i tak mieli trzydzieści mil do skraju lasu. A miejsce odpowiednie na obejrzenie, jak zmieniała się Korona było zapewne w samym sercu Grifith. Fristron mknął jak konik polny, Bubeusz ciężko stawiał kroki.
Nocą obozowali tuż nad skrajem lasu, zgodnie z wyliczeniami. Grifith zdawało się wyciągać po nich swoje liczne gałęzie. Bubeusz nagle zobaczył parę oczu, ślędzących ich zza krzaka. Wstał i spróbował zajść zwiadowcę od tyłu. Znalazł tam jednak tylko wspaniałe miejsce. Poszukiwany umknął.
Następnego dnia ruszyli jeszcze przed świtem. Weszli do puszczy i szli powoli. Nagle Bubeusz wyczuł silnie emanującą energie magiczną. Fristron też ją poczuł i pomyślał, że to Kara na nich czeka.
Na środku polany leżał martwy jednorożec i połamany ent. Wyglądało na to, że ent próbował bronić jednoroga i oboje zginęli. Fristron wysunął się z wyciągniętą różdżką.
- Kara! - zawołał - Kara! Jesteś tu?
- Daj spokój! - fuknął na niego Bubeusz - Lepiej patrzeć! Zaraz odtworzymy spaczenie!
- Chyba żartujesz - rzekła Kara. Wyszła do nich od południa. Z drugiej strony szedł Dregnor, pomocnik czarodziejki.
Jednak sama Kara nie wyglądała jak druidka. Prędzej jak mroczna kapłanka trzeciego stopnia wtajemniczenia. Czarny, ciasny kostium. I medalion z wyrytym czerwonym Diademem.
- Żartuję? - zdziwił się Bubeusz - Co masz na myśli?
Zamiast odpowiedzi do uszu wlał się krzyk. Dźwięczny krzyk, który ich ogłuszył i zamroczył. Przez oszołomiony mózg przedarła się jedna myśl : "Bruxa!" Kara zaczęła biec. Skoczyła na nich. Wtedy Fristron i Bubeusz naraz rzucili na nią Odpechnięcie. Mogli się na to zdobyć, gdyż na Dregnorze siedział Hellburn.
Kara natychmiast zorientowała się w sytuacji. Okazała się jednak jeszcze bardziej niebezpieczna od Dregnora. Kara była Nosferatu. Skoczyła na Fristrona przełamując astralną obronę maga. Przygwoździła go do ziemi. Poczuła smak krwi... silne Trzęsienie Ziemi w połączeniu z Rozkładem sprawiły, że Kara zleciała z ofiary i zaczęła natychmiast gnić. Bubeusz uratował Fristrona.
Jednak sytuacja z tyłu nie wyglądała różowo. Hellburn przegrywał z Dregnorem i tracił zmysły od krzyku skierowanego tylko w niego. Magowie rzucili się na ratunek. Dregnor uległ przewadze liczebnej...
Fristron zasłabł. Kara, oszpecona, dalej istniała. Amulet Spaczonego Diademu lśnił w poświacie miesiąca. Kara rzuciła ostatni krzyk i Bubeusz trafił ją Odesłaniem. Upadła i utraciła swój drugi żywot.
Teraz należało zająć się ofiarą. Rana nie była groźna. Kara nie zmieniała Fristrona w wampira. Chciała go zabić. Taki miała rozkaz.
Fristron
USER_AVATAR
Dragonthan
--------------------------------------------------------------------------------

22 Blossonthal

Było już po północy. Drag jeszcze raz przeczytał list od posłańca króla, zapłacił za posiłek i ruszył na zamek. Wychodząc z karczmy zachaczył o jakiegoś łazęge, który próbował wyciągnąć mu sakiewke. Gdy tylko Drag przyłożył mu miecz do szyji, natychmiast zaniechał tego. Po ciemych i krętych ulicach poruszał się ostrożnie. Jeszcze nigdy nie był w tym mieście, więc rozglądał się dookoła. Po parunastu minutach doszedł do bram zamku głównego. Fosa służyła bardziej za ozdobę niż fortyfikacje, ze względu na rosnące w niej lilie wodne i inne rośliny starannie pielęgnowane. Przed bramą pokazał strażnikowi papier. Kazano mu zaczekać. Po chwili wpuszczono go. Szedł w eskorcie dwóch żołnierzy, którzy prowadzili go do króla. Poruszenie nastało wśród służby, gdyż człowiek, którego prowadzili miał zgładzić smoka. Spodziewali się raczej jakiejś kompani najemniko-łowco-smoków, a tymczasem był tu tylko jeden człowiek.


Nagash
--------------------------------------------------------------------------------

Od 14 do 18 Blossonthal


Droga wydawała się dłuższa niż było na mapie, nekromanty nie ruszały ani piękne tereny rozciągające się pod nim ani spalone, opustoszałe wioski, których mieszkańcy uciekli w obawie przed wojskami przeciwnika. Mijał fort Damarys, który wydawał się ostatnią linią ratunku dla Azadaru i króla.
Leciał kilka dni aż w końcu doleciał do wioski Morngram. Zatrzymał się tam na chwilę, aby zapytać o drogę i tym podobne, po czym ruszył dalej na koniu a smoka odesłał do domu. Po dniu drogi dojechał wreszcie do wrót Azadaru a gdy pokazał depeszę strażnicy wpuścili go bez większych problemów. Przed bramą pałacu stało pełno rożnych magów, czarodziei, szamanów. Nie zwracając na nich uwagi stanął w kolejce bez słowa.


Hellburn
--------------------------------------------------------------------------------

20 Blossonthal

Bubeusz podszedł do siedzącego i zmęczonego walką ifryta, pomógł mu wstać.
- Dzięki za pomoc - mruknął Hellburn.
- Skąd tu się wzięłeś ?! - zapytał dysząc Friston.
- Śledziłem was odkąd rozstaliśmy się na ulicy. Musiałem mieć pewność...
- Pewność że ?? - zapytał podejżliwie Mag z AvLee.
- Pewność że mam do czynienia z doświadczonymi czarodziejami a nie nowicjuszami - dokończył £owca głów.
- Pfff - burnkął Bubeusz - my nowicjuszami ? dobre sobie...
Hellburn zamilkł. Wbił wzrok w trawę i zaczął nad czymś rozmyślać. Friston wziął Bubeusza na bok i zaczęli cicho rozmawiać.
- Coś mi tu śmierdzi - szepnął Friston - Jakoś dziwnie wrogo jest do nas nastawiony ale nam pomaga...
- To może być haczyk - odszepnął Biały Mag.
- Może... hmm... śledził nas... powinniśmy go zauważyć... trzeba zachować do niego dystans i być ostrożnym...
Bubeusz skinał głową na potwierdzenie. Wrócili do Ifryta, który nadal wpatrywał się pustym wzrokiem w trawę. Odpoczęli chwilę i postanowili wracać do miasta. Na przodzie szli obaj magowie, za nimi Hell. Prowadzili poważną konwersację na temat konstelacji... nagle Bubeusz zatrzymał się i popatrzył blado na maga z Avlee.
- Wziąłeś amulet??!! - krzyknął.
- Nie, myślałem, że ty go masz ! - odpowiedział ze zdziwieniem w głosie Friston. Popatrzyli na siebie porozumiewawczo po czym spojrzeli do tyłu. Ifryta już nie było...


Destero
--------------------------------------------------------------------------------

18 Blossonthal (Kwiecień) 1276r. ery II

Poczuł szarpnięcie...
-Myślisz, że nie żyje? - głos wydawał się znajomy
-Nie - odezwał się ktoś grubym ochrypłym głosem - oddycha.
-Ślepy? - powtórzył pierwszy mężczyzna - Zobaczcie na opaskę na oczach.
-Zdejmij ją przekonamy się...
Destero spiął mięśnie na te słowa. Natychmiast usunął wszelkie bariery mentalne przygotowując się na walkę:
-Zostaw go - powiedział ochrypły - Nie mamy na to czasu. Armia zachodnia kieruje się na Rockdale i nie możemy tracić czasu na takich jak on jeśli chcemy ich ostrzec w czas.
-Co prawda to prawda... jak myślisz? dokąd pójdziemy...
Mężczyzna urwał nagle gdy dłoń Destero wystrzeliła w zatrważającym tępie w stronę jego gardła i zacisnęła się na nim ze straszliwą siłą. Pozostali dwaj mężczyźni odskoczyli przerażeni widząc wybałuszone z braku tlenu oczy swego towarzysza. Dał się słyszeć trzask kości i mężczyzna trzymany przez Destero padł na ziemię z roztrzaskaną tchawicą:
-Bogowie! - wrzasnął przysadzisty i wąsaty - Jolee! Zabiłeś Jolee'ego bydlaku!
Destero podniósł się spokojnie nie zważając na pełne przerażenia krzyki. Zobaczył jak jeden z mężczyzn wyciągnął widły, a drugi prosty i zardzewiały miecz. Obydwoje trzymali broń nieporadnie jak dzieci i gdyby mógł Destero z pewnością parsknąłby śmiechem na ten widok.
-Jest bez broni - warknął mężczyzna z widłami - zabijmy bydlaka!
-Zapłacisz za Jolee'ego śmieciu!
Mężczyzna z widłami rzucił się na Destero unosząc broń nad głową i szarżując prosto na niego. Destero nie chciał ich zabijać.... musiał się pożywić po użyciu umiejętności z ostatniej nocy. Wyciągnął ręce przed siebie, kierując je w obydwu biegnących już na niego mężczyzn. Z długich rękawów jego płaszcza wyleciały malutkie pociski, które trafiły obydwóch przeciwników w rzepki kolanowe. Mężczyźni zwalili się na ziemię w mgnieniu oka klnąc i krzycząc straszliwie. Destero zdjął powolnym ruchem opaskę z oczu, a mężczyźni natychmiast przestali się szamotać. Wyraz wściekłości na ich twarzach zamienił się w przerażenie, a groźby w krzyki rozpaczy kiedy wyrwał im dusze z ciał.

***

Kilka minut później Destero ze szczytu klifu obserwował olbrzymie stado ptaków kierujące się... nie... podążające za Zachodnią Armią, w jego stronę. Spojrzał na Rockdale, które było już zgubione i obrócił się na północ:
-A więc została ta droga...
Rzucił się biegiem przed siebie, kierując się pospiesznie w stronę fortu Damarys.

Nagash
--------------------------------------------------------------------------------

18 Blossonthal (Kwiecień) 1276r. ery II

Po długim czasie oczekiwania w kolejce doszedł do komnaty królowej, został niechętnie wpuszczony do środka, ale jednak. Królowa była w ciężkim stanie. Ledwo co zdołał się jej przyjrzeć, gdy do komnaty wszedł król. Wpadł we wściekłość na widok nekromanty.

-Czego tu chcesz?? Moja żona potrzebuje lekarza a nie kogoś, kto ją ożywi!! Wynoś się stąd albo wezwę straż.
-Królu obawiam się że to nie jest choroba, która atakuje ciało tu nie pomoże żaden lek ani żadne zioła. Tu potrzebny jest pewien amulet.
-Tak, a ty pewnie go masz przypadkowo w kieszeni i mi go odsprzedasz za małą opłatą?? Tak?? - wrzeszczał król.
-Nie.. Ale wiem gdzie go zdobyć i jeżeli ktoś wyruszy ze mną to go zdobędę - odpowiedział Lisz.
-Na pewno!! Nie pozwolę dotykać mojej żony jakiemuś szkieletowi!! Wynoś się stąd!! Straż wyprowadzić go!! - wrzasnął król a po chwili do komnaty wbiegły straże i wyprowadziły arcylisza. Mógłby ich zabić, ale wtedy król na pewno by mu nie zapłacił. Po wyjściu z pałacu wyruszył w stronę bramy wyjściowej.
Bubeusz
USER_AVATAR
Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

20/21 Blossonthal

-Wracaj tu, piekielniku!!- wrzasnął wściekły Bubeusz w stronę lasu.
-Co ty robisz, zgłupiałeś!?- zganił go Fristron. Przecież i tak cię nie posłucha, a w lesie jest pełno wilków i innych stworzeń...- urwał patrząc jak mag wykonuje jakieś dziwne ruchy swoją laską. Nagle z kryształu wystrzelił błyszczący promień i pomknął pomiędzy drzewami w głąb lasu. Rozświetlił całą pobliską okolicę, rzucając blask na mchy, pnie i krzewy, które ukryte w gąszczu nigdy jeszcze nie widziały tak mocnego światła. Przez moment w głębi lasu błysnęła malutka ognista plamka.
-Tam jesteś, psotniku! czekaj, niech no ja cię dorwę...- rzekł mściwym głosem czarodziej i zostawiając Fristrona pobiegł w las.
-Co ty robisz? Czekaj! Ranny jeszcze jestem!- krzyczał za nim Fristron, lecz zamilkł przestraszony, gdyż chmury odsłoniły czerwony księżyc w pełni, a z daleka dobiegło go echo czyyichś zawodzeń. "Wilki?!"- pomyślał mag z Avlee i wstał szybko, wyciągając broń. W czerwonym świetle księżyca zobaczył białą sylwetkę Bubeusza, mknącego między drzewami, lecz wkrótce zniknął i on. Fristron został sam na sam ze swoimi myślami. Wycie odezwało się znowu, tym razem dużo bliżej.
-Pewnie wyczuły zapach krwi...- pomyślał mag i zaczął iść w stronę miasta, żeby jak najbardziej oddalić się od zwłok Kary i jej pomocnika. Kiedy tak szedł, chmury zakryły księżyc i dookoła zapanował nieprzenikniony mrok. Nagle poczuł na sobie czyjś wzrok. Obejrzał się gwałtownie za siebie i ujrzał wpatrzone w niego czerwone ślepia. Wilk skoczył na niego, zorientowawszy się, że został zauważony, lecz Fristron w ostatniej chwili zdołał wsadzić mu swoją laskę w zęby. Szybko wypowiedział zaklęcie i przez różdżkę przepłynęła energia, rażąc niemiłosiernie wilka, który po jakimś czasie padł oszołomiony na ziemię. Fristron odetchnął z ulgą, kiedy nagle zobaczył kolejne czerwone błyski koło niego. Szybko otoczył się aurą i począł razić wilki magicznymi strzałami, czując, że jest zbyt słaby na użycie czegoś mocniejszego. udało mu się powybijać wszystkie i wtedy zużył ostatnią czastkę mocy. Aura prysła, a Fristron padł wyczerpany na ziemię. Nagle poczuł na nodze ciepły oddech. Odskoczył przerażony i ujrzał, że pierwszy wilk otrząsnął się po elektrycznych drgawkach. Poszukał szybko wkoło siebie czegokolwiek do obrony, lecz było juz za późno. Wilk rzucił się na swoją ofiarę. Fristron skulił się i zamknął oczy, czekając na śmiertleny atak. Poczuł, jak krew obryzgała mu twarz. Usłyszał ciche charczenie wilka i szuranie w agonii łapami po ziemi. Otworzył zdziwiony oczy i ujrzał nad sobą twarz Bubeusza.
-Żyjesz?! Zyjesz?!- mag potrząsał nim energicznie.
-Żyję, żyję... Ale lepiej sprawdź.- odrzekł, nie wiedząc co się dokładnie stało.
Bubeusz zaczął opatrywać mu rany, nieustanie przepraszając, przeklinając swoją głupotę i ciągle obiecując, że już nigdy nie zrobi czegoś równie głupiego.

***

21 Blossonthal

Słońce świeciło wesoło, oblewając okolicę ciepłym blaskiem. Magiczny duet przekroczył bramy Azaradu. Magowie szli szybkim krokiem po uliczkach, rozmawiając o wydarzeniach ostatniej nocy. Bubeusz opowiedział Fristronowi, że pobiegł za ifrytem, lecz pomylił się troszkę w ocenie odległości i mimo rzucanych czarów, nie udało mu się go dogonić.

Klaang
--------------------------------------------------------------------------------

19 Blossonthal (Kwiecień)

- Te duży! – krzyknął ktoś – Czekaj!
- Do mnie mówisz dobry człowieku? – zdziwił się Klaang widząc pękatego jegomościa w zielonym kubraku, zielonych portkach i jednakowoż zielonej czapce z piórkiem, wychodzącego się zza pagórka.
- No. Mówię nie? – wyseplenił obcy – Suchaj no. Żonkil jestem. Bard. – dodał pokazując dziurawą lutnię jaką na sznurku nosił.
- W czym mogę ci pomóc? – spytał Klaang
- Te. Nie widziałeś takiego siwego, ponurego? Miecz na plecach nosi... Kamrat mój, ale gdzieś się w pobliskim lesie zaszył z tą swoją czarodziejką... Widziałeś? – seplenił obficie plując bard
- Obawiam się że nie, zacny bardzie...
- Dzięki. To ja szukam dalej... Do lasu tędy? Miłej drogi. – mruknął wyraźnie niezadowolony z odpowiedzi Żonkil i poszedł w swoją stronę.
- Naprawdę dziwnych ludzi można spotkać wędrując po łąkach Alanzyr – pomyślał Klaang z rozbawieniem. Poprawił topór zawieszony na plecach i wolnym krokiem ruszył przed siebie. Zgodnie z instrukcjami jakie otrzymał od hobbitów w Harrow, ruszył na północny wschód, do tajemniczego kręgu kamieni, znajdującego się nieopodal miasta..
- Pozwiedzamy zabytki, a potem pójdziemy do Azaradu, dobrze? – powiedział cicho drapiąc mocno Orana za uchem – Dowiemy się wreszcie co się dzieje z królową Demeris, bo z tego co mówili, to objawy ma niepokojąco znajome...
Po kilku godzinach marszu, Klaang zauważył dziwną rzecz. Uderzyła go... cisza. Nawet ptaki nie śpiewały.
- Chyba w dobrą stronę idziemy, przyjacielu... – mruknął Klaang pod nosem – Nawet roślinność jakaś taka dziwna się robi... – dodał patrząc na wyschnięte kikuty krzaków i spaloną słońcem (?) trawę. Kiedy wraz Oranem wyszedł na pagórek ujrzał wielki krąg czarnych kamieni. Widok ten był piękny i przerażający zarazem. Kilkumetrowe, czarne obeliski ustawione w okrąg pokryte były runami, choć ich sensu Klaang nie mógł się nawet domyślać. Przerażający natomiast był fakt, że wokół kręgu kamieni nie było najmniejszych śladów życia. Jałowa ziemia. Nic więcej.

Kiedy Klaang podszedł bliżej do kręgu poczuł nieprzyjemne wibrowanie Thorrena zawieszonego na plecach. Początkowo nie zwrócił na nie uwagi, ale im bliżej podchodził do czarnych obelisków tym silniejsza była reakcja jego magicznego topora. Kiedy dotknął jednego z kamieni usłyszał szum wydawany przez broń.
- Co jest...? – spytał sam siebie zdejmując topór z pleców najszybciej jak tylko potrafił, kiedy ten, choć nie powinien, zaczął go parzyć. – Oran, zostajemy... Chyba znaleźliśmy to czego szukaliśmy – dodał w stronę psa. Odpowiedziało mu ciche warczenie.
- Tak. Ja też to czuję... Coś się zbliża.

Thurvandel
--------------------------------------------------------------------------------

17 Blossonthal/Kwiecień MCCLXXVI roku II ery

- Podjazd... - wydyszał zwiadowca - na oko dwustu pancernych ... walą prosto na nas...
- A zatem szykuje się bitka - mruknął porucznik Thamont - dobra jest wojaki... ruszać tyłki. Wozy w krąg, baby i konie w środek...
Thurvandel porwał szybko jeden z krótkich mieczy i rozsiadł się wygodnie na tyłach lazaretowego wozu. Na przeciw siedziała Elia, zapatrzona w przebiegające po niebie chmury, nic sobie nie robiąc z powszechnego zamętu, w jej oczach pojawiła się bezgraniczna obojętność.
Oficer w czarnym, posrebrzanym wamsie komenderował z siodła wielkiego bojowego rumaka. Wozy sprawnie zsunięto i połączono, zamykając wewnątrz kręgu konie, ekwipunek i co bardziej słabowitych cywilów. Pikinierzy Brola obasadzili front barykady, piki osadzając drzewcem głęboko w ziemi. Z jednego z wozów odrzucono płachtę. Na wozie jak się okazało, wieziono całkiem spory arsenał, głównie długie hakowate gizarmy i lekkie kusze. .Kusze rozdano co rozsądniejszym żołdakom, gizarmy ponasadzano na barierę wozów tak, by stanowiły zaporę dla nacierającej kawalerii. Jezdni z chorągwi porucznika sformowali się w niewielki oddzialik poza szańcem. Wszystko to zajęło raptem pięć minut. Nad gościńcem zawisło grobowe milczenie, wszyscy nasłuchiwali. Ciszę poranka przerywał jedynie beztroski świergot ptaków i szum otaczającej puszczy. W oddali nad traktem wzbił się tuman kurzu, ziemia zaczęła drżeć, obrońcy mocniej zacisnęli dłonie na drzewcach pik i rękojeściach mieczy. Wśród tumanów kurzu zaczęły majaczyć szare sylwetki jeźdźców.
- Napiąć kusze - ryknął Thamont
Biało-zielone płaszcze łopotały w szaleńczym pędzie
- Strzelać na rozkaz
Tętent zagłuszał myśli
- Piki o ziemię.
Stalowa ściana wyszczerzyła ostre kły
- Cel
Dwie kusze puściły, bełty odbiły się bez szkody.
- Wytrzymać
Skronie obrońców pokryły się zimnymi kropelkami potu.
- Strzał
Z wozów sypnęły się bełty, kilku jeźdzców stoczyło się z siodeł. Ściana dopadła barykady, gizarmy i piki bezlitośnie wbiły się w ciała wierzchowców, stal zaśpiewała dźwięcznie, powietrze przeszył dziki wrzask bólu. Masa jeźdźców naparła na szaniec. Ku przerażeniu obrońców, obok kwiku koni, krzyku ludzi i brzęku żelaza, w uszy wdarł się odgłos ten najmniej porządany. Trzask łamanego drewna. Wozy nie wytrzymały. Drewniana bariera pękła, jeźdźcy przedarli się przez zaporę, niosąc śmierć, krew i... utknęli. Nie wystarczyło impetu, by rozbić całkowicie krąg wozów. Tarczownicy Grydwika doskoczyli kłębowiska. Rozpoczęła się regularna walka na miecze i topory, jednak ostrza z trudem przechodziły przez ciężkie zbroje pancernych, a wierchowce dawały atakującym znaczną przewagę w starciu. Widząc, że sytuacja pogarsza się coraz bardziej, Thamont skoczył na pomoc wraz ze swym oddziałem kawaleri. Potyczka wrzała w najlepsze.
Thurvandel tymczasem, ogarnąwszy sytuację, skoczył na pomoc trzem wojakom, rozsuwającym tylne wozy, by wyprowadzić ze środka kręgu ludzi i konie. Przetoczyli szybko dwa wozy na bok, gdy wtedy uderzyła na nich dwójka konnych. Elf bez zastanowienia porwał najbliższą gizarmę i dał nura pod wóz, żołnierze przyparci do ściany wozu podjęli walkę. Pierwszy padł rozszczepiony ciężkim, kawaleryjskim toporem, dwóm pozostałym udało się ściągnąć z konia jednego z pancernych i przypartego do ziemi, zadźgali sztyletami, kłując na oślep pomiędzy przyłbicę, a napierśnik. Drugi jeździec nie czekając na swoją kolej, wkomponował swym toporzyskiem żołdaków w podłoże i ruszył z powrotem w środek bitewnego zamętu. Thurvandel korzystając z powszechnego braku zainteresowania jego osobą dopadł do swojego wozu i porwał z kozła swój kuferek i torbę. Po chwili zastanowienia wziął jeszcze napiętą kuszę, tak coby dla bezpieczeństwa. Ostrożnie przemknął do wozu lazaretu i zabrał swoją torbę z ekwipunkiem. Zgiełk bitwy wzmógł się. Oddział Thamonta wściekłą szarżą zdołał wypchnąć Książęcych z kręgu barykady. Piechurzy starali się zablokować wyrwę w barierze, zsuwając sąsiednie wozy. Oddział porucznika topniał w oczach. Elf nie przyglądał się dłużej potyczce. Zarzucił torbę na ramię i ruszył wzdłuż przeciwległej ściany szańca, by jak najszybciej dopaść skraju gościńca. Kilkanaście metrów dalej grupa tarczowników pod komendą Brola starała się niepostrzeżenie przeprowadzić ludzi na skraj lasu. Szło im wcale sprawie, choć niekoniecznie niepostrzeżenie. Grupa konnych wyrwała się z zamętu walki i uderzyła wprost na nich. Po krótkim ścięciu z wojakami, rozpoczęła się rzeź. Pancerni cięli każdego kto się nawinął. Piesi nie mieli szans uciec przed jeźdźcami. Zginęli wszyscy.
Widząc, że sytuacja nie jest za ciekawa, Thurvandel doskoczył gniadej klaczy, kłusującej w najlepsze wśród trupów i porozrzucanego oręża. Dotychczasowy właściciel nie wyraził sprzeciwu. Zapewne dlatego, że był martwy. Elf znalazłwszy się w siodle, ruszył dzikim cwałem ku granicy lasu. Dwaj rycerze puścili się za nim w pogoń, jednak ciężkie zbroje, znacznie opóźniały pościg. Medyk zniknął wśród leśnej gęstwiny.

Tymczasem z kłębowiska podniósł się tryumfalny okrzyk. Oddział książęcy rozbił ostatecznie wozową zaporę i rozproszył obrońców, w których dopiero teraz morale całkowicie upadło. Rozpoczęli paniczną ucieczkę. Piesi nie mieli szans uciec przed jeźdźcami.

Nagash

--------------------------------------------------------------------------------

18-19 Blossonthal
Lisz Nagash był zirytowany. Zamierzał udać się do mrocznej Dark Keep w poszukiwaniu cennego dla niego przedmiotu, a poszukiwanie leku dla królowej miało być jedynie przykrywką, która miała zwabić głupców potrzebnych mu do wykonania zadania. Oczywiście wiedział, że jeśli powinno szukać się leku na dolegliwość królowej to najlepszym miejscem gdzie można tego dokonać była właśnie Dark Keep. Nie miało to jednak znaczenia. Los królowej niewiele go obchodził, ale potężni magowie którzy przybyli do Azarad celem uleczenia królowej Demeris mogli okazać się wartościowymi sprzymierzeńcami.
-Ignoranccy głupcy - zawarczał przez zęby Nagash - Pójdę sam jeśli nie będę miał wyboru.
Dystans jaki dzielił go od pustyni Daishad nie był wcale taki daleki dzięki pewnej rzeczy, o której wiedział. Postanowił wyruszyć na północ. Najszybsza droga prowadziła z tajemniczego miejsca w pobliżu wioski niziołków Harrow. Przez całą drogę ku bramie Azaradu Nagash klnął pod adresem króla i jego ignorancji.
-Okazja na ulecznie królowej - warczał - i na dodatek możliwość zbicia fortuny.
-Fortuny?
Nagsh odwrócił czaszkę w stronę, z której dochodził głos. Stała tam kobieta... nie... nie kobieta. Nagash wyczuł to na odległość. Mieszkaniec piekielnych odmętów... wygnany czy posłany? Tak czy siak mogła stanowić godnego współpracownika... może nawet nie narzędzie w jego rękach. Postanowił obudzić jej zainteresowanie:
-I to dużej - podjął klekocząc zębami przy każdym słowie - niewyobrażalnie...
-Wystarczy - przerwała mu demonica - jestem zainteresowana liszu. Oszczędź sobie kolejnych prób kuszenia mnie. Powiedz lepiej co oferujesz.
Szczęka Nagasha wygięła się w krzywym uśmiechu.
-Wyprawa... niebezpieczna. Ja mam swoje powody, a ty możesz mieć swoje, o których nie musisz mi mówić. Wyruszamy na Daishad.

-Byłam już tam. Znam trochę pustynię.
-Tym lepiej - zaklekotał lisz - będziesz cennym towarzyszem podróży. Witaj na pokładzie. Wyruszymy kiedy tylko...
-Już jestem gotowa, wynajmę jedynie konia i możemy ruszać - oznajmiła, po czym wyruszyła w poszukiwaniu odpowiedniego wierzchowca. Po chwili wróciła na czarnym koniu. Nagash nie preferował żywych koni więc ożywił sobie jakiegoś.

***

Jechali przez kilkadziesiąt godzin, szybkim galopem praktycznie nie odpoczywając, aż wreszcie zauważyli wioskę Harrow.
-Gdzie teraz - spytała go demonka.
-Znam skrót.
-Ale przecież ta droga tam nie prowadzi
-Wiem. Bądź cierpliwa. Niedługo będziemy na pustyni.
-No dobra, ale mam nadzieję, że nic więcej przede mną nie ukrywasz - rzuciła z pretensją w głosie Ashanti
-Nie, nie, to ostatnia rzecz której nie wiedziałaś - odpowiedział jej nekromanta patrząc w inną stronę, aby nie kłamać jej prosto w oczy.

Słońce wreszcie wzeszło a podróżnicy dojechali na wzgórze, z którego było widać wielki kamienny krąg. Wokół niego nie rosła nawet trawa. Wyglądało to tak jakby ziemia była wypalona.

Destero
--------------------------------------------------------------------------------

18 Blossonthal 1276r. II ery

Biegł na północ z zatrważającą prędkością. Nie miał zamiaru oszczędzać nowo nabytych sił. Jego płaszcz rozpostarł się na górskim wietrze, a kaptur zsunął się z głowy ukazując, młodą twarz z opaską na oczach i krótkimi czarnymi włosami. Gdyby mógł byłby wściekły... ale on nie był zdolny do żadnych uczuć.

Adriel go oszukał.

Wizja, którą ukazał mu demon podczas podróży statkiem do Alderman, był fałszywa. Przedmiot nie znajdował się na zachodzie, a na północy i był zagrożony. Destero przeskoczył wielkim susem głęboką przepaść i wylądował po drugiej jej stronie nawet nie zwalniając. Biegł tak bardzo długo nie czując nawet zmęczenie i choć zdawał sobie sprawę z konsekwencji jakie poniesie, gdy bariery ponownie opadną, to nie mógł się teraz zatrzymać. Gnał w błyskawicznym tępie, lawirując pomiędzy postrzępionymi skałami i przeskakując szerokie rozpadliny, zupełnie jakby były drobnymi pęknięciami. Kiedy księżyc wzniósł się nad horyzontem, oświetlając świat czerowną poświatą, on opuszczał już masyw górski Mak Kordal i kierował się nie zwolniwszy nawet w stronę Azarad.

***

20 Blossonthal 1276r. II ery

Rankiem drugiego dnia szleńczego sprintu Destero zaczął odczuwać zmęcznie. Mentalne bariery, które zdołał usunąć dzięki esencjom życiowym dwójki chłopów, zaczynały ponownie zapadać. Wiedział, że szukanie kolejnego posiłku nie będzie miało żadnego sensu, bo straci na to dużo czasu, a dodatkowo i tak nie zwiększy to szybkości jego podróży... Jego ręka powędrowała ku opasce na oczach. Gdy tylko delikatnie ją odchylił usłyszał złowróżbne szepty Adriela. Zignorował je i jednym szybkim ruchem zerwał kawałek materiału z twarzy. Momentalnie przystanął i zatoczył się pod siłą mentalnego szturmu demona. Jednak Adriel w dalszym ciągu był znacznie osłabiony długą podróżą z południa do Ervandoru toteż Destero oparł się atakowi i po chwili odzyskał panowanie nad ciałem. Poczuł przypływ niewiarygodnej siły w kończynach gdy rzucił się ponownie do biegu, nękany szeptami demona.

***

22 Blossonthal 1276r. II ery

Cztery dni w bezustannym biegu. Destero był wycieńczony, ale jednak osiągnął cel podróży. Brama Azarad majaczyła w oddali, a mury miasta odbijały czerwoną poświatę Korony Świata i Księżyca. Wiedział, że tu znajdzie dwójkę, która, zgodnie z relacjami Adriela wiedziała gdzie znajduje się pożądany przez niego przedmiot. Medalion z wyrytym na nim symbolem w kształcie czerwonego diademu. Przypomniał sobie obraz dwójki magów, jednego w białych szatach, służącego oparciem drugiemu, mocno zranionemu. Przypomniał sobie też ich imiona... Fristron i Bubeusz. To jednak będzie musiało poczekać do momentu, aż nie wyrwie duszy z ciała przynajmniej jakiegoś nic nie wartego żebraka... ale potem ich znajdzie i namówi, siłą lub słowem, do współpracy... czyli oddania mu medalionu.
Fristron
USER_AVATAR
Fristron z Avlee

--------------------------------------------------------------------------------

Popołudnie, 21 Blossonthal (Kwiecień), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Fristron powędrował do szpitala miejskiego, wspierany ramieniem Bubeusza. Bądź co bądź został zaatakowany przez Nosferatu, słyszał wycie Bruxy, wyczerpał energię magiczną, a wilk zdążył wyszarpać mu kawałek ręki. Nieprzytomny usłyszał, jak pielęgniarka mówi o koniecznej operacji, o pomocach magicznych, olejkach i maściach, o wielu innych rzeczach. Był to dla niego niebiański głos...
Poznał ów głos.
To był głos Kary.
Otworzył oczy. Spojrzał na pielęgniarkę...
Nie, to nie ona - pomyślał. Myśl ta jednak nie przyniosła mu ulgi. Raczej zawód...

***

Noc, z 21 na 22 Blossonthal (Kwiecień), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Sen.
W jego życiu mogłoby nie zaistnieć już nic więcej. Nic więcej, poza snem. I wizjami. Dwoma wizjami.
Znów widział Karę. Zbliżała się do niego. Była za blisko. Za blisko...
Pocałowała go. I ugryzła w szyję...
Obraz zmienił się.
Zakapturzona postać szła ku bramom Azaradu. Nagle odchyliła kaptur. Zobaczył opaskę na młodej twarzy. Postać zdjęła ją. Ujrzał oczy. Najbardziej przerażające oczy na świecie...
Oczy, od których się umierało.
Zbudził się. Był w miejskim szpitalu.
Co za ulga... Nie pamiętał już widoku tych oczu...

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:18, w całości zmieniany 1 raz


Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

21-22 Blossonthal

Bubeusz podniósł wzrok znad książki i spojrzał na Fristrona.
-Coś sie stało?-
-Nie, nic...- odrzkł tamten i odwrócił się na bok, żeby mag nie zobaczył kropli potu na jego czole.

Bubeusz siedział całą noc koło łóżka, przy okazji czytając magiczne księgi. Niestety mimo dogodnych warunków, leczenie nie trwało tak szybko, jak się spodziewał biały czarodziej. Następnego dnia przeczytał całą księgę. Nazajutrz rano wybrał się do miasta, szukając jakiejś uzdrowicielki bądź uzdrowiciela, żeby przyspieszyć nieco regenerację Fristrona. Obawiał się, że mają coraz mniej czasu na rozwiązanie tej zagadki. Biegał po mieście, lecz prości ludzie nie mogli mu pomóc. Do pałacu króla nie chcieli go wpuścić, a tam prawdopodobnie przebywali właśnie wszyscy uzdrowiciele z okolicy. Bubeusz już zaczynał tracić nadzieję, kiedy w tłumie ujrzał czarną sylwetkę. Nikt nie ubierał się na czarno, więc serce zabiło mu mocniej. Pobiegł do postaci w czarnym płaszczu i wydyszał bez żadnego powitania:
-Znasz się waść na leczeniu?- na te słowa Destero zatrzymał się nagle i gdyby mógł, na pewno zdziwiłby się piekielnie.

Ostatnio zmieniony przez Bubeusz dnia 2005-05-27 16:18, w całości zmieniany 1 raz

Dragonthan
--------------------------------------------------------------------------------

22 Blossonthal Wieczorem
Dragonthan wszedł do komnaty gdzie siedział król przy stole.
- Zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji...
- Tak wasza wysokość... ten smok jest dziwny, gdyż w tej części świata nie ma takich...
- Masz się go pozbyć
- Potrzeba czasu...
- Nie mamy czasu! Moja żona ledwo co żyje... wojna zbliża się z zachodu... a smok pustoszy nasze wioski... musimy pozyskać zaufanie chłopów, aby zwołać pospolite ruszenie...
- To nie jest zwykły smok, to jest błękitny smok, on...
- Jesteś przecież łowcą tych bestii !!! Przestań mi tu marudzić !!! Nie po to cie tu sprowadziłem !!!
Drag wyprostował się i wziął głęboki wdech.
- Nie zrozum mnie źle, ale nigdy nie mieliśmy do czynienia ze smokiem... och moja głowa... idę się położyć... a ty drogi łowco, musisz się z tym uporać jak najszybciej... nie mamy zbyt wiele czasu...
Król wyszedł z komnaty, kierując się do sypialni, by odpocząć trochę od nawału spraw. Drag podszedł do okna i patrzył w stronę dziedzinca. Czerwona poświata zaczęła już dawać swe oznaki. Powoli zanikały inne kolory. Drag wyszedł z komnaty i zkierował się do bramy głównej. Wyszedł z zamku głównego i skierował się do najbliższej karczmy "Pod Czarnym Nożem" i wynajął pokój na noc.

Ostatnio zmieniony przez Dragonthan dnia 2005-05-27 13:23, w całości zmieniany 1 raz

Klaang
--------------------------------------------------------------------------------

19/20 Blossnothal (Kwiecień)

Kiedy Nagash i Ashanti podjechali bliżej zobaczyli, że nie są koło kręgu sami. Z daleka uśmiechał się do nich potężnego wzrostu barbarzyńca.
- A temu co? - pomyślał Nagash - Do lisza się uśmiecha... Głupi czy co?
- Kim jesteś? - spytała Ashanti rozbawiona zdziwieniem Nagasha - I co wyprawiasz z tym toporem?
Barbarzyńca bezskutecznie starając się schować nadal płonący magią topór za plecami rzekł z zakłopotaniem:
- Jestem Klaang syn Krageena, dobrzy lu... khem... drodzy podróżnicy... - poprawił się widząc, że nie z ludźmi ma do czynienia - Za namową hobbitów z pobliskiego Harrow postanowiłem nieco pozwiedzać zabytki - kontynuował z uśmiechem zakłopotania - ale kiedy się tutaj zbliżyliśmy, mój topór zaczął się dość dziwnie zachowywać... No i ze wstydem przyznaję, że nie za bardzo potrafię sobie z tym poradzić.
- My... się zbliżyliśmy? - spytała zdziwiona Ashanti rozglądając się wokół kręgu - Przecież tu nikogo nie ma...
- Racz się odwrócić pani... To jest mój przyjaciel... Oran.
Ashanti kiedy zobaczyła za sobą ogromnego, obnażającego kły psa, aż podskoczyła w siodle. Nie to żeby się bała, ale zaskoczenie było ogromne. - Jak tak ogromne zwierzę zdołało się zaczaić... I dlaczego go nie wyczułam? - pomyślała przeklinając w duchu demonie zmysły, które ją zawiodły
- Nie obawiaj się pani. Nic ci nie zrobi. - kontynuował Klaang przyglądając się ze zdziwieniem zachowaniu psa. Wiele razy mieli do czynienia z „nieludźmi”, ale tak jawną wrogość wobec kogokolwiek Oran okazywał po raz pierwszy.
- Bezpieczniej będzie dla niego jak przestanie się na mnie szczerzyć - odparła demonka, z dobrze udawanym spokojem czując się wyraźnie nieswojo w obecności monstrualnych rozmiarów zwierzęcia.
W międzyczasie Nagash zszedł ze swojego ożywionego konia. W momencie kiedy koński kadawer stracił fizyczny kontakt z liszem, padł bez życia na ziemię, wzbijając w powietrze tumany kurzu. Nagash do tej pory nie odezwał się ani słowem. Ignorował zarówno obecność barbarzyńcy, jak i jego psa. Kiedy jednak ruszył w stronę kręgu, przy okazji mijając Klaanga, nadal starającego się „ujarzmić” magię topora stało się coś dziwnego. Nagash zachwiał się a po chwili odskoczył na znaczną odległość od Klaanga.
- Nawet się do mnie nie zbliżaj barbarzyńco... - zaklekotał złowrogo
Klaang szczerze zdziwiony spytał - A co się stało?
- Nie zbliżaj się do mnie z tym toporem, albo gorzko tego pożałujesz.
- Dobrze zatem. Niech się tak stanie. Nie powiedzieliście mi jeszcze kim jesteście. - odparł Klaang z uśmiechem
- Jestem Nagash. - mruknął lisz tonem jasno mówiącym, że nie zamierza bawić się w uprzejmości.
- A ja Ashanti. Miło mi cię poznać Klaangu. - powiedziała Ashanti słodkim głosem, posyłając jednak barbarzyńcy uśmiech tak zimny, że dreszcz przebiegł mu po plecach - Ale racz teraz powiedzieć swojemu pupilkowi - wskazała na Orana - żeby już dał mi spokój, dobrze?
- Oran... chodź tutaj... - powiedział cicho Klaang. Pies posłusznie podszedł do niego, nadal jednak pozostając pomiędzy Klangiem i Ashanti.
Ashanti zsiadła z konia i również zaczęła zbliżać się do kręgu.
- Może mi wreszcie wyjaśnisz o co tutaj chodzi? - spytała Nagasha z wyrzutem
- Zaraz... - odparł lisz nadal nie przerywając badania jednego z kamieni w kręgu. Zniecierpliwiona Ashanti założyła ręce na piersi i przyglądała się w ciszy.
Po kilku minutach lisz zarechotał głośno klekocząc szczęką i dotknął jednego z kamieni mrucząc jakieś tajemne zaklęcie. Runy na czarnym kamieniu natychmiast zalśniły niebieskim światłem.
- Zaczekaj Nagashu... - przerwał Klaang wyraźnie ucieszonemu liszowi
- Czego chcesz? - warknął Nagash zdekoncentrowany
- Nie wiem co zrobiłeś, ale w momencie, kiedy obudziłeś magię tego kamienia, mój topór natychmiast ucichł... - powiedział wskazując Thorrena, wokół którego falowało nagrzane powietrze.
- Nie wiem co za magia jest zaklęta w twoim toporze barbarzyńco... Racz nie przeszkadzać... - odpowiedział Nagash wyraźnie tracąc cierpliwość. Po chwili drugi z kamieni lśnił magią. Kiedy obecni tam Klaang i Ashanti spodziewali się że Nagash obudzi kolejny kamień lisz odszedł na bok i usiadł na ziemi kilka metrów od kamienia.
- Co się dzieje? - spytała Ashanti
- Zmęczyłem się nieco... - mruknął Nagash - Muszę odpocząć.
- Aż tyle sił potrzeba na otwarcie tego portalu, o którym mówiłeś?
- Tak... sporo... a... do tego jeszcze ten dryblas ze swoim toporem... Przeklęty ... topór.
- Zaczyna się ściemniać... - powiedziała Ashanti - Możesz dokończyć jutro?
- Mogę...
- No to sobie odpoczniemy przy ognisku... Klaang chodź tutaj, co tak będziesz sam siedział... - zawołała trochę głośniej w stronę barbarzyńcy.
- Z chęcią się do was przyłączę, ale obiecałem Nagashowi, że nie zbliżę się z toporem do niego, a jako, że się z nim nie rozstaję...
- Oj! Chodź tutaj dryblasie... Tylko nie używaj magii zaklętej w tym przeklętej siekierce... - zaklekotał Nagash poirytowany prostodusznością barbarzyńcy - Możesz się nam przydać...
Klaang przycupnął w kucki kilka metrów od dwójki podróżników zasłaniając twarz kapturem
- No to sobie rozpalimy ognisko... - mruknęła Ashanti a w jej dłoni pojawiła się ognista kula oświetlając jej twarz czerwonym blaskiem. Na ten widok Oran spiął się w ułamku sekundy i skoczył z zębami wycelowanymi w gardło demonki. Ashanti już miała porazić psa przygotowaną do zupełnie innego celu kulą ognia, ale nim zwierzę zdążyło na dobre wzbić się w powietrze, wydało z siebie skowyt i zatrzymało się... dwie stopy nad ziemią.
- Oran... powiedziałem spokój prawda? - mówił Klaang spokojnie trzymając ogromnego psa za skórę na karku. Jedną ręką. Ashanti aż usta otworzyła ze zdziwienia.
- Silny jesteś Klaangu... Jak na człowieka... - jąkała się wyraźnie zbita z tropu
- I szybki. Za szybki - dodał Nagash - siedziałeś spory kawałek od nas, a pojawiłeś się i złapałeś swojego pupilka za kark w mgnieniu oka. Nie jesteś człowiekiem...
- Jeden z moich przodków był elfem - odparł Klaang z uśmiechem wolnym ruchem stawiając Orana na ziemi. Kiedy zdjął kaptur oczom Nagasha i Ashanti ukazały się spiczaste, elfie uszy. - Oran będzie już grzeczny... Obiecuję... - dodał, a pies pokornie, położył się koło niego.
- Co cię tu sprowadza, pół-elfie? - spytał Nagash wyraźnie zaintrygowany postacią barbarzyńcy.
- Æwierć-elfie dla ścisłości. -uśmiechnął się Klaang do lisza - Chciałem nieco pozwiedzać, a hobbici z Harrow powiedzieli że widoki są tutaj dość ciekawe. Jak już zresztą mówiłem - mój topór zaczął się zachowywać inaczej niż zawsze, dlatego tu zostałem, żeby się temu lepiej przyjrzeć. Potem zobaczyłem was... Jakby nie to - wskazał na leżący obok topór - już dawno maszerowałbym do Azaradu.
- Do stolicy? Po co? - spytała Ashanti bawiąc się sztyletem
- Słyszałem, że królowa niedomaga. Pomyślałem, że dowiem się więcej... Może jest jakiś sposób żeby pomóc.
- To się całkiem dobrze składa... - wycharczał Nagash - Właśnie wybieraliśmy się na Pustynię Daishad po lek na chorobę królowej. Może wybrałbyś się z nami?
- Możesz się przydać Klaangu. - dodała w zamyśleniu Ashanti - Nie wiem co Nag planuje, ale nie sądzę, że zdobycie leku będzie łatwe, szczególnie na Daishadzie. Jesteś silny. I diabelnie szybki. Byłbyś dobrym nabytkiem.
- Dlaczego nie... - mruknął Klaang - Jeśli o lek chodzi... Idę z wami.

Następnego dnia rano Nagash zaczął „budzenie” pozostałych kamieni. Z każdym kolejnym zaczynającym świecić obeliskiem zrywał się coraz silniejszy wiatr. Kiedy Nagash uruchomił przedostatni, ziemia zaczęła się trząść, a wnętrze kręgu wypełniły fale ognia.
- Ja mam tam wejść? - pomyślał Klaang widząc jak piach wewnątrz kręgu zaczyna się topić od temperatury
Kiedy Nagash sprawił, że ostatni kamień zalśnił magią... wszystko ucichło. Kamienie świeciły nadal pulsującym światłem, ale wewnątrz kręgu nie było już płomieni. Wiatr ucichł, a ziemia przestała drżeć.
- Coś poszło nie tak? - spytała Ashanti
- Wszystko jest w porządku - mruknął Nagash - Zaraz się otworzy...
W jednej sekundzie krąg zalśnił jaskrawym światłem a nad kręgiem pojawił się sięgający nieboskłonu słup błękitnego ognia. Rozległ się potężny huk a podmuch powalił wszystkich na ziemię. Pierwszy wstał Nagash. Wszedł do kręgu i... zniknął. W jego ślady poszła Ashanti. Klaang niosąc na rękach przerażonego Orana z ociąganiem wszedł na sam koniec.
- Będą z tego kłopoty - pomyślał, ale po chwili usłyszał klekotanie Nagasha
- Witajcie na Pustyni Daishad.

Destero
--------------------------------------------------------------------------------

22 Blossonthal 1276r ery II

Nagła reakcja Adriela, na głos maga w białej szacie, wzbudziła w Destero ciekawość, która przerodziła się w prawdziwe zaintrygowanie, gdy rozpoznał obydwóch mężczyzn. Podczas gdy to on szukał ich to oni znaleźli jego. Dwaj czarodzieje - Bubeusz i Fristron - wpadli w jego sidła.
-Mój przyjaciel został ciężko ranny, więc… - Bubeusz zawahał się - …gdyby nie stanowiło to problemu to czy zechciałby Pan nam pomóc panie…
Destero nie miał zamiaru udzielać im żadnych informacji… wręcz przeciwnie… miał zamiar je od nich wyciągnąć, jeśli nie prośbą to siłą. Wiedział jednak, że długa i męcząca podróż z masywu Mak Kordal mocno nadwątliła jego siły. Postanowił posłużyć się podstępem. Pomimo, że ich nie odczuwał, Destero bardzo dobrze rozróżniał uczucia, jakie kłębiły się w umysłach ludzi. Mag o imieniu Bubeusz martwił się o swego przyjaciela leżącego na łożu szpitalnym.
-Jak się Pan nazywa? - Ponowił pytanie Bubeusz.
-Co mu się stało? - Padła zimna odpowiedź
Bubeusz lekko zbity z tropu tonem głosu psionika nie odpowiedział. Odezwał się za to Fristron:
-Wampir… - ucichł na chwilę- wampirzyca…
Destero kiwnął tylko lekko głową i podszedł do łóżka, na którym leżał Fristron. Mag nie wyglądał bardzo źle. Był blady i prawdopodobnie miał wysoką gorączkę, ale nie było groźby zarażenia wampiryzmem. Rana szarpana na karku w pobliżu szyi nie uszkodziła, co ważniejszych organów. Z pewnością była bolesna, ale nie stanowiła zagrożenia dla życia. Reszta obrażeń była nieistotna. Ot kilka sińców i zadrapań, z których musiało jednak wypłynąć sporo krwi. Niedokrwienie organizmu. Dlatego był taki blady.
-Więc mu pomożesz? - Zapytał Bubeusz, a w jego głosie słychać było lekką irytację.
Destero skinął lekko głową na znak zgody. Nasunął kaptur mocniej na twarz i pochylił się nad rannym magiem. Jego dłoń powędrowała ku ranie, ale zatrzymała się dopiero na czole Fristrona. Destero mruknął coś pod nosem cicho, po czym zamilkł na chwilę a po około minucie milczenia skinął głową:
-Zamknij oczy i nie otwieraj ich pod żadnym pozorem. Leczenie może się nie udać, jeśli to zrobisz.
-Jesteś kapłanem? - Spytał Fristron
-Powiedzmy. Róbcie, co mówię. - Obojętny ton głosu psionika zbił z tropu rannego.
Fristron zamknął oczy. Destero odchylił zakapturzoną głowę w kierunku Bubeusza:
-Wyjdź.
-Co!? To mój przyjaciel. Nie zostawię go z nieznajomym...
Destero zaczął iść w stronę drzwi.
-Dobrze już dobrze! - Warknął Bubeusz - lepiej, żeby nic mu się nie stało. Ulecz go.
Destero nie raczył nawet odpowiedzieć i stał tylko spokojnie z rękoma spuszczonymi wzdłuż boków dopóki Bubeusz nie opuścił pomieszczenia. Odwrócił się w stronę Fristron a ten zamknął oczy i powiedział:
-Spieszy się nam. Proszę postaraj się by leczenie było szybkie i skuteczne.
-Nie otwieraj oczu to tak się stanie - padła odpowiedź.
Gdy dłoń Destero legła na jego czole w umyśle Fristrona wybuchła prawdziwa miriada uczuć. Wiedział, że powinien czuć się zmartwiony tym, że opóźnia prace Bubeusza i swoje nad Koroną świata, a mimo to czuł się odprężony jak nigdy dotąd. Miał ochotę powiedzieć nieznajomemu wszystko o swoim życiu i zdradzić wszystkie swoje sekrety. Czuł się jakby z jego umysłu usunięto jakąś barierę, która nie pozwalała mu otworzyć się na świat. Zadrżały mu powieki.
-Nie otwieraj ich. - Mentalny rozkaz Destero był silniejszy niż jego zachcianki.
Poczuł jak dłoń psionika zaciska się na jego czole mocniej, ale pomimo bólu czuł też lekkie mrowienie w ranach, których doznał. Całemu zabiegowi towarzyszył dziwny dreszcz, wędrujący po całej długości jego kręgosłupa. Dreszcz nasilił się i po chwili Fristron czuł go już na całym niemal ciele. Gdy Destero oderwał dłoń od jego czoła Fristron niemal nie krzyknął by tego nie robił. Choć dreszcz wzdłuż pleców ustał to ciągle czuł delikatne mrowienie w ranach i zadrapaniach. Otworzył w końcu oczy i zauważył jeszcze jak przybysz nasuwa kaptur na głowę. Zdziwił go jego młody wiek oraz opaska na oczach, ale czuł, że nie powinien o to pytać.
-Jutro poczujesz się lepiej i będziesz mógł wyruszyć.
Fristron był zmęczony, ale już czuł, że jego rany zaczynają się zasklepiać, a gorączka ustępuje. Nie mógł podziękować, bo ze zmęczenia nie potrafił wydobyć z siebie głosu. Do pomieszczenia wszedł Bubeusz. Otworzył usta chcąc zadać oczywiste pytanie o zdrowie przyjaciela, ale gdy zobaczył szczery uśmiech na twarzy Fristrona wiedział, że wszystko poszło dobrze.
-Kiedy wyzdrowieje?
-Jutro rano spotkacie się ze mną przed bramą miasta.
-Jak to spotkamy się z tobą? Chcesz przedyskutować kwestię zapłaty?
Destero pokiwał głową na boki nad niedorzecznością tego pytania.
-Należy pomagać bliźnim i grzechem byłoby wykorzystywać ich cierpienie dla własnego zysku. - W jego głosie była czysta obojętność na którą Bubeusz przekrzywił głowę w powątpiewaniu.
-Przyjdziemy - odpowiedział po chwili wahania - Jeśli mój przyjaciel faktycznie poczuje się lepiej to z pewnością się pojawimy by ci podziękować.
Destero skinął głową i opuścił pomieszczenie zostawiając Bubeusza ze śpiącym smacznie Fristronem i mrocznymi myślami.

***
23 Blossonthal 1276r. II ery

Następnego ranka, skoro świt, Destero stał bez ruchu przed główną bramą miasta i przyglądał się koniom w stajni, które parskały zaniepokojone jego obecnością. Gdy pojawili się magowie oderwał wzrok od przerażonych zwierząt i skierował go na magów. Bubeusz maszerował raźnym krokiem, podtrzymując tylko od czasu do czasu Fristrona, który choć w bandażu na szyi wyglądał o wiele lepiej. Bubeusz wysforował się przed swego towarzysza, stanął przed Destero i powiedział raźnym tonem:
-Witaj! Naprawdę mu pomogłeś! Z początku, kiedy kazałeś mi opuścić pomieszczenie sądziłem, że chcesz nas oszukać, ale teraz Fristron...
-Czuję się o wiele lepiej - dokończył drugi mag uśmiechając się promiennie.
-Wiem - powiedział swym obojętnym tonem Destero - wybierzcie wierzchowce w tej stajni. Zaraz wyruszamy.
-Jak to wyruszamy? - Powiedzieli chórem zmieszani czarodzieje.
-Idziecie ze mną. Z początku myślałem, że macie przedmiot, którego poszukuję, ale kiedy was odnalazłem nie wyczułem jego obecności. Pokażecie mi gdzie jest...
-Zaraz, zaraz! - Przerwał już nie tak przyjacielskim tonem Fristron - jestem ci wdzięczny za udzieloną mi pomoc, ale...
-Nie masz wyboru - przerwał spokojnym głosem psionik - nałożyłem na ciebie geas. Umrzesz jeśli mnie nie posłuchasz.
-CO!? - Wrzasnął Bubeusz - Ty parszywy...
-Geas jest klątwą. Raz nałożona nie może zostać zdjęta bez zgody osoby, która jej użyła. Czar cię zabije, jeśli nie wykonasz mojego polecenia - kontynuował Destero
Fristron zbladł, jednak po sekundzie jego twarz przeszedł wyraz złości:
-Więc to tak! - Warknął - Mogłem się domyśleć. Na tym świecie nic nie jest za darmo.
-Nie myśl, że nie mam nic do zaoferowania. Geas jest jedynie moim zabezpieczeniem na wypadek gdybyście nie przystali na moją propozycję.
Bubeusz zdawał się nie słuchać. Podszedł do Fristrona i przyłożył rękę do jego czoła. Destero złapał go za ramię:
-Jest tam. Nie musisz się upewniać...
Bubeusz w gniewie odepchnął rękę psionika:
-Spokojnie Fristronie. Tylko najpotężniejsi magowie są w stanie nałożyć geas. Ten marny kapłan nie mógł tego zrobić.
Destero stał obojętnie i wpatrywał się w płynące na wietrze chmury, z kapturem nasuniętym na głowie.
-Parszywy drań - warknął w jego stronę Fristron - mogłeś zapytać!
Bubeusz zakończył poszukiwanie śladów klątwy i odsunął się od swego towarzysza. Pobladł, a jego twarz przecinał wyraz strachu.
-To tam jest. Naprawdę nałożył geas. - Głos Bubeusza był cichy, ale drżał, ze wściekłości.
Fristron spojrzał wściekły na Destero:
-Czego od nas chcesz?
-A więc zdecydowaliście się posłuchać. Dobrze.
-Posłuchać? - Warknął Bubeusz - Nie mamy wyjścia!
-Wiedziałem, że pozostaniesz wierny przyjacielowi... Uczucia są słabością - Twarze Bubeusza i Fristrona groźnie się wykrzywiły - Ale do rzeczy. Wiem nad czym pracujecie i wiem o postępach jakie poczyniliście w kwestii Korony Świata. Nie pytajcie skąd bo i nie jesteście na pozycji do zadawania pytań, ani też ich nie uzyskacie. Wiem, że spotkaliście się z przedmiotem, którego poszukuję. Amulet z wizerunkiem czerwonego diademu. Świeci mocno podczas... Niezwykłych nocy z jakimi mamy ostatnio do czynienia.
Oczy Fristrona i Bubeusza otworzyły się szeroko gdy zdali sobie sprawę z tego ile wie ów osobnik o ich śledztwie. Destero jednak zaczął dopiero mówić:
-Oferuję wam współpracę. Pomożecie mi odnaleźć amulet, a ja zdejmę geas i może pozwolę wam na towarzyszenie mi do miejsca którego szukacie równie intensywnie jak ja... Ołtarz zmian...
-Wiesz o tym?! - Palnął ze zdziwienia Fristron.
-Wiem o wiele więcej. Do przeprowadzenia obrzędu pozwalającego na zmianę wyglądu konstelacji potrzeba olbrzymiej ilości energii magicznej. Nikt na świecie nie jest w stanie jej tyle wytworzyć. Co jednak jeśli istnieje miejsce gdzie znajduje się olbrzymi potencjał magiczny, który niesamowicie pomógłby w takim obrzędzie? Jesteście zainteresowani?
Bubeusz i Fristron patrzyli nieufnie na mężczyznę w czarnym płaszczu, który pomimo, że groził śmiercią jednemu z nich, wzbudził ich zainteresowanie.
-Idziemy z tobą - powiedział Fristron
-Teraz możesz zdjąć z niego geas - zaczął niepewnie Bubeusz - Zgadzamy się, gdyż jak wiesz sami jesteśmy wielce zainteresowani tą sprawą. Klątwa nie jest ci już potrzebna.
-Nie ma żadnej klątwy. - Odrzekł obojętnie Destero.
-CO!? - Wrzasnął Fristron zmieszany.
-Nie ogłupisz mnie - potrząsnął głową Bubeusz - Sam ją wyczułem. Jest tam i masz ją usunąć.
-Twój umysł sądzi, że tam jest - odpowiedział spokojnie psionik - co nie znaczy, że tak jest. - Widząc zakłopotane spojrzenia obu magów postanowił wyjaśnić - Kiedy zacząłeś szukać znaków klątwy w aurze Fristrona, dotknąłem twojego ramienia i posłałem do twojego mózgu delikatny impuls elektryczny, dzięki któremu sprawiłem, że czułeś zakłócenia w aurze swojego towarzysza, choć tak naprawdę nigdy ich nie było. To co mówi ci twój umysł, nie zawsze musi być prawdziwe.
Bubeusz wyglądał na zmieszanego, ale Fristron wiedział już z kim mają do czynienia:
-Psionik - wyszeptał mag - nigdy żadnego z was nie spotkałem.
Destero skinął głową na znak potwierdzenia:
-Chodźcie do jakiejś oberży. Tam przedstawię wam szczegóły mojej wyprawy.
Bubeusz i Fristron uśmiechnęli się po raz pierwszy od rozpoczęcia rozmowy i zgodnie powiedzieli:
-Chodź z nami.

***

Po kilkunastu minutach drogi zawędrowali do oberży "Pod Czarnym Nożem". Fristron i Bubeusz zamówili sześć Syrenek, ale Destero powiedział, że mogą wypić jego część i zamówił sobie szklankę wody, co ściągnęło na niego wiele niedowierzających spojrzeń. Gdy usiedli w najbardziej odosobnionym rogu karczmy, jak nalegał Destero, psionik wyjął spod płaszcza starą i pożółkłą mapę. Gdy rozłożył ją na stole Fristron i Bubeusz zauważyli, że była to mapa Ervandoru. Jednak zupełnie innego niż ten który znali teraz. Na mapie nie było miast, a rozległe obszary pół pokryte były lasami:
-Z którego to roku mapa? - Zapytał zaciekawiony Bubeusz
-Trzy tysiące czterysta sześćdziesiąty ósmy pierwszej ery. - Odpowiedział obojętnie Destero
-CO!? - Wrzasnął Bubeusz, a Fristron zakrztusił się Syrenką
-Przecież to około czterech tysięcy lat temu!? - Wycharczał Fristron gdy przestał kaszleć.
-Będziecie wrzeszczeć zwracając uwagę wszystkich wokoło czy posłuchacie co mam do powiedzenia? - Mruknął cicho psionik.
Bubeusz i Fristron uspokoili się nieco widząc podejrzliwe spojrzenia, jakie kierowali na nich bywalcy karczmy. Destero nasunął kaptur głębiej na głowę:
-Na tej mapie, pomimo jej wieku, zaznaczonych jest pięć obiektów, które mogliście widzieć na dzisiejszych mapach.
Destero wyciągnął drugą, o wiele bardziej aktualną mapę, i pokazał na niej pięć obiektów, które znajdowały się również na starożytnym kawałku papieru. Jego palec wskazał miejsce obok wioski niziołków, Harrow, na północ od Azarad, następnie lokację pośród piasków pustyni Daishad, potem obiekt w rejonie wielkich rozlewisk na dalekim zachodzie państwa.
-Kręgi kamieni - wyszeptał Bubeusz - a ci głupcy sądzą, że to zabytki z czasów króla Breanona I, ojca obecnego króla.
Destero skinął głową i wskazał jeszcze dwa kręgi, w lasach Damar i Mistwood:
-Starożytne obiekty. Nikt nie wie skąd pochodzą, ani do czego służą. Niektórzy wiedzą jedynie, że są ośrodkami mocnego natężenia energii magicznej.
-Mogły być miejscami kultu w zamierzchłej przeszłości - zaczął Bubeusz - może starożytne, dawno upadłe bóstwo...
-Nie - przerwał cicho ale kategorycznie Destero - To nie świątynie. Te kręgi są jednocześnie drogowskazami i drzwiami do miejsca, którego szukamy. Spójrzcie.
Destero przyłożył palec do kręgów na aktualnej mapie i narysował czarne linie, łączące każdy krąg z każdym. Wskazał na nieforemny czworokąt, który powstał na liniach przekątnych w obszarze fortecy Ironthal. Następnie czerwoną linią wytyczył przekątne powstałego czworokąta i w końcu wskazał palcem na miejsce ich przecięcia.
-Tutaj - rzekł, a Fristron i Bubeusz nachylili się nad mapą by lepiej widzieć. Miejsce w którym trzymał palec Destero znajdowało się trochę na południe od Twierdzy Ironthal.
-Czy to tutaj jest ołtarz? - Zapytał z przejęciem Bubeusz
-Czy nie uważasz, że schematyczny środek figury utworzonej na podstawie pięciu punktów o niezwykle silnym polu magicznym, musi mieć niesamowity potencjał energii magicznej? To jest więcej niż dwanaście strumieni many. Więcej niż potrzeba by przeprowadzić rytuał spaczenia Korony Świata.
-Ale tam nic nie ma. - Mruknął Bubeusz - same niezagospodarowane równiny.
-Nie powiedziałem, że to jest na ziemi... - Banalność stwierdzenia Destero zamknęła Bubeuszowi usta.
-Podziemne źródło many o tak wielkim potencjale - Zaczął Fristron - musi być niezwykle głęboko skoro nie oddziaływuje w żaden sposób na okoliczne ziemie.
-Nie znam więcej szczegółów co do umiejscowienia, ale wnioskujesz dobrze - odpowiedział psionik
-No dobrze - Bubeusz odzyskał mowę - ale jak się tam dostaniemy?
Palec Destero znowu pokazał pięć kręgów na mapie:
-Powiedziałem, że są zarówno drogowskazami jak i drzwiami. Choć może powinienem nazwać je raczej zamkami. Aby otworzyć przejście do punktu centralnego... Do Ołtarza Zmian… trzeba otworzyć wszystkie pięć zamków. Problem w tym, że nie mamy klucza.
-Amulet - powiedział cicho Bubeusz.
-Dlatego nas szukałeś - Fristron odłożył pusty kufelek na bok.
-Wiem, że mieliście z nim styczność. Chcę, byście powiedzieli mi gdzie jest.
-Ostatnio widzieliśmy go w lesie Grifith. Tam nas tak poturbowali - Rzekł cicho Fristron
-Wrócimy tam po niego, zabijemy wszystkich i odbierzemy amulet - odparł spokojnie Destero
-Czekaj! Oni już nie żyją! - Krzyknął Bubeusz i natychmiast złapał się dłonią za usta widząc nieprzychylne spojrzenia bywalców karczmy.
-Więc gdzie jest amulet? - Zapytał psionik
-Zapomnieliśmy go wziąć - Fristron zaczerwienił się zakłopotany - Ale wiemy kto go może mieć. Był z nami Ifryt o imieniu Hellburn.
-Znajdziemy go, zabijemy i odbierzemy amulet. - Ton głosu Destero nie zmienił się ani o jotę. Fristron i Bubeusz nie mieli zamiaru dyskutować bo nie chcieli stracić cennego sprzymierzeńca. O sprawie jego skłonności do konfliktów porozmawiają później.
-Znajdziemy go i odbierzemy amulet - Poszedł na kompromis Bubeusz
-Zanim wyruszymy ciekawi mnie jedna rzecz - zwrócił się Fristron do Destero - Nie jesteś magiem, nie jesteś kapłanem. Skoro tak to nie masz dostępu do magii leczącej czy tak?
Destero skinął głową na znak, że mag ma rację.
-Skoro tak to jakim cudem postawiłeś mnie tak szybko na nogi?
-To jest nieco bardziej skomplikowane, niż sposób w jaki sprawiłem, że Bubeusz uwierzył w geas. Chodźcie. Opowiem wam o tym w drodze do stajni.

Opuścili oberżę i już po chwili kierowali się ku stajniom przy bramie głównej.
-Umysł, mózg. Jak byś tego nie nazwał jest miejscem, które wydaje polecenia twojemu ciału - zaczął wykład swym obojętnym tonem Destero - Normalny człowiek potrafi wykorzystać tylko piątą część możliwości fizycznych i dwudziestą część psychicznych. Magowie tacy jak wy rozwinęli tą drugą możliwość do korzystania z dziesiątej części możliwości waszego umysłu. Psionicy… prawdziwi i potężni, potrafią usunąć blokady ograniczające ich umysł i potencjał fizyczny. Mogą uzyskać siłę wołu i mocą umysłu miotać głazy.

-Ty to potrafisz? - Spytał nagle Bubeusz.
-Niegdyś potrafiłem. Nic więcej na ten temat nie musicie wiedzieć. Wróćmy do tego jak wyleczyłem twego przyjaciela. Prawdziwą i mocną kontrolę nad umysłem i jego barierami mogę w swoim ciele wyzwolić w każdej niemal chwili, ale by zrobić to z inną osobą muszę nawiązać z nią kontakt fizyczny, najlepiej przykładając dłoń jak najbliżej jego mózgu. Wtedy mogę usunąć bariery i u tej osoby, z tym, że jest to bardziej ograniczone niż u mnie. W przypadku Fristrona zniosłem barierę ograniczającą możliwości regeneracyjne jego organizmu, oraz wydałem jego mózgowi polecenie by pokierował pracą układu krwionośnego tak by powstało więcej krwi, a jej nadmiar znajdował ujście w jego ranach. Pewnie zauważyłeś, że obficie krwawił przez ostatnią noc kiedy spał. Sprawiło to, że szybciej pojawił się zakrzep. Nadmiar krwi w organizmie wydali w swoim czasie. Jego pozbawione ograniczenia umiejętności regeneracyjne pozwoliły na uleczenie tkanek pod szybko powstałym strupem z olbrzymią prędkością. Dodatkowo zwiększyłem trochę wydajność jego mięśni. To dzięki temu może teraz chodzić. Zanim efekt tego zabiegu minie organizm wróci do stanu sprzed ataku i będzie mógł funkcjonować normalnie.
Fristron i Bubeusz rozwarli tylko oczy i usta. Destero powiedział to z taką obojętnością w głosie jakby mówił, że pogoda jest umiarkowana, a tymczasem było to naprawdę imponująca wiedza.
-Chyba miałem szczęście, że się mną zająłeś - powiedział cicho Fristron
Jesteśmy na miejscu - odpowiedział spokojnie psionik - wybierzcie konie. Ja pobiegnę pieszo. Zwierzęta mnie nie lubią. I na przyszłość… nazywam się Destero.
Bubeusz
USER_AVATAR
Hellburn
--------------------------------------------------------------------------------

23 Blossonthal

Hellburn siedział nieruchomo na skale wpatrując się uporczywie w amulet. Możnaby było stwierdzić, że jest kamiennym posągiem. Amulet od czasu do czasu błysnął czerwonym światłem ale zaraz potem gasł. Ifryt wstał i założył amulet na szyję. Nagle wyczuł trzy silne energie magiczne zbliżające się w jego stronę. Dwie z nich były mu znane. Friston i Bubeusz z nieznanym mu osobnikiem przedzierali się przez las Grifith. Postanowił przyczaić się i zbadać sytuację. Znalazł dogodne miejsce za głazem i trzema dość potężnymi bukami odalonymi od drogi prowadzącej przez las o jakieś 24 stopy. Cierpliwie i spokojnie czekał aż wkońcu dojrzał dwóch magów na koniach i dziwnego młodzieńca w płaszczu od którego emanowała niebywała energia psychiczna. *Psionik...*. Hellburn ostrożnie wstał zza głazu i zaczął ich śledzić kryjąc się za drzewami i skałami.

Ostatnio zmieniony przez Hellburn dnia 2005-05-27 14:45, w całości zmieniany 2 razy

Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

23 Blossonthal

-Pieszo? Ogłupia... A zresztą, rób jak chcesz.- pohamował się Bubeusz, wsiadając na konia. Po chwili byli już w drodze. Jak zwykle magowie odsunęli się troszkę od Destera i rozpoczęli rozmowę:
-Kto by się spodziewał, że bogowie ześlą nam psionika...- rozpoczął Bubeusz. -Myślisz, że nie jest groźny? Z tym swoim totalnym brakiem uczuć...-
-No póki co, to chyba nic nam z jego strony nie zagraża?- odrzekł Fristron, oglądając się za siebie na biegnącego z tyłu Destero.
-Muszę ci tak szczerze powiedzieć, że wyczułem w głębi jego duszy oznaki czarnej magii. Coś tak, jakby ziarenko zła w nim siedziało i czekało na odpowiedni moment...
-Czyli jak zawsze sugerujesz jak największą ostrożnosć?- przerwał mu Fristron.
-Nie inaczej.
-Ale przecież on nam ufa, pokazał nam mapę, objaśnił starożytne tajemnice kręgów...
-Albo ufa, albo ma jakiś sposób na to, żebyśmy go nie zdradzili...- odrzekł Bubeusz ponuro.
-Czyli że tak się wyrażę, zostaliśmy usidleni. -Bubeusz nie odpowiedział.- Ale czy to zaraz źle? Optymistycznie patrząc na tą sprawę, poczyniliśmy potężne postępy w rozwiązywaniu tej zagadki no i zyskaliśmy jeszcze potężniejszego sojusznika.- kontynuował Fristron, a Bubeusz zerknął kątem oka na biegnącego za nimi Destero. Jego prawie całkowicie zasłonięta twarz jak zwykle nie wyrażała żadnych uczuć. Nastała chwilowa przerwa w konwersacji.
-Jakoś nie czuję się pewnie w jego towarzystwie... Pewnie jeszcze potrafi czytać myśli i wszystko o nas wie. Jakoś nie przypominam sobie, żebym pisał książkę o swoim życiu, a wydaje się, że on właśnie takową czytał. Księgę mojego umysłu.
-Eee, pomyśl lepiej, jakie horyzonty się przed nami otwierają, rozwiążemy wielkie tajemnice, będziemy mędrcami drugiej ery! Zapiszemy się złotymi zgłoskami w histoii naszego świata!- zaczął fantazjować Fristron i od razu rozmowa przeszła na inne tory. Destero tymczasem uśmiechał się w myślach, jak uczucia potrafią wpłynąć na ludzi.

Dragonthan
--------------------------------------------------------------------------------

23 Blossonthal

Drag leżał sobie spokojnie na kanapie. Nie spał już, lecz lekko drzemał. Myślał o powierzonym mu zadaniu. Król dość nietypowo podszedł do tej sprawy, zresztą nie dziwił mu się, skoro pierwszy raz maił do czynienia ze smokiem. Nie przekonał króla, aby dać mu czas na rozszyfrowanie zagadki pojawienie się tutaj smoka. Drag bardzo był tym zdziwiony ponieważ błękitne smoki nie podróżują na odległości większe niż 1000 mil od swojego gniazda. Problem stanowiło tutaj usytuowanie miejsca pobytu smoka. Napady na okoliczną ludność wsi były zapewne jego sprawką, ale dlaczego smok posunął się aż do tego stopnia aby atakować ludzi? Niewiele błękitnych tak robiło. Stanowiło to dla łowcy zagadke... Nagle zza okna usłyszał przerażające krzyki ludzi. Po chwili usłyszał też ryk. Zerwał się z kanapy i podbiegł do okna. Nad placem przeleciał smok, zawadzając o wierzchołki domów. Dragonthan wybił szybę i wyskoczył na dach karczmy. Zaczął biec po domach w kierunku ratuszowej wieży. Szybko przygotował łuk i strzałę obseruwjąc poczynania smoka. Ten wyraźnie nurkował co chwile jakby kogoś szukał. Drag nie zdołał utrzymać rónowagi na jednym z dachów i wpadł do środka domu prosto na stół. Wybiegł z tego domu w kierunku stajni i krzyczał do stajennego:
- Konia! Szybko!
Nie zwarzając na narzekania stajennego o zapłate za wynajem, dosiadł jednego z wierzchowców i ruszył za smokiem, pędząc po brukowanej drodze. Smok oddalał się w kierunku południa, leciał tuż nad drogą i po chwili znikł na horyzoncie. Drag po przejechaniu kilkunastu jardów za miastem zatrzymał się i wpatrywał się na znikającego w oddali smoka.


Thurvandel
--------------------------------------------------------------------------------

23 Blossonthal/Kwiecień MCCLXXVI roku II ery

W Damarys wrzało, a w powietrzu pachniało rychłą wojną. Szpicle węszyli, dezerterów i dywersantów na prędce wieszano, mieszkańcy albo się wynieśli, albo pracowali naprawiając umocnienia. Fort górował nad okolicą ze stromego wzgórza, u podnóża którego wiła się szara wstęga gościńca. Twierdza słynęła ze swych walorów obronnych, dostępu do niej broniło strome wzniesienie, oraz grupe na dwa łokcie, a wysokie na piętnaście mury. Kasztelan Galaren Thoz, mianowany na grododzierżcę Damarys, gdy tylko padło Varos, polecił kopać dookoła fortu głęboki i szeroki rów oraz sypać wały nabijane zaostrzonymi palami, a że do roboty zagonił wszystkich niemal żołnierzy i chłopstwo, fortyfikacje były na ukończeniu. Zastanowiał się także, czy aby do łopat nie zaprzędz drobnego rycerstwa, ale ze względu na rozliczne protesty, postanowienia zaniechał.
Do fortu ściągały coraz to nowe oddziały wojska. Armia Azaradu koncentrowała się, by tu w wąskim gardle pomiędzy Widłami, a Mak Kordhal zatrzymać pochód armii Kilderiana. Głównodowodzącym Azaradczyków był marszałek polny Dirrion Gopperdan. W forcie stacjonowało teraz około dziesięciu tysięcy woja i wciąż ściągali nowi. Byli azaradzcy łucznicy w sile dwóch tysięcy łuków, ze stolicy przybyły także oddziały doborowej Gwardii Strażniczej i Białej Jazdy, wyborowych formacji pikinierów i pancernych, razem pięć tysięcy wojska. Ponaddto przybyły też oddziały z Aldermanu i Perłowego Archipelagu, między innymi tysiąc zaprawionych w boju korsarzy z Newstark, w odwodzie były jeszcze ochotnicze hufy z Eagle Dale i niziołki z Harrow oraz lokalne rycerstwo. Elfy i krasnoludy nie przybyły. Razem pod Damarys stacjonowało około dziesięsiu tysięcy wojaków plus załoga samej twierdzy. Książęcych postanowiono przyjąć w otwartym polu, w odwodzie pozostawiając fort wraz z obsadą.

***

- Idą. Zdaje się, że Kilderian nie połączył armii. Oddziały zwiadowcze dokonują ostatecznego rozpoznania. - zameldował kapitan Arbelorn, dowódca królewskiego zwiadu.
- A zatem bitwa będzie wyrównana. Czy wiadomo co się dzieje na południu? - zapytał cicho marszałek
- Niestety... tam podjazdy przepadły.
Gopperdan zaklął z cicha.
- Trudno. Zatem do dzieła. O świcie szykuje się niezła zabawa.
Niezła zabawa rzeczywiście szykowała się. Wojskom książęcym o zachodzie słońca ukazały się mury fortu Damarys.

Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

Popołudnie, 23 Blossonthal (Kwiecień) MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Fristron zmrużył oczy i zacisnął wargi w skupieniu. Jak zawsze, gdy usiłował sobie coś przypomnieć. Obrócił się, spojrzał jeszcze raz na Destero. Był pewien że gdzieś go widział. Jeszcze mocniej zmrużył oczy. Pięć kręgów? Głos... śpiew... i krzyk
Bubeusz spojrzał na kolegę, później na Destero.
- Jakie licho... - mruknął. Fristron to dosłyszał, ale... cóż to mogło znaczyć? - Słuchaj, Fristron. To bez sensu. Gdzie mamy znaleźć Hellburna? Przecież chyba to oczywiste, że nawiał z Grifith.
- Destero wydaje się jednak pewien, że znajdziemy go tam.
- Zaraza z nim. Po co, na wszystkie przygłupie kulty, miałby tam siedzieć? Może znalazł sobie jakąś driadę na małżonkę? A może zaprzyjaźnił sięz entem? Albo...
- Bubeuszu... - mruknął Fristron, a towarzysz spojrzał na niego - Wyświadcz mi tą przyjemność i przestań paplać, dobrze?
I zapadła cisza.

***

Noc, z 23 na 24 Blossonthal (Kwiecień), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Destero? - spytał Bubeusz
- Mhm? - mruknął obojętnie
- Skąd wiesz gdzie iść?
- Wiem i tyle.
Przykra pauza. Ciszę przerywał tylko szmer liści.
- Destero? - podjął ponownie
- Tak?
- Jak znajdziemy Hellburna?
- To mój problem.
Kolejna pauza. Bubeusz potknął się.
- Głupi korzeń - mruknął
- Musimy iść po ciemku? - spytał Fristron
- Musimy - rzekł psionik
- Może i psionicy mogą leźć cały dzień i całą noc, ale czarodzieje nie - burknął Bubeusz
- To siedźcie, trudno. Ja idę.
- ¬le nas zrozumiałeś. Chodzi nam o to, czy możemy tu rozbić obóz we trójkę? - rzekł Fristron, kładąc nacisk na dwa ostatnie słowa
- Zrozumiałem was. Ale nie zamierzam odpoczywać.
Fristron posłusznie poszedł za nim. Bubeusz burknął coś niezrozumiale i poczłapał za pozostałymi.
Szli przez las Grifith. Oczy Bubeusza ujrzały wiewiórkę. Mała, zagubiona istotka... Spojrzała na Destero i pomknęła w las. Pomyślał, że może i dobrze by było, gdyby zrobił to samo, co ona...
Doszli do polany, gdzie rozegrała się niedawno walka. Destero poszedł poanalizować fakty, a magowie mieli moment na odpoczynek. Później wypytał ich szczegółowo o Karę, na co Fristron udzielał żywych odpowiedzi. O Hellburna, o walkę, o nic więcej nie zapytał. Pozwolił im odpocząć pół godziny, po czym ruszyli razem w ciemność. Ku sercu lasu Grifith.

***

Rano, 24 Blossonthal (Kwiecień), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Był tu? - spytał Fristron
- Był, nie widzisz? - rzekł Bubeusz - To ślady po wypaleniu. O ile nie było pożaru w samym sercu lasu, nocował tu ifryt.
- Niemal bezbłędne rozumowanie - stwierdził obojętnie jak zawsze Destero - Bo wcale tu nie musiał nocować.
- Nie musiał? Przecież...
- Wiem, że gdyby tylko przechodził, lub przysiadł na trochę nie byłoby śladu. Ale mógł tu rzucić tylko Wypalenie i polecieć dalej, aby nas zmylić co do oceny odległości.
Bubeusz zamarł, Fristron pokiwał głową.
- ... ale nie można także wykluczyć możliwości nocowania. Wszakże odpoczynek ifrytowi czasem jest potrzebny, dla regeneracji mocy.
- Psionikom także jest potrzebny, prawda? - spytał Fristron
- Celna uwaga. Tak, musimy odpoczywać, ale nie tak często jak wy.
- Dziś się zatrzymamy? - spytał z nadzieją w głosie Bubeusz
Destero kiwnął głową. Na twarzach magów rozlał się błogi uśmiech. Towarzysząc psionikowi w pościgu za ifrytem można paść ze zmęczenia.
Fristron
USER_AVATAR
Destero
--------------------------------------------------------------------------------

24 Blossonthal 1276r. II ery

Gdy Bubeusz i Fristron zasnęli Destero postanowił uzyskać trochę więcej informacji na temat pobytu poszukiwanego przez nich ifryta Hellburna. Oddalił się od obozowiska, które założyli na szczycie małego pagórka i skierował się w głąb lasu. Najpewniejszym, choć sprawiającym dużo kłopotów, informatorem Destero był zawsze Adriel, a nie było mowy o nawiązywaniu z nim kontaktu w pobliżu dwóch magów, których psionik, co by nie było, potrzebował. Biegł przez las kilka dobrych minut, aż wreszcie zatrzymał się w pobliżu małego jeziorka na środku polany. W jego tafli odbijał się czerwony księżyc i tysiące gwiazd z Koroną Świata na czele. Destero nie zachwycał się jednak pięknem tego widoku. Zsunął płaszcz z ramion i położył go na ziemi. Psionik wszedł do wody po kolana i „spojrzał” w jej toń. Powolnym ruchem zsunął opaskę z oczu i na powierzchni jeziorka ukazały się jeszcze dwa bliźniacze światła pośród gromady gwiazd, świecące wściekłą czerwienią. Odbicie Destero było nienaturalnie dobrze widoczne w ciemności nocy:
-Obudź się - wyszeptał psionik.
Nagle jego ciałem targnął atak bólu, gdy Adriel odpowiedział w umyśle Destero na jego wezwanie:
-Czego sobie życzysz... panie - ostatnie słowa ociekały jadem
-Daruj sobie - mentalny głos Destero nadal pozostawał spokojny - Wezwałem cię, bo potrzebuję informacji o...
-Ifrycie - dokończył za niego demon.
-Udzielisz mi ich.
-Oczywiście, że tak. Wiesz, że w tej kwestii nasze cele wyjątkowo się pokrywają.
-Oszczędź mi tej bezsensownej gadki. Nasz cele mogą być takie same, ale motywy z pewnością są inne. A teraz mów, co wiesz.
Destero wpatrywał się w swoje odbicie, które zaczynało już nabierać dobrze mu znanych kształtów. Demon chciał przeciągnąć konwersację i objąć kontrolę nad ciałem. Destero musiał się spieszyć.
-Gdzie jest ifryt?
-W pobliżu.
Mentalny atak, który Destero posłał w głąb swej jaźni sprawił, że sam padł na kolana, a jego odbicie zafalowało nienaturalnie. Mentalna walka z demonem miała to do siebie, że szkodziła zarówno jemu jak i Adrielowi. Uroki dzielenia jednego ciała i jaźni. Demon warknął w umyśle Destero:
-Spieszy ci się skoro posuwasz się do tego.
-Gdzie jest? - głos Destero przesiąkł mentalną sugestią.
Demon zachichotał złowrogo:
-Za tobą!
Psionik natychmiast zamknął oczy i odwrócił się by spojrzeć na jarzącego się w ciemności ifryta.
-Dlaczego mnie szukacie? - Odezwał się na powitanie Hellburn
-Wierzę, że masz coś, co jest mi potrzebne - powiedział spokojnie Destero wskazując na amulet na szyi Hellburna - oddaj mi to lub zgiń.


Hellburn
--------------------------------------------------------------------------------

24 Blossonthal

- Żadne z tych wyjść mi nie pasuje - uśmiechnął się Hellburn. Wiedział, że nie obejdzie się bez walki.
Destero wyszedł z wody, szybko podniósł płaszcz z ziemi i rzucił nim w Ifryta. Ognisty Rycerz rzucił ognistą kulą. Trafiła w tkaninę odrazu ją spalając w drobny pył. Psionik skoczył na Ifryta z wyciągnętą nogą. Hell zatoczył się parę metrów, wstał i pobiegł wprost na Destera. Chciał uderzyć w żebro, nie trafił, Psionik usunął się i zadał cios z łokcia, który powalił Hell'a na ziemię. Destero zrobił krok chcąc zmiażdżyć żebra Ifrytowi. Ten przepełznął w bok, szybko wstał i uderzył w przedramienie Psionika. Usłyszęli chrzęst łamanej kości. Zaraz potem pięść przeniósł na twarz. Destero upadł... posmakował krew w ustach... wypluł ją i użył swej psionicznej mocy, podniósł Hell'a nad ziemię i rzucił nim o pobliskie drzewo. Ifryt stracił przytomność. Psionik wolnym krokiem podszedł do zemdlałego Hellburn'a. Chwycił jego głowę i już miał rozwiązać problem Ifryta kiedy na pagórku zobaczył..... Fristona i Bubeusza.

Ostatnio zmieniony przez Hellburn dnia 2005-05-27 14:46, w całości zmieniany 1 raz

Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

24 Blossonthal

-HA! Znalazłeś tego padalca!- krzyknął Fristron i rzucił się na Hellburna. Lekko zdezorientowany Destero patrzał, jak mag z Avlee tłucze Hellburna po twarzy, lecz zaraz odepchnął Fristrona i już miał skończyć z ifrytem, kiedy las wypełniły słowa. Bubeusz krzyknął jakąś formułkę, przyjmując dziwną pozę i kierując swoją laskę w pierś ifryta. Klejnot zabłysł srebrnym światłem, rozlewając blask na całą polanę i pół jeziora. Światło przeskoczyło na ifryta, tworząc wielką kulę, w której znalazł się Hellburn. Destero i Fristron zostali odepchnięci i potoczyli się do wody.
-Co ty robisz?!- krzyknął ten drugi, jak tylko zdołał się podnieść.
-Ratuję mu życie?- zapytał niewinnym głosem Bubeusz.
-On zginie, czy tego chcesz, czy nie.- rzekł obojętnym jak zawsze tonem psionik, podchodząc powoli do Hella.
-Nie mam w zwyczaju zabijać kogokolwiek, kto uratował mi życie.- odparł Bubeusz i widząc zdumienie Fristrona, dodał:
-Przecież to on pomógł nam wyjść cało z zasadzki Kary! A poza tym może nam pomóc przeprawić się przez las. A tobie wystarczy, że odda amulet, nie?- zwrócił się do Destero. Tamten zastanowił się chwilkę i po chwili rzekł:
-Zgoda.-
Bubeusz wszedł sobie spokojnie w aurę otaczającą Hellburna i zerwał mu z szyi połyskujący wisiorek. Przy okazji wlał mu do ust jeden ze swoich eliksirów i natychmiast Hell otworzył oczy.
-Co się dzieje?!-
Bubeusz stał spokojnie w środku srebrnej kuli, przewracając w palcach amulet. Nagle usłyszał głos psionika:
-Daj mi to.-
Czarodziej wyszczerzył do niego zęby, korzystając z tego, że chroni go aura otaczająca ifryta. Wtem Hellburn złapał go za rękę.
-Co tu się dzieje!?- powtórzył głośniej. -Oddaj mój amulet!
Bubeusz rzucił amulet psionikowi, mówiąc do ifryta:
-Destero właśnie miał cię zabić i gdyby nie moja interwencja, leżałbyś już tutaj w kawałkach. Ja nic nie żądam w zamian, lecz ten oto pan w czarnym... To znaczy płaszcz już mu spaliłeś... W czarnej skórze chce, zebyś go poprowadził przez las. No a amulet to nie twoja sprawa.- Bubeusz spojrzał na zdumione oblicze ifryta i klasnął dwa razy w ręce. Srebrna aura zmieniła się w tysiące bąbelków, które już po chwili popękały rozwiane wiatrem na wszystkie strony. -No to idziemy!- i ruszył dziarsko na północ, jakby nic się nie stało.

Ostatnio zmieniony przez Bubeusz dnia 2005-05-27 16:19, w całości zmieniany 1 raz




Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

Rano, 25 Blossonthal (Kwiecień), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Fristron przeciągnął się. Ku ich szczeremu zdumieniu, Destero pozwolił przespać im drugą z rzędu noc. On, razem z Hellem przeszukali teren.
- Do wzgórza niedaleko - powiedział, kiedy Bubeusz i Fristron usiedli z nimi po pospiesznie zjedzonym posiłku - Będzie nieco wspinaczki, ale łagodnej.
- To ten pagórek? - spytał Bubeusz, wskazując na niewielkie zaokrogląne wzgórze na mapie
- Tak... z bliska nie jest takim pagórkiem. I jest, ku memu zdumieniu całkiem nagie. Już od samego początku nie porasta go najmniejsza trawa, czy coś w tym stylu.
- Hm... - mruknął Fristron - Coś jeszcze?
- Nic. Właśnie to mnie martwi. W okolicy wzgórza nie ma żadnych ptaków, nic.
- Hm... - zamruczał jeszcze raz mag z Avlee - Hm, hm, hm...
- Przestań hmkać - burknął Hellburn - I w drogę!
I ruszyli - jak rzekł, po skończeniu hmkowego nastroju Fristrona Hellburn - w drogę.

***

Popołudnie, 25 Blossonthal (Kwiecień), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Byli już całkiem niedaleko wzgórza. Fristron czuł lekkie mrowienie w palcach. Jak zwykle oznaczało to, że albo musi natychmiast ruszyć do toalety, albo wyczuwa nieprzychylną aurę. Jako że nic nie czuł w miejscach... no, wiadomo o co chodzi, toteż stawiał na aurę.
Coś się poruszyło. To nie był zwierz. Poruszyło się drugie coś. I trzecie, czwarte, piąte...
Dwadzieścia goblinów z lagami w rękach okrążyło ich. Na twarzach uczestników wyprawy zawisły kolejno:
- Destero - obojętność ( cóż by innego )
- Fristrona - nadzieja ( nie wiedzieć czemu )
- Bubeusza - zdumienie ( nic dziwnego )
- Hellburna - strach ( jako pierwszy dostrzegł lagi w rękach )
Fristron krzyknął coś niezrozumiale, charcząco. Ocharknął mu najroślejszy goblin. Zawiązała się niezwykła, charcząca rozmowa, której szczegółów tu podawać nie będę. Tak czy siak twarz wodza goblinów stopniowo łagodniała. W pewnym momencie znowu się wyostrzyła, po chwili dalej złagodniałą, i tak skokowo. W końcu krzyknął coś do goblinów i przeszedł na Wspólny:
- Witam, nazywam się Grmfghklest
- Hę? - zaniemówił Bubeusz
- Możecie mi mówić Gremyfklest. Tak mnie nazywają elfy.
- Gremyfkleście, to Bubeusz, Destero i Hellburn - rzekł Fristron. Bubeusz skłonił sie zwyczajnie, Destero nie poruszył się, a Hellburn pokłonił się niemal niezauważalnie. Za to Gremyfklest, w szerokim i niskim ukłonie rzekł:
- Panowie, tak być nie może. Ja dużo zniosę, ale tak być nie może. Ja wiem kto wy jesteście!
- Kim my jesteśmy?
- Tak, panowy. Bez urazów, ale wy zbóje zwykłe są.
- Hę? - zdziwił się ponownie Bubeusz
- No są wy, bo zabili wy wilki. I walczyliście z jakimiś nieludami też. I bili wy się sami. To zbóje wy, proste.
- Nie jesteśmy zbójami - rzekł Fristron - poszukujemy... czegoś - mruknął, spojrzał szybko na Destero, potem na Hellburna i ostatecznie znów na Gremyfklesta, po czym wbił oczy w ziemię.
- Nie zbóje wy? Jakże to? Mówią, że zbóje.
- Nie zbóje i tyle - powiedział obojetnym głosem Destero. Wszyscy zwrócili na niego oczy - Po prostu musieliśmy załatwić pewne porachunki.
- A wilki napadły nas... znaczy jego - mruknął Bubeusz, wskazując na faktycznie przez wilki zaatakowanego
- A ci nieludzie to były wampiry - zakończył wyliczankę Fristron - Sam widzisz, Gremyfkleście, że nie jesteśmy zbójami. Mogło dojść do strasznych rzeczy przez te wampiry w tym lesie, a nie doszło dzięki nam.
- No, ślachetni panockowie. Jak tak, to zapraszam do naszej kwatery!
- Śpieszno nam w drogę - mruknął Destero - Nie będziemy się zatrzymywać.
- A gdzieżeż wy zdążacie, panockowie ślachetni?
- Na północ, ku źródłom Ruadanu.
- I dalej... - westchnął Fristron
- No to ślachetnym panockom my przeszkadzać nie będziemy. Do widzonka!
I oddział pokracznych istot odszedł ku głębi lasu.
- Powiedz - mruknął Bubeusz - skąd, u licha znasz język goblinów.
- Z Avlee. - rzekł krótko
Powoli zbliżali się do wzgórza...

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:19, w całości zmieniany 2 razy

Nagash
--------------------------------------------------------------------------------

22 Blossnothal

-O tak nie ma to jak powiew ciepłego pustynnego wiatru w twarz - mruczała Ashanti
- Taa... o ile komuś czaszki z karku nie zwieje - odburknął Nagash
- Nie wiem o co ci chodzi nekromanto, wszystko idzie zgodnie z planem
- Tak, i właśnie chodzi o to że idzie za łatwo
- No to może to będzie dla ciebie wyzwaniem ?? - spytał barbarzyńca i wskazał na szarżujących orków
- Chyba żartujesz ?? Myślisz że 2 orków szarżujących wprost na mnie zrobi na mnie wrażenie ?? No chyba że weźmiesz pod uwagę 5 kuszników za skałami ..... - ciągnął lisz - Ja biorę kuszników wy resztę - powiedział i zaczął strzelać w kuszników za skałami. Tymczasem demonka i Klaang który niechętnie przyłączył się do walki powalili pozostałych.
- Dobrze, to teraz może nam wyjaśnisz co to za amulet którego szukacie ??
- Ech widzę że nie da rady ci nie mówić - mamrotał nekromanta - A więc ten amulet został stworzony 2000 lat temu przez maga zwanego Zarkabi. Stworzył go on podczas wielkiej epidemii Czarnej Duszy. Jest to choroba która "psuje", bo tak najlepiej to nazwać dusze poprzez zniszczenie w niej wszystkich wspomnień i uczuć. Epidemia została opanowana lecz amulet został skradziony.
- Przez kogo?? - spytała demonka
-- Przez kapłanów mroku, chcieli oni przemienić jego właściwości lecznicze w takie aby amulet działał na odwrót ....
- Czyli przemieniał dobre dusze w spaczone ??
- Tak... potem został on umieszczony w forcie Dark Kepp - kryjówce tych złodziei. Przez kilkanaście lat żaden z nich nie potrafił przekląć tego amuletu więc zostawiono go w spokoju, lecz dopilnowano do tego żeby nikt więcej go j nie dotknął. Krążą plotki że został ustawiony strażnik ale ja osobiście w to nie wierze.
- A jak ten amulet się wogle nazywa ??
- Zwą go amulet oczyszczenia - odpowiedział - już chyba wystarczająco się napytaliście nieprawdaż ??
- A jaki ty masz w tym interes liszu ??- spytała chytrze demonka - O ile pamiętam nieumarli ludziom nie pomagają, czemu więc ty miał byś to robić ??
- Nie twój interes !- krzyknął zdenerwowany lisz - Zamiast pytać lepiej się pośpieszcie, lat mi nie ubywa !!


Później *******************

-Tak, Tak
-Co tak ??- spytał Nagash
-Co ??
-Nic, nic tylko mi się zdawało - tłumaczył nerwowo lisz
-Tak, tak
-Co tak ?? - nekromanta wysłał mentalny sygnał aby nie wzbudzać podejrzeń
-Tak to odpowiedź na twoje pytanie - mówił głos
-Ale ja nie zadawałem żadnego pytania !!
-Zadawałeś .... - odpowiadał głos ciągle takim samym tonem
-A na jakie pytanie jest to odpowiedź - pytał Nagash
-Twoje pytanie brzmi : „ Czy to możliwe że wróciłem ??”
-Kim jesteś ??
-Dowiesz się wkrótce - powiedział głos i umilkł

Ostatnio zmieniony przez Nagash dnia 2005-05-29 18:28, w całości zmieniany 1 raz
Bubeusz
USER_AVATAR
Destero
--------------------------------------------------------------------------------

wieczór 25 Blossonthal 1276r. II ery

-Jak to zrobiłeś? – Zapytał Hellburn widząc, że Destero bez przeszkód porusza ramieniem, które nie tak dawno temu sam mu złamał.
Destero nie odpowiedział, a jedynie bawił się amuletem czerwonego diademu, obracając go w palcach.
-Pewnie jesteś z siebie cholernie zadowolony? – Powiedział z wyrzutem Hellburn, którego dalej dręczył fakt stracenia amuletu.
Destero podrzucił amulet w powietrze, złapał go zanim ten spadł na ziemię i wsadził do kieszeni czarnych, skórzanych spodni.
-Odezwij się jak do ciebie mówię! – Warknął groźnie ifryt
Destero poprawił opaskę na oczy i wysforował się przed ifryta.
-On tak chyba zawsze – powiedział Bubeusz do Hellburna zanim ten stracił nad sobą panowanie.
Ifryt przewrócił tylko oczami ze zrezygnowaniem.
-Wydawało mi się, że to ja mam prowadzić. – Rzucił w stronę pleców Destero.
Psionik odwrócił się w jego stronę z obojętną miną:
-Gadasz po próżnicy zamiast okazać się przydatnym. Powinienem był cię zabić, kiedy miałem ku temu okazję... Ale ten błąd można w każdej chwili naprawić.
-Spokojnie panowie – Fristron stanął między nimi – Im nas więcej tym lepiej. Nie wiadomo, co nas czeka, gdy uruchomimy wszystkie kręgi i znajdziemy ołtarz.
-Jakie kręgi? Jaki ołtarz? – Ifryt potraktował ich zaciekawionym spojrzeniem.
-Jeden krąg został już częściowo uaktywniony... – Odrzekł Destero ignorując pytanie ifryta.
-Co? – Zapytali chórem jego trzej towarzysze.
-Kiedy to się stało? – Zapytał zmieszany Fristron.
-Nie wiem – odpowiedź Destero wydawała się być szczera.
-To skąd wiesz, że w ogóle został uaktywniony? – W głosie Bubeusza pojawiły się wątpliwości.
-To mi powiedziało – Destero wskazał na amulet wiszący swobodnie na jego szyi – wczoraj w nocy.
-Jakie kręgi? Jak to aktywowane? – Hellburn zaczynał się irytować
-Jak to ci powiedziało? – Bubeusz i Fristron zapytali chórem
-Wszystko powiem wam przy następnym postoju. Na wzgórzu. – Psionik obrócił się w stronę ifryta – a oni wtajemniczą cię w całą sytuację... O ile wcześniej cię nie zabiję.

***

Po około godzinie marszu czwórka podróżników zawędrowała pod wzgórze wznoszące się pośrodku lasu Grifith. Wspinaczka, pomimo stromości zbocza, nie była trudna i już po chwili znaleźli się na szczycie łysego wzniesienia. Destero nazbierał drew i ułożył je w dziwny, mocno symetryczny ideogram, przypominający trochę wieloramienną gwiazdę.
-Po, co to? – Zapytał Fristron
-To profilaktyczna osłona przed demonami.
-Demonami? – Bubeusz był mocno zdziwiony.
-Sami mówiliście, że z tym wzgórzem jest coś nie tak. Wydaje mi się, że mogły tu rezydować wampiry, które spotkaliście kilka dni temu w lesie. Nie wiemy ile ich było i choć prawdopodobnie wszystkie są martwe to chyba nie chcecie ryzykować pogryzienia.
-I ten stos drew ma je powstrzymać? – Zapytał z niedowierzaniem Hellburn.
-Nie – odpowiedź Destero była krótka.
Psionik uklęknął przy ideogramie i podniósł nad niego otwartą dłoń, wnętrzem do dołu. Powietrze wokół jego ręki zafalowało jak w letnim upale, rozległ się przenikliwy gwizd, który sprawił, że wszyscy zatkali uszy dłońmi, a z ręki Destero buchnął pomarańczowy płomień zapalając ideogram.
-Jak to zrobiłeś? Mówiłeś, że nie jesteś magiem. Nie mogłeś wyczarować ognia. Kłamałeś? – Powiedział z wyrzutem i jednocześnie triumfem w głosie Bubeusz.
-Nie wyczarowałem ognia. Zapaliłem jedynie powietrze.
-To przecież nic nie zmienia. – Powiedział Hellburn.
- Kiedy rozpędzisz coś do dużej szybkości to pod wpływem pewnych sił ta rzecz się rozgrzewa. W miarę tego jak zwiększasz prędkość możesz to nawet zapalić. Siłą woli wprawiłem powietrze w ruch wokół mojej dłoni i rozpędziłem je tak, że aż zapłonęło.
-Im dłużej tego słucham mam wrażenie, że rozmawiam z jakimś naukowcem, a nie poszukiwaczem przygód. – Fristron nie ukrywał podziwu w swoim głosie.
-Nic nie wiecie – głos Destero był cichy – Ale to nie o mojej profesji przyszliśmy tu rozmawiać. Spójrzcie.
Psionik zdjął amulet z szyi i położył go w świetle ogniska ideogramu, które zdawało się płonąć wszystkimi możliwymi kolorami i oświetlało mocno cały szczyt wzgórza.
-Pewnie nie zająłeś się dokładnym obejrzeniem amuletu kiedy go posiadałeś – zwrócił się Destero do Hellburna.
Spaczona Korona świata wzeszła i świeciła wściekłą czerwienią. Destero wstał i podniósł amulet, zatrzymując go na linii swoich oczu i kierując wizerunek czerwonego diademu w stronę Korony świata. Niemal natychmiast z amuletu wydobyło się czerwone światło i otworzył się on.
-Zastanawia mnie skąd on to wszystko wie – Mruknął cicho Fristron.
Destero położył amulet na dłoni i pokazał go trójce towarzyszy. W środku amuletu także był świecący na czerwono wizerunek diademu, ale wokół niego znajdował się okrąg, na którym spoczywało pięć punktów. Każdy wskazywał inny kierunek i wszystkie z wyjątkiem jednego były szare. Jeden, wskazujący na północ, był pomarańczowy.
-Kropki to kręgi, amulet jest kluczem jak i kompasem. Te punkty pokazują kierunek, w którym się znajduje i stopień aktywności kręgu. Szare kręgi są nieaktywne, pomarańczowe częściowo, a czerwone oznaczają krąg całkowicie aktywny. Krąg w pobliżu Harrow został aktywowany kilka dni temu, lecz osoba która to zrobiła, nie miała klucza... Nie miała amuletu.
-Co się dzieje, jeśli krąg jest tylko częściowo aktywowany? – Spytał Bubeusz.
-Nie wiem. – Odpowiedział cicho Destero i zamknął amulet. Prześpijmy się teraz, ale najpierw opowiedzcie naszemu nowemu towarzyszowi co już wiemy.
Destero usiadł ze skrzyżowanymi nogami w pobliżu ogniska i zasnął w tej pozycji.

Dragonthan
--------------------------------------------------------------------------------

24 Blossonthal wieczorem

Drag pojechał konno śladami smoka na południe. Zaniepokoił go fakt, iż po drodze nikogo nie zauważył, a szlak był często używany. Droga do Morngram była brukowana, ale Drag jechał poboczem, by zbytnio nie wydawać swojej pozycji...

25 Blossonthal ranek

Drag jechał całą noc powoli. 4 godziny temu zboczył z drogi i pojechał w strone pól uprawnych leżących na północny wschód od miasteczka. Było mgliście, widoczność dochodziła do 50 jardów. Pola uprawne przez które jechał były zaniedbane. Nie było czemu się dziwić. Smok penetrował okoliczne pola i zabijał wieśniaków. Nikt od kilku miesięcy nie wychodził w pola, bo obawiano się smoka. Drag we mgle zbłądził i po paru godzinach, kiedy mgła opadła znalazł się na wschodzie pare mil za polami.

25 Blossonthal południe

Palące słońce okolicznych stepów dawało się we znaki. Drag skierował się na południe i po przekroczeniu drogi wjechał na prawdziwe pustkowia. Miejsce to wydawało się idealnym schronieniem dla smoka. Stepy... gdzieniegdzie zarośla... pustkowie... zdala od ludzi... brakowało tylko jednej rzeczy... wysokości. Błękitne smoki lubiały duże wysokości...

25 Blossonthal wieczór

Po wielu godzinach penetracji tych bezdroży, łowca nie znalazł tu nic, co mogło by naprowadzić go na ślady smoka. Rozpalił ognisko i postanowił że przeczeka tutaj noc. Wiatr zmógł się. Zaczęło wiać coraz mocniej. Waitr dawał się we znaki wszystkim mieszkańcom okolicznych wiosek, zrywając dachy domów. Na stepach gdzie przebywał łowca, wiatr tarmosił po ziemi kawałki konarów drzew, liście, i kłębki traw. Drag zgasił ognisko i położył się w pobliskich krzakach. Konia uwiązał do drzewa za skałami, by przypadkiem nie dostał jakimś większym konarem w łeb. Siła wiatru nie ustawała, a wręcz z każdą chwilą stawała się większa. Minęło kilka godzin i było już całkiem ciemno. Czerwona poświata rozjaśniła stepy...

26 Blossonthal ranek

Drag obudził się gwałtownie. Rozejrzał się dookoła i zobaczył wszędzie kawałki drzew, konarów i przywleczone z daleka kawałki dachów domów. Wsiadł na konia i zawrócił do Azarad...

26 Blossonthal wieczór

Drag dotarł do miasta pod wieczór. Czerwona poświata dawała się znowu we znaki. Szybko zwrócił konia stajennemu i zapłacił za jego wynajem. Przespał się w karczmie.

27 Blossonthal ranek

Drag ruszył w kierunku gór. Uznał, że te rejony są wyśmienitym siedliskiem dla smoka. A jego wyprawy na okoliczne wsie są wynikiem pewnej zagadki. Smok był w mieście, a to jest bardzo dziwne.

27 Blossonthal wieczór

Na noc Drag dotarł do stóp gór w pobliżu wioski Barrow. Długo wpatrywał się z tarasu pobliskiej gospody na szczyty koron gór. Wpatrywał się i myślał o swoim życiu. Miał już tego dość. Ciągłe uganianie się za latającymi stworzeniami. Wiecznie podróżuje i walczy, podróżuje i walczy... Te słowa nie dawały mu zasnąć. Tej nocy w jego snach pojawiły się demony jego przeszłości. Duchy tych których zabił. Przerażające wizje i widoki z przeszłości wprowadziły zamęt w jego głowie. Widział jak płonęły wioski... miasta... jak gineli niewinni ludzie... Jego myśli były zatrute:
Wszędzie dookoła tylko śmierć...

28 Blossonthal ranek

Drag nie mógł się pozbierać po nieprzespanej nocy. Pierwszy raz w życiu przeżył coś czego się spodziewał od dawna... załamania nerwowego. Nie mógł wytrzymaż już. Jakoś ogarnął się i wrócił do siebie. Ruszył w góry. Począł wspinać się wysoko, w nadziei że nie spadnie...

Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

Wieczór, 25 Blossonthal (Kwiecień), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Poczekaj - mruknął Fristron - wiesz, że widziałem podobny znak - tu wskazał na ideogram i rozłożony amulet - jako logo pewnego bordelu?
- Och, to naprawdę interesujące, ale nie musisz się chwalić, że bywasz w takich miejscach! - rzekł Hellburn
- Czy ja mówię, że tam byłem? - najeżył się Fristron - mówię tylko, że widziałem bordel z takim logo! Poza tym ta elfka była naprawdę ładna...
- I co?! Elfka! Czyli była jakaś elfka! - wrzeszczał Hell
- No i była, i co z tego? A jakby przed tobą taka rozłożyła nogi, to byś...?! - krzyknął Fristron
- Zamknijcie jadaczki przygłupy! - wydarł się Bubeusz
- Cicho - mruknął psionik
- Czemu? - zniecierpliwił się Fristron
- Cicho, muszę się skupić.
- Skup się - rzekł Bubeusz - a ja tymczasem opowiem wraz z Fristronem Hellowi co i jak.
- Ale, ale, poczekaj - rzekł Hell - no, z tą elfką... Masz rację
- Ja zawsze mam rację - odpowiedział Fristron
I opowiedzieli mu o wszystkim, a Destero myślał i myślał.

***

Południe, 26 Blossonthal (Kwiecień), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Gruby czarny ent, wlazł na płot i mruga... - nucił Fristron
- Przymknij się - rzekł krótko Destero
- Gruby czarny ent...
- Przymknij kłapaczkę, wiejski kuglarzu - wydarł się Hell
- ...będzie to bajeczka niedługa
Bubeusz bezceremonialnie walnął go w czerep. Mocno. Mag padł.
- No dobra, to kto go pierwszy niesie? Nie ja, uprzedzam.
- Mogę ja - rzekł psionik i pomachał Fristronowi łapami w okolicach tyłka, po czym ten sunął w pozycji siedzącej, obdzierając sobie przy okazji tylnią przestrzeń.

Ashanti
--------------------------------------------------------------------------------

23 Blossonthal

-Nie wiem jak ciebie ale mnie trochę dziwi zachowanie Nagasha, sądzę że on coś ukrywa – powiedziała Ashanti do Klaanga szeptem aby lisz który jechał obok nich tego nie usłyszał.
-Tak, mi też się tak wydaje. On ma jakieś inne plany niż przedstawił nam na początku. Myślę że tu nie chodzi o zdrowie królowej tylko o coś innego... – odpowiedział barbarzyńca gdy nagle usłyszeli krzyk lisza:
-No już prawie w Sandband jesteśmy, już widać pierwsze drzewa !! – wrzeszczał lisz.
-Liszu, wytłumacz nam czemu wogle tą wyprawę zorganizowałeś ??
-No wiecie... przecież chcę zdobyć amulet który uzdrowi królową.
-Ale to nieprawda. Wiemy że masz inne plany! Gadaj jakie!!
-Nie wiem o czym mówicie !! – próbował bronić się przed oskarżeniami Nagash – O patrzcie, już jesteśmy.
Widok był okropny. Okna i drzwi pozabijane deskami, na dodatek co chwilę ze szpar wylatywały magiczne pociski. Cały teren wyglądał jakby przeszło tamtędy tornado a potem wojna.
-To drugie jest prawdziwe, właśnie jest tu wojna pomiędzy białymi i czarnymi nekromantami. Czuć to po ich magii. Wygląda na to że założyli tu gangi, które walczą ze sobą tyle że nie wiem o co... – mruczał lisz.
-To może się spytamy ?? – zaproponowała Ashanti.
-Jak chcecie to idźcie, zginiecie od razu. Oni nie cierpią żywych istot, przynajmniej ci czarni nekromanci.
-Jacy biali jacy czarni ?? O co w tym chodzi ?
-Biali specjalizują się w białej nekromancji a czarni w czarnej, rozumiesz ?? – spytała Ashanti ciepłym głosem Klaanga.
-No chyba .... – wyjąkał.
-Jedynym naszym – ba, waszym ratunkiem jest dołączenie się do białych nekromantów, oni będą łaskawsi i możliwe że was wypuszczą – myślał Nagash ustalając kolejne punkty ich planu gdy nagle przed nimi pojawił się jakiś człowiek w białej szacie:
-Witajcie! Musicie się szybko schować, widzę że jest z wami arcylisz, może się nam przydać – powiedział i wepchnął ich do otworu w ścianie. Za chwilę ktoś do was przyjdzie a w tym czasie postrzelajcie sobie w tamtych w czarnych płaszczach – powiedział i zniknął gdzieś za domem.
Wszędzie było pełno trupów, na ulicy walały się dziesiątki zwłok.
-Szybko!! Chodźcie za mną, zaprowadzę was w bezpieczne miejsce !! – krzyknął tym razem elf również w białej szacie – Szybko !!!
-No to idziemy !! – krzyknęła Ashanti a gdy tylko wszyscy wybiegli cały dom się zawalił.

Destero
--------------------------------------------------------------------------------

Ranek 27 Blossonthal 1276r. II ery

-No pięknie – wrzasnął Bubeusz starając się przekrzyczeć hałas wzbudzany przez wzburzoną Ruadan.
Rzeka sprawiała wrażenie, jakby nad jej wodami szalał sztorm. Wielki fale obijały się o stromy brzeg i skały sterczące z wody, ochlapując czwórkę towarzyszy. Krople wody syczały i zamieniały się w parę dotykając ciała Hellburna, na co Fristron krzywił się strasznie.
-Jak przejdziemy? – Zwrócił się Bubeusz do Destero – Moglibyśmy obejść to miejsce i przeprawić się w spokojniejszym, ale musielibyśmy nadłożyć sporo drogi. Z tego, co wiem to kaskada kończy się dopiero kilka mil przed Azarad, a idąc dalej na wschód jest jeszcze gorzej.
-Fristron – Destero obrócił się do maga, który masował sobie obolałe pośladki – Potrzebna mi lina, długa lina.
-I skąd mam ci niby tą linę wziąć – rzucił obrażonym tonem Fristron do psionika – jestem...
-Jesteś magiem – dokończył za niego Destero – wyczaruj jedną.
-To nie takie proste - wtrącił się Bubeusz – zaklęcia kreacji to jeden z najtrudniejszych aspektów magii.
-Jesteś w stanie to zrobić? – Psionik zwrócił się do Fristrona ignorując drugiego maga.
-Tak, ale... – Zająknął się Fristron -... Ona może nie wytrzymać naszego ciężaru, a poza tym nie wiem czy będę w stanie utrzymać koncentrację na tyle długo żeby...
-Zrób to – głos psionika był niewzruszony – albo cię zabiję.
Hellburn parsknął i pokręcił głową, a Fristron skulił się tylko i zaczął inkantację.
-Nie ma, co – warknął Bubeusz – ładny z ciebie przyjaciel.
-Nie oceniajcie mnie wedle swoich miar – Destero odwrócił się i wszyscy wiedzieli, że rozmowa się zakończyła.
Po kilku chwilach u stóp Fristrona leżał długi zwój grubej i lekko postrzępionej liny.
-No proszę – powiedział mag – może nie jest najlepszej jakości, ale jest.
Destero nie zaszczycił maga spojrzeniem, a zamiast tego zwrócił się do Hellburna:
-Weź jeden koniec liny i przenieś go na drugi brzeg. Taki dystans chyba jesteś w stanie przelecieć. Jesteś w końcu ifrytem, więc woda ci nie straszna nawet, jeśli spadniesz.
Hellburn wziął linę w dłonie, a jego nogi przeistoczyły się w ognisty wir, syczący straszliwie, kiedy dosięgały go, co większe fale. Po chwili ifryt był już po drugiej stronie i przywiązywał linę do wielkiego kamienia, podczas gdy Destero robił to samo z drugim jej końcem na przeciwnym brzegu.
-Pospieszcie się – powiedział Fristron – ciężko mi utrzymywać koncentrację w takim hałasie.
Hellburn skończył wiązać linę i przeleciał przez rzekę do reszty towarzyszy.
-Wiesz, jaka jest twoja w tym rola – psionik zwrócił się do ifryta, który pokiwał głową dając znak, że rozumie.
Bubeusz stawiał już pierwsze kroki na chyboczącej się linie, kiedy Destero zawołał:
-Czekaj! Naprawdę sądzisz, że lina wytrzyma twój ciężar. Zobacz, jakiej jest słabej jakości.
-No to, co mam zrobić? – Odkrzyknął mag – przecież po to ją tu zawiązaliście, żeby przejść po niej na drugi brzeg.
W odpowiedzi Hellburn podleciał do niego i złapał za ramiona.
-Będę cię podtrzymywał. Dzięki temu lina nie będzie tak bardzo obciążona.
Po kilku minutach karkołomnego stąpania po linie Bubeusz był już na drugim brzegu, a Hellburn leciał po drugiego towarzysza. Destero wyszedł mu na spotkanie.
-Teraz ja. Mag musi utrzymać linę w jednym kawałku. Nie możemy ryzykować.
Hellburn złapał go za ramiona i pomógł przedostać się na drugi brzeg. Tym razem poszło o wiele szybciej niż w przypadku Bubeusza, gdyż psionik doskonale utrzymywał równowagę. Kiedy byli na drugi brzegu ifryt zawrócił szybko po Fristrona. Mag nie był zadowolony krocząc po linie. Świadczyły o tym jego zamknięte oczy i wyzwiska Hellburna pod jego adresem.
-Nie denerwuj się tak, bo jeszcze stracisz koncentrację i lina pęknie – warknął w jego stronę ifryt.
-D... Do... Dobrze ci mówić. T... Ty możesz p... przelecieć!
Lina zaskrzypiała.
-Pęknie – spokojnie oświadczył Destero.
Fristron zachwiał się niemal wyślizgując się z rąk Hellburna. Lina zatrzęsła się i z nieprzyjemnym trzaskiem pękła. Ifryt ugiął się pod ciężarem maga.
-Psia mać- wrzasnął Bubeusz – trzymaj się go!
Destero był obojętny.
Hellburn i Fristron nic nie mówili zbyt zajęci zaistniałą sytuację. Hellburn z zaciętą twarzą bronił się przed magiem próbującym wspiąć mu się na plecy.
-Poparzysz się głupcze! – Krzyknął na Fristrona, który zaraz się, w miarę, uspokoił.
Hellburn ostatkiem sił doleciał do końca liny, która wisiała teraz swobodnie na wysokim, prawie klifowym brzegu rzeki.
-£ap linę - warknął na Fristrona.
Mag nie widząc innego wyjścia zrobił jak mu kazano i już po chwili trzymał się kurczowo liny. Hellburn wylądował w tym samym czasie koło Destero i Bubeusza.
-Właź na górę – krzyknął Bubeusz do Fristrona.
-Nie mogę – odkrzyknął mu mag.
Destero bez słowa podszedł do kamienia, a w jego ręce pojawił się, nie wiadomo skąd nóż.
-Właź na górę albo odetnę linę.
-Co!?- Krzyknęli jego trzej towarzysze.
-Raz – psionik miał kamienną twarz.
-Na bogów nie rób tego! – Wrzasnął Fristron
Bubeusz zrozumiał, o co chodzi psionikowi, ukrył swój uśmiech przed Fristronem, złapał Hellburna za ramię i wspólnie z nim oddalił się kilka kroków.
-Nie zostawiajcie mnie z nim do cholery jasnej! – Krzyknął zdesperowany mag.
-Dwa.
Fristron pod wpływem strachu spanikował, a jego mięśnie otrzymały nową falę energii. W desperacji zaczął piąć się po linie w stronę Destero, i już po chwili siedział koło niego dysząc straszliwie.
-Nienawidzę cię – wycharczał wycieńczony mag.
Psionik wstał i obojętnym tonem powiedział:
-Masz pięć minut na dojście do siebie. Stąd już blisko do pierwszego kręgu, a ja chcę do niego dojść jak najszybciej.
Bubeusz uśmiechnął się mimo woli widząc, w jaki sposób Destero skłonił maga do ciężkiej wspinaczki, która w normalnych warunkach byłaby dla niego niemożliwa. Hellburn siedział na trawie ledwo zipiąc po szamotaninie z Fristronem.
-Dziesięć minut – poprawił się Destero i usiadł w cieniu drzewa.
Fristron
USER_AVATAR
Nagash








--------------------------------------------------------------------------------

23 Blossonthal

-Jeszcze trochę i zginęlibyśmy pod ruinami domu - wysapał Nagash lecz zaraz odskoczył na bok aby uniknąć kolejnego ataku
-A macie wy!! - krzyczała Ashanti i strzelała kulami ognia. Całe otoczenie wskazywało to że od dawna trwa tu wojna pozycyjna. Wszystkie domy były pozamieniane w twierdze, które były zdolne przetrzymać potężny atak. Wtedy na ulicę wkroczyły szkielety które miały zabić ilu tylko się da lecz nie wykonały swojego zadania gdyż rzucił się na nie Oran.
-Dobra robota piesku ale uważaj bo możesz zginąć - mówił Klaang jakby nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji.
Za chwilę grupa zombii zaczęła się zbierać na tyłach domu opanowanego przez przeciwnika, lecz cały odział się rozsypał ponieważ tuż za nimi stało trzech białych nekromantów i odesłało ożywieńców tam skąd przyszły czarami. Walka trwała bez ustanku lecz Ashanti, Klaang i Nagash musieli szybko zmienić miejsce aby nie znaleźć się między dwiema armiami.
-Za mną. Znam bezpieczne miejsce !! - krzyknął ktoś.
-Nie mamy wyboru, musimy za nim iść bo zaraz nas okrążą!! - powiedziała Ashanti po czym zaprzestała swjego ataku kulami ognia i wskoczyła do jakiegoś tunelu z którego dochodził głos, zaraz po niej skoczyli Nagash z Klaangiem i jeszcze paru innych „białych” . Tunel był bardzo długi a przede wszystkim ciemny, tak ciemny że nie było widać w nim absolutnie nic. Po chwili, zjeżdżąjąc dojechali do celu i upadli na betonową posadzkę. W środku biegało pełno białych nekromantów, jedni wskakiwali do tuneli inni przenosili broń inni robili jeszcze co innego.
-Wow, oni stworzyli nawet własne podziemie w którym mają sieć komunikacyjną !! - powiedział z zachwytem lisz.
-Tak, rzeczywiście imponujące - dodała demonka.
-Oran !! Oran !! Gdzie jesteś ?? Oran ?? - krzyczał barbarzyńca a tymczasem Oran podszedł z wielką kością udową w pysku. - No tu jesteś !! Jak dobrze...
-Tu jesteście bezpieczni, wybaczcie ale muszę lecieć - wiecie obowiązki wzywają. - powiedział ktoś i pobiegł dalej.

Ostatnio zmieniony przez Nagash dnia 2005-06-06 12:11, w całości zmieniany 2 razy




Bubeusz








--------------------------------------------------------------------------------

27 Blossonthal

-Muszę ci powiedzieć, że ten psionik mnie zadziwia...- rzekł Bubeusz do Fristrona, po którym jeszcze spływały krople potu. Jak zawsze oddalili się podczas marszu od reszty grupy.
-Żartów ci się jeszcze zachciało?!- odwarknął mag z Avlee. -To jakiś psychopata!
-Przesadzasz, jemu się po prostu śpieszy.-
-Zaczynam powoli żałować, że podczas tej walki pomagałem jemu, nie Hellowi.- odrzekł nachmurzony mag. Na te słowa Bubeusz wybuchnął szczerym śmiechem. Zaskoczony Fristron zrobił głupią minę.
-Ale się napomagałeś, na pewno by sobie bez ciebie nie poradził. Te twoje razy to prędzej rozbudziły Hella, niż mu cokolwiek zaszkodziły.- odrzekł wciąż jeszcze śmiejący się Bubeusz.
-Pfff! Następny się znalazł... Ale ty chociaż masz uczucia...- odrzekł tamten, a Bubeusz zachichotał.

Maszerowali przez równinne łąki Alanzyr, podziwiając "piękne" krajobrazy. Dookoła nich widać było tylko pokrytą mgłą trawę, miarowo przechodzącą w niebo. Wkrótce za ich plecami ustał nawet szum rzeki i dookoła rozlała się cisza, a odgłosy ich kroków mknęły daleko w bezkresną przestrzeń. Bubeusz dotrzymywał kroku zmęczonemu Fristronowi, przez co zostali w tyle. Destero maszerował z przodu, a zamyślony Hellburn szedł koło niego ze spuszczoną głową.

-Patrz na niego, jaki ważny!- wybuchnął nagle Fristron.
-Hę?- Wyrwany z myśli Bubeusz wrócił na ziemię i spojrzał półprzytomnie na kolegę.
-Sobie dziarsko pełen dumy idzie przodem, szpanuje wytrzymałością i siłą, puszy się przed wszystkimi, jaki to on wielki, że nas prowadzi przez te tereny...- zaczął pomstować w bezsilnej wściekłości Fristron.
-Nie zapominaj, że on nie ma uczuć.- wtrącił się biały mag. -Po drugie wcale siłą nie szpanuje, tylko mu się śpieszy, a jeśli chodzi ci o wygląd, to nie zapominaj, że przedtem chodził okryty płaszczem, no i po trzecie ja doskonale znam te tereny, więc bez niego byśmy nie zginęli...-
-Aj tam takie gadanie!- przerwał mu mag z Avlee. -Byś tak stanął w mojej obronie od czasu do czasu...-
Bubeusz wetchnął i nic nie odpowiedział. Destero zatrzymał się nagle.
-Oo, przerwa na herbatkę!- wykrzyknął uradowany Fristron. Lecz kiedy doszli do psionika, rzekł:
-Co się tak grzebiecie? Mamy jeszcze kawał drogi do przejścia!
-Ale ja muszę odpocząć!-
-Odpoczniesz jak dojdziemy.- padła zimna odpowiedź. Oczy Fristrona zapłonęły nienawiścią, kiedy patrzał na oddalające się plecy psionika.
-Masz, wypij. Już to chyba przerabialiśmy.- rzekł Bubeusz do kolegi, dając mu malutką buteleczkę eliksiru. Mag wziął i wypił. Od razu w jego mięśniach zagościło przyjemne ciepło, a zmęczenie gdzieś uciekło. Bubeusz też wypił drugą fiolkę, bo rónież był okropnie zmęczony. Pomaszerowali szybko dalej, a Bubeusz poganiał jeszcze przyjaciela, gdyż wiedział, że za parę godzin czar minie i wyczerpanie się skumuluje. Chciałby, żeby do tego czasu już doszli do kręgu.

Biały mag też był trochę zły na Destero, że traktuje ich na pewno nie jak równych sobie wspólników, lecz wiedział, że człowiek, który nie ma uczuć zachowuje się dużo inaczej niż powinien. Tolerował jednak jego zachowanie, zdając sobie sprawę z tego, że psionik na pewno sam specjalnie się nie pozbawił uczuć, tylko stało się to wbrew jego woli. Co więcej Bubeusz pragnął poeksperymentować trochę z psionikiem, żeby odkryć, co jest tego przyczyną i w miarę możliwości spróbować zniwelować tą "uczuciową klątwę". Z tymże było to raczej niewykonalne, ale ambitny mag nie przejmował się tym za wiele. Postanowił nie dzielić się tym zamiarem z Fristronem, obawiając się nieobliczalnej reakcji kolegi.
-O czym tak myślisz?- z rozważań wyrwało go ponownie pytanie Fristrona.
-Myślę sobie, że jak już dojdziemy na miejsce, to Destero zajmie się kręgiem, ja pójdę poszukać składników na elikisr, a ty padniesz na ziemię.-
-Bardzo zabawne, znów ci się kpin zachciało? O jakim eliksirze mówisz?-
-Mówię o tej miksturze, co ją przed chwilą piłeś, ona po czasie przestaje działać i znów zaczniesz odczuwać zmęczenie, a w połączeniu z tym zmęczeniem które jeszcze cię czeka... Hmmm... Zdaję się na twoją wyobraźnię...- odrzekł Bubeusz i zauważył że mag z Avlee przyspiesza kroku.
-Ten potwór robi to specjalnie! Chce nas tak wykończyć, żebyśmy nie mieli sił go kontrolować podczas aktywacji kręgu!-
-Chciałeś raczej powiedzieć: przeszkadzać, nie kontrolować.- odparł Bubeusz i zachichotał. Rozmowa się urwała.

Robiło się już ciemno, kiedy na horyzoncie ukazały się kamienne sylwetki.
-No nareszcie!- wysapał Fristron, który miał już wątpliwości, czy Destero przypadkiem nie "wywiódł ich w pole".
Zanim doszli, zrobiło się już całkiem ciemno, lecz czerwone światło Korony nie oblało krainy, gdyż konstelacja była zasłonięta chmurami. Doczłapali się do kręgu i część z nich padła na ziemię bez czucia, zupełnie tak, jak to przewidział Bubeusz.
-Co dalej?- spytał mag.
-Nie ma światła Korony, nie można otworzyć amuletu, a co za tym idzie nie można aktywować kręgu.- rzekł Destero.
-Że co?! I będziemy teraz czekać cały dzień na następną noc?!- wykrzyknął Fristron.
-Na to wygląda...- odrzekł Bubeusz, widząc, że Destero nie spieszy się z odpowiedzią.
-Więc gnaliśmy taki kawał na daremno?! Zatłukę go!- zawołał Fristron. -Ale to jutrooo...- I zasnął. Tymczasem na twarzy Bubeusza zagościł uśmiech. Wszystko wskazywało na to, że właśnie nadarzyła się okazja do "akcji".
-To rozbijcie obóz, a my, stare pierniki, odpoczniemy.- rzekł do Hella i Destero. Zaraz potem zapadł w błogi sen, którego nie mąciły żadne koszmary. Nie przeszkadzało mu nawet niewygodne miejsce do spania (spalona ziemia), a skupiona wokół energia nawet pomogła szybciej odzyskać siły.

Ranek, 28 Blossonthal

Kiedy Bubeusz otworzył oczy, szybko je zamknął, żeby nie oślepnąć od świecącego mocno słońca.
-Co? Jak? Już tak późno?- wymamrotał zrywając się z miejsca na równe nogi. Zauważył śpiących towarzyszy. Zachichotał cichutko i pobiegł do kręgu. Wiedział, że w takich magicznych miejscach zwykle rośnie wiele przdatnych ziół. Nagle zatrzymał się w pół kroku, słysząc z tyłu głos:
-Gdzie leziesz? Wracaj!- Destero stał na nogach, zupełnie jakby tak stał od paru minut.
-Idę zebrać zioła na eliksir wzmacniający!- odkrzekł Bubeusz. Wrócił jednak do towarzyszy.
-Ale skoro juz wstałeś, to zabiorę się za zioła później, bo chciałem zamienić z tobą parę słów.- Bubeusz postanowił wypytać o wszystko Destero, choć wiedział, że tamten mu nic nie powie.
-Nie będę owijał w bawełnę, bo wiem, że to nic nie da. Co się stało z twoimi uczuciami?-
_________________
Caveant consules ne quid detrimenti IJB capitat

Ostatnio zmieniony przez Bubeusz dnia 2005-02-11 13:37, w całości zmieniany 1 raz




Thurvandel








--------------------------------------------------------------------------------

27 Blossonthal/Kwiecień, MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Wóz wlókł się gościńcem leniwie. Woźnica, przygarbiony dziadyga odziany w stary brudny płaszcz, chrapał na koźle. Jego siwa skołtunion"a broda miarowo wznosiła się i opadała w rytm charczącego oddechu. Nagle wyleniały siwek który ciągnął wehikuł gwałtownie stanął i prychnął. Dziadek spadł z kozła, prosto nosem na zad konia. Gwałtownie przebudzony zaczął kląć i chrząkać, po czym całkiem stoczył się na zakurzony trakt. Puścił wiązankę na siwka i jego klaczkę-mamusię, podniósł się z ziemi i otrzepał szatę z kurzu. Zakłapał bladymi oczyma i rozejrzał się dookoła.
- Aaa... takie buty. Mądry konik. Jednak prawda co gadają, że koń człeka nie najedzie.
Rzeczywiście przed białawym wałachem, na gościńcu leżała jakaś postać, odziana w pozdzierany płaszcz podróżny. Woźnica splunął, po czym poczłapał w kierunku leżącego.
- Hy... ki czort. Musi ktoś go capnął... Jak capnął to i obłuskał ze złotka... Się sprawdzi - dziadek obszukał starannie podróżnego, złotka nie znalazł. Podróżnik miał tylko skórzaną torbę pełną flakoników, pergaminu i sprzętu podróżnego, oraz wąski, zdobiony sztylet - Osz ty w dziurę karpia... Elf. Nedabri znak... Elfi pecha niosą. Tfu.
Dziad już miał wsiąść z powrotem na wóz i objechać elfa, lecz ten niespodziewanie poruszył się i mruknął coś pod nosem. Otworzył oczy i półprzytomnie powiódł wzrokiem po wozie i wozaku. Wstał chwiejnie. Twarz miał podrapaną, włosy zmierzwione i zakurzone, a odzież powydzieraną i postrzępioną. Gdy dostrzegł na ziemi rozgrzebaną torbę, szybkim ruchem dobył sztyletu i doskoczył ku dziadkowi, który w ostatniej chwili uskoczył do tyłu.
- Hola panie... godzi się to tak wybawca nożem żgać? - wrzasnął dziadek. Elf skrzywił usta w grymasie bólu
- Nie chrzań... wy ludzie byście dla miedziaka rannego dobili, by go z dobytku obłupić do końca - starzec lekko się zmieszał.
- No skądże znowu mości elfie. Jam pomóc chciał. Nie szlachetno to przecie rannego na szlaku ostawić. Ja napoić mogę, wozem służyć, na...
- Daj sobie spokój. Poradzę... nie potrzeba mi pomocy... - elf nachmurzył się, podniósł torbę, postąpił kilka kroków na przód, zatoczył się i zemdlał.
_________________
There are three kinds of people on this world. These who can count and these who cannot.




Destero








--------------------------------------------------------------------------------

Ranek 28 Blossonthal 1276r. II ery

Destero obrócił się powoli w stronę Bubeusza.
-Chcesz wiedzieć coś o mojej przeszłości? - Powiedział spokojnie psionik - Nie zdajesz sobie nawet sprawy, o co prosisz.
-Więc mnie oświeć - Nalegał biały mag
-Gdybyś dowiedział się o pewnych rzeczach, które skrzętnie ukrywam, twoja egzystencja okryłaby się mrokiem, a nie światłością. - Chociaż głos Destero był obojętny to Bubeusz odczytał w nim ostrzeżenie.
-Co tak strasznego musiało się wydarzyć, że straciłeś możliwość jakiegokolwiek odczuwania?
-Na tym świecie są potworności, których nie możesz sobie wyobrazić... Czasem znajdują się o wiele bliżej niż sobie to wyobrażasz i niż byś tego chciał. Czekają, obserwują, słuchają.... A w końcu budzą się niszczą wszystko, co znasz.
-Ktoś zniszczył coś, co było dla ciebie cenne? Odebrał ci kogoś dla ciebie ważnego? - Głos Bubeusza drżał lekko na myśl o tym, że jednak wyciągnie coś z tego tajemniczego... człowieka?
-Powiedziałem to już raz. Nie oceniajcie mnie wedle własnych miar. Twe codzienne lęki są niczym w obliczu potworności, których byłem świadkiem, których doświadczyłem i których sam dokonałem. Zabijałem ludzi za samo to, że nie chcieli mi zejść z drogi, wyrywałem im serca, bo stali pomiędzy mną a moim celem, niszczyłem ich sny, bo było mi to potrzebne. - Psionik mówił spokojnym metodycznym głosem, zupełnie jakby nauczyciel prowadził nudną lekcję, a Bubeusz zaczynał czuć gęsią skórkę na całym ciele - Pewnie uważasz, że jestem zły do szpiku kości, uważasz mnie za potwora, któremu obojętny jest los innych ludzi... Cóż pewnie masz rację.
-Bogowie - wyszeptał z drżeniem w głosie mag - kim ty jesteś?
Destero przesunął rękę w stronę opaski na oczy, ale nie zdjął jej:
-Zastanów się jednak nad tym jak pojmujesz zło. Czy boisz się istoty bezsprzecznie złej, nie mającej żadnego pojęcia o tak zwanych dobrych uczuciach? Oczywiście, że tak! - Odpowiedział za Bubeusza psionik - A teraz wyobraź sobie istotę, która nie tylko jest do szpiku kości zła i zepsuta, ale również zna wszelkie pozytywne uczucia... Zna je i potrafi je wykorzystać przeciwko tobie. Zło nie jest koniecznie najgorszą rzeczą na świecie. Całkowicie zła istota nie jest w stanie zadać ci tak wielkiego bólu, jak ktoś, kto zna wszystko, co znajduje się w twoim sercu, ktoś, kto wie jak obrócić przeciwko tobie, nadzieję, radość, miłość... Potrafi sprawić, że znienawidzisz te uczucia. Dopóki tego nie zrozumiesz nie staraj się nawet zrozumieć, dlaczego jestem takim, jakiego mnie znasz... Czy raczej takim, za jakiego mnie uważasz?
Bubeusz stał tylko z rozdziawionymi ustami wpatrywał się jak oniemiały w psionika, który jak gdyby nigdy nic ułożył się pod kamieniem i zaczął drzemać. Biały mag chciał początkowo obudzić go i wyciągnąć z niego więcej informacji, ale po głębszym namyśle zdecydował, że boi się konsekwencji. Otrząsnął się z gęsiej skórki, która pojawiła się na całym jego ciele i cichym krokiem oddalił się od śpiącego Destero. Postanowił, że póki, co nic nie powie Fristronowi. Ten i tak był już wystarczająco przerażony towarzystwem tajemniczego psionika. Spacerując rozległą łąką, porośniętą w całości kępami fiołków, Bubeusz zastanawiał się, jak skończy się ich znajomość z Destero... Zastanawiał się i zamartwiał.

***
Noc 28 Blossonthal 1276r. II ery

Chmury tej nocy nadal zasłaniały część nieba, ale Korona Świata była w pełni widoczna, więc rytuał aktywacji kręgu mógł odbyć się bez przeszkód. Czwórka towarzyszy przyglądała się kilkumetrowym, czarnym obeliskom ustawionym w koło. Ziemia w zasięgu kilkunastu metrów od kręgu była całkowicie wyjałowiona, a Fristron wątpił nawet, czy mieszkały w niej jakiekolwiek dżdżownice lub inne robactwo. Wszyscy czuli magię, która wręcz przesiąkała powietrze wokół niech, drażniła ich, łaskotała, zakłócała koncentrację.

-Więc jak go uruchomimy? - Zapytał zaniepokojonym głosem Fristron.
-Jeszcze nie wiem - odparł spokojnie Destero.
-Jak to nie wiesz!? - Warknął Hellburn - Chyba nie powiesz mi, że ciągnąłeś nas tu tylko po to, żeby powiedzieć nam, że nie wiesz jak uruchomić ten parszywy krąg!?
-Powiedziałem, że jeszcze nie wiem - rzekł niewzruszonym głosem psionik - Poza tym nie zapominaj o tym, że pewne informacje dotyczące jego aktywacji już posiadamy. Wiemy, że konieczny jest do tego amulet, a zdobycie reszty informacji jest tylko kwestią czasu.
-Więc powiedz mi jak masz zamiar je zdobyć mości psioniku - odezwał się kpiącym głosem Hellburn.
-Cierpliwości. Musimy jeszcze chwilę poczekać. - Destero wskazał na konstelację Korony Świata, a potem na miejsce, gdzie chmury przykryły księżyc swą gęstą i nieprzeniknioną zasłoną. - Musimy poczekać, aż krąg zostanie skąpany w krwawym świetle księżyca.

Wszyscy umilkli i nie widząc innego wyjścia, oraz nie mając ochoty na kontynuowanie bezcelowych dyskusji z psionikiem, zasiedli na wyjałowionej ziemi i czekali.

***
Noc 28 Blossonthal 1276r. II ery

Około godziny później Destero poruszył się niespokojnie, co nie umknęło jego towarzyszom.
-Co się stało? - Spytał wyraźnie zaniepokojony Bubeusz
-Amulet drgnął. - Psionik wstał i zaczął iść w stronę kręgu - Chodźcie. Zaraz się zacznie.
Kiedy tylko podeszli do kręgu zauważyli strasznie mocne i jaskrawe światło bijące z wielu punktów na kręgach, które już znajdowały się w zasięgu blasku księżyca. Gdy znaleźli się na tyle blisko by widzieć dokładnie Fristron powiedział cicho do towarzyszy:
-To runy. Słyszałem kiedyś o księżycowym piśmie. Czy to jest to samo? - Zwrócił się do Destero.
Psionik przystanął przy pierwszym z kamieni i przyłożył dłoń do jednej z run. Odsunął ją gwałtownie po chwili i poszedł do drugiego obelisku. Bubeusz podbiegł do miejsca gdzie przed chwilą stał Destero i sam położył swoją dłoń tam gdzie wcześniej psionik, po to tylko by zaraz zabrać ją krzywiąc się z bólu.
-To nie jest zwykłe księżycowe pismo - oświadczył - Te runy wydzielają ciepło. Właśnie się oparzyłem.
Fristron wszedł do środka kręgu i z niepokojem zaczął obserwować, jak runy zaczynają świecić wściekłą czerwienią podobnie jak konstelacja, w miarę jak światło księżyca przybierało na sile. Był prawie pewien, że ich temperatura też się zwiększy, ale jakoś niespieszno mu było do sprawdzania prawdziwości swej tezy. Zrobił to jednak Hellburn, na którym temperatura magicznych znaków nie robiła wrażenia.
-Robią się coraz gorętsze - powiedział niespokojnym tonem ifryt - nawet ja to poczułem.
-Czy ktoś z was może odczytać te runy? - Zapytał się Bubeusz.
-Ja mogę. - Usłyszeli cichy głos psionika. - Nie patrzcie w moją stronę choćby nie wiem, co się działo i unikajcie kontaktu wzrokowego ze mną.
-Co? Dlaczego? - Zapytał zdziwiony Bubeusz.
-Po prostu tego nie róbcie - powiedział głośniej Destero i każdy wyczuł w tym subtelne ostrzeżenie mówiące „Spójrz a zginiesz”.
Chcąc nie chcąc jego towarzysze odwrócili się od niego, wyszli z kręgu i zaczęli czekać z niecierpliwością. Destero przyglądał się znakom runicznym i choć je poznawał to nie zmieniało to faktu, że nie potrafił ich odczytać. Znał jednak kogoś, kto będzie mógł to zrobić. Zdjął opaskę z oczu i zachwiał się pod siłą mentalnego ataku Adriela.
-Ta sprawa musi być naprawdę nagląca skoro wzywasz mnie po raz drugi w tak krótkim okresie czasu. - Rozległ się drwiący głos demona w jego głowie.
-Zamilcz i okaż się przydatny - Destero wiedział, że tą sprawę musi załatwić tak szybko jak się da.
-Stajesz się naprawdę nieuprzejmy i...
Destero rozpętał w swej jaźni niematerialną burzę psioniczną. Czuł jak demon stara się wycofać w najgłębszy zakamarek ich wspólnego umysłu, ale nie pozwolił mu na to. Chwycił go swą siłą woli i wciągnął w samo serce burzy. Jego ciało zachwiało się pod wpływem bólu, jakiego doświadczał razem z Demonem.
-Nie mam na to czasu - powiedział spokojnie ignorując ból Destero
-Powiem, co chcesz wiedzieć parszywy bydlaku - wrzasnął Adriel w jego umyśle - Jesteś głupcem skoro posuwasz się do takich rzeczy.
-Co jest na tych kręgach? - Spytał spokojnie psionik.
-Runy...
Potężny atak mentalny Destero uciszył natychmiast Adriela.
-Nie staraj się wypróbować mojej cierpliwości. - Powiedział cicho Destero.
-To glify strażnicze. Nie mają większego znaczenia - warknął demon. - Są tu prawdopodobnie po to by nie pozwolić takim jak wy uaktywnić krąg.
-Usunę je amuletem? Jeśli tak to powiedz jak.

Bubeusz patrzył, wraz z pozostałą dwójką towarzyszy, z niepokojem jak Destero klęczy przed jednym z kamieni bez ruchu, a wokół jego twarzy unosi się delikatna czerwona poświata, ledwo widoczna na tle jarzących się czerwienią run. Nagle Psionik poprawił coś na twarzy i wstał.
-Chodźcie - zawołał do trójki towarzyszy - Wiem już, co musimy zrobić.

Bubeusz, Fristron i Hellburn podeszli do Destero, który stał pośrodku kręgu i dotykał ręką ziemi. Wstał, spojrzał po ich twarzach i oświadczył spokojnie:
-Kopcie.

Po kilku minutach kłótni, w której Fristron narzekał, że jest magiem, a nie robotnikiem, wszyscy złapali za łopaty wyczarowane przez Bubeusza. Ziemia była wyschnięta na popiół, ale kopanie i tak było utrudnione. Dziura, którą kopali pośrodku kręgu miała już niemal metr głębokości i trzy metry szerokości, ale ziemia obsypująca się z jej ścian skutecznie spowalniała ich pracę. Hellburn zaczął myśleć, że w takim tempie kopanie zajmie im czas do rana i znowu będą musieli czekać całą noc, ale kiedy jego łopata uderzył o coś twardego ponure myśli wyleciały mu z głowy.
-Teraz bądźcie ostrożni - powiedział Destero - nie możemy uszkodzić konstrukcji.
Resztę pracy wykonali gołymi rękami. Im dłużej odgarniali ziemię, tym bardziej widoczny stawał się obiekt, do którego tak usilnie starali się dokopać. Kiedy skończyli stali na „podłodze” z kamienia, pokrytej w całości dziwnymi znakami i rysunkami, zapełniającej całą przestrzeń dziury. W jej środku był okrągły otwór, z którego wybiegało pięć dziwnie przezroczystych, wydrążonych, promieni - jak nazwał je Bubeusz -, a każdy z nich skierowany był w inny monolit z kamienia.
-Są ze szkła? - Zapytał Fristron wskazując promienie.
-Nie wiem, ale lepiej nie chodź po nich, bo nie wiadomo, co mogłoby się z nimi stać. - Opowiedział mu cicho Destero.
-Więc, co teraz? - Hellburn uklęknął zmęczony.
-Trzeba przekręcić klucz i otworzyć drzwi. - Psionik wyciągnął amulet z kieszeni. - Wyjdźcie lepiej z dziury i obserwujcie wszystko z zewnątrz. Mam dziwne przeczucia, co do tego i nie bardzo spodobało mi się to, co wyczytałem z run.
-Co wyczytałeś? - Zapytał Fristron wspinając się już po lekko pochylonej ścianie.
-Nieważne. Wyjdźcie stąd - powiedział cicho Destero.
Trójka jego towarzyszy wiedziała, że nie ma sensu się z nim spierać, tak, więc wyszli z dziury i przyglądali się temu, co robi psionik z bezpiecznej odległości. Destero podniósł amulet, kierując, wizerunek czerwonego diademu w stronę korony świata, która była już niemal w zenicie. Z amuletu wystrzeliło czerwone światło i otworzył się on z głuchym trzaskiem. Spojrzał na mały otwór w kształcie okręgu, znajdujący się pośrodku dziwnego kamiennego podłoża i włożył w niego amulet tak, by światło spaczonej Korony Świata padało na niego pod kątem prostym.
Reakcja była natychmiastowa.
Amulet zaczął się żarzyć czerwonym światłem, a z jego środka wystrzelił cienki, i również czerwony promień, którego koniec ginął gdzieś na nieboskłonie. Destero odsunął się od amuletu pod ścianę, a kiedy spostrzegł, że promień zaczyna się poszerzać i to w dużym tempie, rzucił się na ścianę i zaczął się wspinać szukając drogi ucieczki. Kiedy był w połowie drogi, zauważył, że strumień czerwonej energii przestał rosnąć w miejscu gdzie zaczynały się przezroczyste promienie, które teraz również świeciły na czerwono. Usłyszał pełne zdumienia westchnienie Fristrona i wspiął się szybko na górę. Kiedy wyszedł z dziury, jego oczom ukazało się pięć, już nie nieregularnych kamieni, ale idealnie foremnych, czarnych obelisków, pokrytych czerwonymi runami, które pulsowały światłem o tym samym kolorze.
-To już? - Spytał Bubeusz.
W tym samym momencie ziemia zadrżała lekko, a obeliski oblały się w całości czerwienią. W tym samym momencie centralny promień znowu zaczął się poszerzać.
-W nogi!- Krzyknął Fristron - Za granicę kręgu!
Nikt się z nim nie spierał, nawet Destero, i już po kilku sekundach stali za kręgiem, patrząc jak czerwony promień obejmuje go całego, ograniczając widoczność w środku kręgu do zera. Promień zdawał się drżeć lekko, ale nie wyglądało na to, że wydostanie się poza granicę wytyczoną pięcioma obeliskami. Nagle zerwał się silny wiatr, a światło nabrało na intensywności do tego stopnia, że wszyscy musieli zamknąć oczy. Jedynie Destero, z opaską na oczach, patrzył dalej na to, co się dzieje. Kiedy pozostała trójka poszukiwaczy przygód otworzyła oczy ukazał się im niepokojący widok. Podłoga, kręgu nie znajdowała się już metr pod ziemią, a unosiła się w powietrzu kilka centymetrów, nad nią! Dopiero teraz zauważyli, że była to podstawa całej konstrukcji. Pięć kilkumetrowych obelisków stało na jej brzegach, a u ich stóp kończyły się czerwone promienie wychodzące z centrum kręgu, gdzie amulet emanował mocnym światłem krwistego koloru. Fristron zauważył, że nigdzie nie ma śladu ziemi, która przecież musiała zostać wypchnięta na powierzchnię, przy podniesieniu się tak wielkiej konstrukcji. Bał się myśleć, co się z nią stało, i bał się myśleć, co stałoby się z nimi gdyby zostali w granicy kręgu, kiedy ten się aktywował.
-Co to jest!? - Krzyknął Bubeusz.
Wszyscy spojrzeli na środek kręgu, gdzie poświata wydobywająca się z amuletu zaczęła się formować w jakiś nieokreślony kształt. Najpierw wydawało im się, że ta dziwna „mgła” będzie wylewać się z amuletu bez końca, aż zajmie cały obszar kręgu, ale w pewnym momencie, amulet przygasł lekko, a mgła przestała się z niego wydobywać. Czerwona poświata zaczęła - ku niepokojowi towarzyszy - przybierać kształty bardzo zbliżone do ludzkich. Po chwili stała przed nimi istota zbudowana z czerwonej poświaty, mająca zamiast nóg zwiewną suknię i unosząca się nad podstawą kręgu. Fristron przełknął ślinę, gdy zauważył olbrzymi, nie całkiem materialny, ale z pewnością groźny, miecz w jej zwodniczo delikatnej dłoni. Postać przypominała trochę ludzką kobietę, o czym świadczyły jej krągłe kształty, charakterystyczne rysy twarz, oraz burza długich włosów. Pomimo jej piękna towarzysze nie odważyli się wstąpić do kręgu. Nagle istota przemówiła:
-Rytuał rozpoczął się - Jej głos zdawał się odbijać echem od, nieistniejących przecież, skał wyimaginowanego wąwozu. - Czy jesteście gotowi na kontynuację?
Bubeusz poruszył się niespokojnie i zwrócił się do Destero:
-Wiedziałeś o tym?
-Miałem pewne przypuszczenia. - Odparł spokojnie psionik
-On miał przypuszczenia! - Wyszeptał ostro Fristron. - Przecież mogliśmy zginać gdybyśmy zostali w kręgu, a teraz jeszcze ta... To... Coś!
-Jesteśmy gotowi - powiedział Destero do tajemniczej postaci, ignorując narzekania maga.
-Jest was pięcioro. Rytuał może się zacząć. Niech wybrany wstąpi do kręgu. - Mówiąc to jarząca postać opuściła olbrzymi miecz.
-Pięcioro? - Bubeusz zdziwił się mocno. - Przecież jest nas czwórka.
Wszyscy zignorowali uwagę maga, koncentrując się bardziej na postaci w środku kręgu. Przez chwilę wszystkim przeszło przez myśl, że to Destero powinien wstąpić do kręgu, bo to w końcu on zdawał się wiedzieć najwięcej o jego tajemnicy.
-A więc wybraliście - odezwała się donośnym głosem postać.
-Co!? - Krzyknął Fristron - Przecież jeszcze nic nie powiedziałem!
Destero wystąpił kilka kroków do przodu:
-Czyta w waszych myślach. Wydaje się wam, że to ja jestem najwłaściwszy na to miejsce, bo wiem o najwięcej o kręgu. Nie można was winić za takie rozumowanie. - Psionik obrócił się w stronę postaci - Jestem gotów.
-Stań, więc przede mną i niech test się rozpocznie. - Zagrzmiała postać.
Destero nie znał czegoś takiego jak wahanie toteż natychmiast stanął z podniesioną głową przed jarzącą się czerwienią istotą. Wszyscy myśleli z początku, że psionika czeka ciężki bój z postacią, jednak ta niespodziewanie przemówiła.
-Czym jesteś? Czy jesteś w stanie postawić się przeznaczeniu, jakie wyznaczył ci los, czy może wierzysz w to, że musisz płynąć wraz z jego prądem w korycie rzeki zwanej życiem? Czy uważasz, że możesz zmienić to, co jest już przesądzone tylko, dlatego, że poświęcasz temu całe swe istnienie? Czy żyjesz, czy może tylko istniejesz?
Zapadła cisza. Bubeusz i reszta patrzyli ze zdziwieniem i niepokojem na zaistniałą sytuację. Destero sprawiał wrażenie jakby w ogóle nie słuchał, co mówi do niego strażniczka kręgu i to sprawiało, że jego towarzysze bali się konsekwencji nie odpowiedzenia na zadane pytanie.
-Co to ma być za pytanie? - Warknął cicho do Hellburn do Fristrona.
Mag w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami. Destero zdawał się wpatrywać w chmury, leniwie sunące po gwieździstym niebie i zasłaniające, co trochę część Korony Świata. Bubeusz zaczynał bać się, co się stanie, jeśli chmury całkowicie zasłonią konstelację. Czy rytuał zostanie przerwany? Miał wrażenie, że psionik powinien się pospieszyć, choć zdawał sobie sprawę, że pośpiech w tej sytuacji był niewskazany. Destero opuścił wzrok na strażniczkę.
-Chcę udzielić odpowiedzi. - Oświadczył spokojnie
Trójka jego towarzyszy wstrzymała oddech czekając na moment, który przesądzi o ich sukcesie.
-Mów więc. - Przemówiła swym nieziemskim głosem postać - Udowodnij, że jesteś w stanie odkryć tajemnicę kręgów i kroczyć ścieżką, która zaprowadzi cię do celu, którego tak bardzo pragniesz. Czy jesteś w stanie zdecydować o swoim przeznaczeniu?
-Tak - Destero nawet nie zadrżał głos. Odpowiedź padła natychmiast i niemal bez zastanowienia.
Cisza przeniknęła każdy atom w promieniu kilku mil. Bubeusz miał wrażenie, że stracił kilka uderzeń serca, aż postać przemówiła.
-Zdecydowałeś - jej głos wydawał się być strasznie nienaturalny wśród wszechobecnej ciszy - Lecz twoja odpowiedź jest nieprawidłowa. Odejdź z tego miejsca i zabierz ze sobą słabych towarzyszy. Rytuał nie odbędzie się. - Mówiąc to postać odwróciła się.
-Mylisz się - powiedział cicho Destero - Nie zgadzam się z twoją odpowiedzią.
-Śmiesz kwestionować prawdy płynące z ust strażniczki kręgu?! - Głos postaci zamienił się w straszliwy ryk. Potężny podmuch wiatru rozwiał włosy i szaty czterech towarzyszy, oraz sprawił, że zasłonili uszy dłońmi.
-Mylisz się. - Kontynuował spokojnie psionik - Rytuał się odbędzie. Nie zadałaś tego pytania po to by sprawdzić moją wiedzę i podejście do kwestii bycia, ale po to by sprawdzić moją determinację w sprawie uaktywnienia kręgu. Jaka by moja odpowiedź nie była ty stwierdziłabyś, że jest ona nieprawidłowa, a jeśli ja przyjąłbym to z pokorą pozbyłabyś się mnie, uważając, że nie jestem godny dostąpienia sekretu pięciu kręgów. Nie mam zamiaru się wycofać tylko, dlatego, że mi tak mówisz. Masz odprawić rytuał aktywacji kręgu.
Cisza... Długa, nieprzerwana... Niezmącona żadnym, nawet najcichszym dźwiękiem... Absolutna... I wtedy rozległ się grzmot. Czerwona postać rozpłynęła się na wietrze, który zerwał się z niesamowitą gwałtownością. Obeliski na granicach kręgu zaświeciły niesamowicie jasnym, nie czerwonym, lecz białym światłem, które o dziwo wcale nie różowiało w czerwonej poświacie, a błyszczało nieskazitelną bielą. Krąg zadrżał, a zaraz po nim zatrzęsła się ziemia.
-Co to było? - Zapytał z drżeniem w głosie Bubeusz
-Destero złaź stamtąd! - Krzyknął Hellburn - I zabierz amulet!
Psionik wyrwał przedmiot ze środka kręgu i zeskoczył z niego, lądując koło swych towarzyszy. Ziemia zaczęła mocniej drżeć.
-Patrzcie! - Krzyknął Fristron wskazując na krąg, który zaczął wznosić się wyżej nad ziemię. Kiedy był już około metra nad ziemią zauważyli, dziwną kulę, pokrytą świecącymi bielą runami, umieszczoną pośrodku spodniej strony kręgu. Rozległ się straszliwy grom, a ziemia zatrzęsła się tak, że cała ich czwórka padła na kolana. Z nieba spadł szeroki biały promień, który uderzył w środek kręgu, lewitującego już jakieś 2 metry nad ziemią. Z dziury, w której zakopana była wcześniej podstawa kręgu wychynęła świetlista kula, podobna do tej u spodniej strony podstawy kamiennego pierścienia i zatrzymała się około półtora metra poniżej niej. Nagle obydwie rozjarzyły się mocno i połączyły mniejszym, choć jaśniejszym, promieniem podobnym do tego, którego koniec niknął gdzieś na nieboskłonie. Ze spodniej kuli, po całej dziurze rozlało się mocne światło, ograniczające widoczność wewnątrz niej do zera. Ziemia przestała drżeć, a wiatr się uspokoił. Ze zdziwieniem towarzysze zauważyli, że nastał ranek.
-Pierwszy promień skierował się ku centrum - Rzekł Destero i wskazał na trawę.
Fristron podszedł bliżej by zobaczyć, na co wskazuje psionik, i zauważył, jak kłosy zielonej trawy pochyliły się dziwnie do siebie, tworząc w ten sposób dziwną linią, sięgającą aż horyzontu.
-Ścieżka promienia - rzekł spokojnie Destero - Pierwszy rytuał zakończył się.




Bubeusz








--------------------------------------------------------------------------------

Ranek, 29 Blossonthal

Cała trójka stała jeszcze chwilę wpatrując się w krąg i dopiero po chwili dotarły do nich słowa Destero. Spojrzeli na niego dziwnie.
-I co? Już?- zapytał Bubeusz głupio.
-Można dotykać?- zapytał Fristron głupio.
-Co dalej?- zapytał Hellburn i było to istotnie mądre pytanie.
-Trzeba aktywować pozostałe cztery kręgi. Pomiędzy tymi kręgami istnieją tak silne powiązania, że można je wykorzystywać do przenoszenia się między nimi. Nie wiem tylko, czy teleportacja po aktywowaniu jest nadal możliwa i jak dokładnie ona przebiega.- odparł psionik, podczas gdy obaj magowie pobiegli już dawno do kręgu i zaczęli wszystko brać pod lupę, nie mogąc wyjść z podziwu dla takiej potężnej magii.
-Zaczekamy, aż ci dwaj się uspokoją i wyruszamy dalej?- zapytał Hell.
-Zanim wyruszymy muszę zbadać krąg dokładnie i zobaczyć na czym polega ta teleportacja...-
Podbiegł do nich Bubeusz z przerażeniem na twarzy i wykrztusił:
-Najpierw musimy rozwiązać jeszcze jeden problem!
-Jaki?
-Niziołki z pobliskiej wioski widziały i słyszały nasz rytuał... Zaniepokoiły się tym więcej niż bardzo, a co gorsza wzięły nas za jakieś demony czy inne plugastwa i...- ziemia zaczęła ponownie drżeć, tym razem jednak od tupotu nóg. Usłyszeli krzyki pospólstwa, a na horyzoncie pojawiła się przerażona gromadka uzbrojonych w kosy, cepy i inne narzędzia rolne malutkich chłopów.
-Ja to załatwię dyplomatycznie.- powiedział biały mag i wyszedł im naprzeciwko. -Dobry ludu! Jesteśmy wysłanikami króla i przybyliśmy tutaj, aby raz na zawsze położyć kres czerwonym nocom! Żadne z nas tam demony, po prostu trzeba było aktywować krąg, żeby ryt...- Destero podbiegł szybko do maga i złapał go za szyję. Bubeusz przewrócił się do tyłu.
-Zamilknij, bo zginiesz! Cały świat nie musi wiedzieć o naszej misji.- rzekł cicho (i oczywiście obojętnie) psionik. Tymczasem Fristron, który za bardzo nie był przyjazny Destero, uznał to za atak i szybko pobiegł Bubeuszowi na pomoc. Z jego laski wystrzelił niebieski promień, który trafił psionika w plecy. Magiczna siła spowodowała, że Destero przeleciał przez Bubeusza i potoczył się parę kroków w dół (krąg bowiem znajdował się na wzniesieniu).
-Co ty robisz!?- krzyknął czarodziej do maga z Avlee, a niziołki cały czas stały i patrzyły na nich niezbyt przyjaźnie. Kiedy do akcji wszedł Hellburn, próbując wszystkich uspokoić, chłopi uznały ich za demony i czarowników, co wiadomo jak się skończyło. Szarżująca grupa obrała sobie za cel Destero, który stoczył się najbliżej nich i z wściekłym wyciem natarła na psionika, wystawiając swoje kosy i kije.
Bubeusz
USER_AVATAR
Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

Południe, 29 Blossonthal (Kwiecień) MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Po półgodzinie towarzysze pozbyli się niziołków, ale jako że Fristrona pozbyć się nie mogli, denerwowali się wszyscy (oprócz, rzecz jasna obojętnego Destero):
- Musiałeś wybiegać przed nas? Ifryt przekonuje innych, że nie jest demonem - gderał mag nad uchem Hellburna - A ty czemu rzuciłeś się na Bubeusza - teraz męczył Destero - a ty czemu...
- ZAMKNIJ SIĘ! - krzyknęli zgodnie Biały Mag i ifryt
- Myślę, że możemy już wrócić do kręgu - rzekł Destero, a wszyscy się zgodzili
Po kolejnej półgodzinie dotarli do aktywowanego kręgu. W istocie niziołków już nie było. Fristron, którego hobby to teleportacja, popędził badać, czy mogą się przenieść aktywowanym kręgiem. Wrócił po godzinie, z nietęgą miną.
- Teleportować się można - rzekł powoli - ale uruchomiony krąg prędzej nas rozszczepi, niż rzuci w okolice następnego kręgu.
Bubeusz sprawiał wrażenie, jakby nie słuchał Fristrona. Patrzył gdzieś ponad jego ramieniem, a minę miał coraz bardziej głupią.
- Co? - spytał poirytowany brakiem zainteresowania ze strony towarzysza mag z Avlee.
- TO - powiedział cicho, lecz wyrażnie Bubeusz.
Wszyscy spojrzeli w kierunku wskazanym przez niego i zgodnie zmienili miny na jeszcze głupsze od Białego Maga (oprócz Destero). Ich oczom ukazała się osada. Nie wiadomo skąd się tu wzięła, ale było w niej coś, co przyprawiało podróżników o dreszcze. Przegniłe bale, składające się na wieże strażnicze, czarna flaga powiewająca na środku osady...
- Może stąd pojdziemy? - spytał Hellburn. Wszyscy powoli pokiwali głową. Jednak nim zdążyli się wycofać ze środka wyskoczyły trzy zjawy i jeden wampir. Doleciały do towarzyszy i zaczęły ich wściekle atakować. Fristron rzucił Odesłanie i pozbył się jednej. Tym samym sposobem Bubeusz pozbył się następnej, Destero, który wziął na siebie wampira, przywrócił w nim tradycyjną równowagę między życiem i śmiercią, tak aby odszedł, a Hellburn podgrzał temperaturę wokół ostatniej do takiego stopnia, że nie wytrzymała. Trójka z uczuciami uśmiechnęła się z radości ze zwycięstwa.
- Całkiem nieźle - rozległ się za ich plecami zimny głos.
Wszyscy czworo jak na komendę odwrócili się. Wisiał tam w powietrzu upiór.
- A co powiecie na to? - spytał, wskazując za nich.
Znów odwrócili się i ujrzeli armię nieumarłych wyskakujących z osady. Hell rzucił Kulę Ognia, Fristron i Bubeusz Falę Odesłania, zaś Destero walczył z upiorem.
Kiedy sytuacja zaczynała wyglądać bardzo źle nad ich głowami rozległ się kobiecy głos:
- NIE!
Fristron odwrócił się. Stała tam Kara. Trzymała w sobie tak wiele mocy... Niszczyła armie nieumarłych za pomocą jednego ruchu ręki. Ale zaraz, przecież ona też jest nieumarła...
Fristron mdlał.
Zapomnienie to jedyna droga do celu...

***

Czas i miejsce nieznane

Szara mgła wchodziła powoli po schodach.
Zapomniałeś... nareszcie... Przeznaczenie... odsuń życie...
Szept powoli stawał się głośniejszy. Postać stanęła. Tak, to była postać...
Chodź... odrzuć słabości... przemień się...
Biały strumień many uderzył w człowieka.
Przyjmij to... nie odrzucaj przeznaczenia...
- Nie! - zawołała postać. Głos należał do mężczyzny.
Nie niszcz przyszłości... nadeszła Zmiana... tyle czekałem...
- Nie - powiedział mężczyzna, osuwając się na kolana
Odrzuć przeszłość... liczy się to co nastąpi...
- Nie... - szepnął człowiek, upadając. Zemdlał. Strumień many wciąż go przybijał do ziemi.

***

Popołudnie, 2 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Fristron obudził się.
- Żyje! Żyje! Nie umarł! - krzyczał Bubeusz
- Co? - zdziwił się Hellburn
- Otworzył oczy, spójrz!
- Pójdę zawiadomić Destero. Bądź co bądź to on się zapierał przy leczeniu.
Fristron usłyszał trzask, zamrugał i ujrzał uśmiechniętą twarz Bubeusza.
- Co... gdzie ja jestem? Gdzie Kara? Kim był ten mężczyzna? Czyj to był głos?
Bubeusz spojrzał ze zdziwieniem.
- Wiesz... Karę uśmierciliśmy na polance ze dwa tygodnie temu. A o jakim głosie i mężczyźnie mówisz?
- Tych na schodach...
Twarz Bubeusza wyrażała bezbrzeżne zdumienie.
- Oj, dobra. Ale Kara nam pomogła w walce?
Zdumienie powiększyło się.
- Wiesz co... - powiedział Fristron opadając na poduszkę - lepiej opowiedz mi wszystko od momentu wyjścia armii nieumarłych z osady. A może to też mi się przyśniło?
- Nie, to było naprawdę. Nie pamiętasz co było?
- Jakbym pamiętał tobym nie pytał. Wydawało mi się, że pomogła Kara.
- Więc jak wyszła ta armia umarlaków, to ty zacząłeś mieć drgawki. Nagle skoczyłeś i zawisłeś w powietrzu. Później coś przeleciało z oślepiającym blaskiem przez polankę i nieumarli oraz osada zniknęli. Ty zemdlałeś. Destero cię zbadał i uznał, że nie wiadomo jak, ale twoja krew zamieniła się na moment w żywą manę i przegoniłeś truposzy. Chcieliśmy cię pochować, bo wyglądałeś na martwego, ale Destero uparł się, żeby cię tu przynieść i próbować wyleczyć.
- Tu... to znaczy gdzie?
- Do kliniki w Harrow oczywiście. Musieliśmy się nieźle natrudzić, aby ich przekonać, że nie jesteśmy demonami, a Hell jest porządny i dobry.
Fristron rozmyślał. Powoli docierały do niego słowa Bubeusza: Chcieliśmy cię pochować, bo wyglądałeś na martwego, ale Destero uparł się, żeby cię tu przynieść i próbować wyleczyć. Psionik uratował mu życie.
- Destero... ten chędożony skurczybyk... uratował mnie?
Bubeusz pokiwał głową. Fristron zadumał się. Miał dług wdzięczności wobec tego, kogo najchętniej by się pozbył, gdyby dał radę.
W tym momencie do środka wpadł Hell, a za nim wsunął się Destero.
- Kiedy będziesz mógł wyruszyć w dalszą drogę? - zapytał bez wstępu psionik
- Nie wiem. Chyba jutro.
- Zgoda.
- Masz pojęcie ile leżałeś? - spytał Hell
- Nie.
- Trzy dni! Bez jedzenia i picia!
Fristron w chwili gdy usłyszał "jedzenia i picia", poczuł, że jest naprawdę głodny i spragniony.
- Macie coś do żarcia?
Bubeusz obiecał coś przynieść. Hell wyszedł za nim. Fristron leżał na łóżku. Destero stał nieco dalej.
- Podobno to ty mnie uratowałeś - rzekł cicho mag z Avlee
Destero pokiwał lekko głową, nawet się nie odwracając.
- Dziękuję - powiedział powoli
Psionik odwrócił się i spojrzał na niego.
- Wiem że to i tak nic nie da. Ty jesteś wyprany z uczuć i w każdej chwili możesz narazić moje życie, albo i mnie zgubić, aby osiągnąć cel. Ale i tak ci dziękuję.
W tym momencie do sali wpadł Bubeusz z pieczenią i Hell z butlą wody i butelką wina. Fristron z trudem wstał i zabrał się wraz z innymi do jedzenia.

Hellburn
--------------------------------------------------------------------------------

Ranek, 3 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Destero, Bubeusz, Hellburn i Friston stali nad dużym wykonanym z jesionu stołem. Destero rozłożył mapę:
- Biorąc pod uwagę wypadek który miał miejsce 4 dni temu - rzekł swym pustym głosem - lepiej by było iść do południowego kręgu w Lesie Mistwood - wskazał miejsce palcem.
- Krąg kamieni na pustni jest bliżej - zauważył Bubeusz
- Ale trzeba się wspinać po Kręgosłupie lub przepłynąć rzekę Ruadan nie mówiąc już o przejściu fortu Damarys - w ustach Psionika to zdanie brzmiało dziwnie.
- Jeśli o mnie chodzi - rzekł spokojnie Friston - to dam sobie rade. Nie jest ze mną tak źle. Wkońcu trzymam się na nogach i jestem pełen energii - zaśmiał się.
- No... nie wiem - stwierdził Ifryt.
- Wystarczy że ja wiem Hell - odpowiedział chłodno mag z AvLee.
Destero zwinął mapę i schował do kieszeni spodni.
- Idźmy już, Kręgosłup Starożytnych czeka...

Popołudnie, 3 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Długo jeszcze ? - wydyszał Friston.
- Miałem rację - powiedział złośliwie Hellburn - ale teraz już nie ma odwrotu - spoważniał.
Maszerowali bez odpoczynku około sześciu godzin. Kręgosłup widniał w oddali, ale nie dane było im się tam dostać w tym samym dniu.
- Pół godziny odpoczynku - powiedział obojętnym tonem Psionik.

Późny wieczór, 3 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Nareszcie !! - krzyknęli uradowani Bubeusz i Friston.
- To dopiero połowa sukcesu - uświadomił ich Ifryt patrząc na szczyty znikające w chmurach - proponuję zacząć jutro. Będziemy potrzebować masę sił.
Destero kiwnął głową.

Nagash
--------------------------------------------------------------------------------

30 Blossonthal
-No dobrze, jesteśmy w jakiś podziemiach ale my mamy przecież dotrzeć do Dark Keep !! – krzyknęła Ashanti
-Racja, tylko musimy się jakoś stąd wydostać tylko jak skoro nad nami toczy się walka ?? – spytał Klaang
-Albo uda nam się wydostać bez walki albo będziemy musieli wziąć udział w konflikcie – mruczał Nagash po czym złapał jakiegoś nekromantę który akurat tędy przebiegał, przyłożył mu do gardła miecz i powiedział :
-Słuchaj no, albo nam zaraz skombinujesz mapę albo zginiesz, rozumiesz??
-Taak, tak już zaraz przyniosę – powiedział przestraszony. Widział w oczach lisza taką nienawiść i gniew jakie jeszcze nigdy nie widział w życiu. Szybko odskoczył w tył i pobiegł po mapę. Po chwili wrócił ze zwojem w ręce i rozwinął na ziemi.
-A teraz wskaż mi pozycje czarnych nekromantów, tylko szybko !! – ryknął Nagash
- Więc tak, tu aż do końca zabudowań teren jest zajęty, tutaj wszystko jest okrążone, a tu cały teren jest okrążony i tylko nieliczne bojówki jeszcze tam stacjonują – wskazywał na mapie palcem.
-A jak jest tutaj ?? – pokazał Nagash i wsłuchał się w to co mówił jego rozmówca
-Nooo, mamy tam całkiem niezłe zapasy ale niestety ten teren jest zajęty przez wroga
-Co ???? Jak to możliwe ?? Przecież to jedyna droga przez którą dali byśmy rade przejść do Dark Keep – krzyknęła Ashanti wyraźnie zdenerwowana
-Spokojnie mamy jeszcze wyjście tędy
-Eee nie za bardzo, ten odcinek jest całkiem zniszczony i nie da rady tam przeżyć nawet dnia
-Czyli jedyna droga prowadzi przez góry starożytnych, tam okrążymy ich wojska i przejdziemy za nimi – powiedział Klaang który dobrze znał te tereny
-Tak tyle że przejście do Dark Keep jest również zajęta przez dzikie bandy zombie – mówił człowiek-nekromanta
-Ehh czy tu jest jakakolwiek droga która jest bezpieczna ?? – spytała demonka
-Nie za bardzo, mamy strasznie małe dostawy i nasze wojska nie mają zbyt dużo do zrobienia ponieważ jesteśmy okrążeni i tego.... – próbował tłumaczyć człowiek
-Agrr wy niekompetętni idioci !! Zmarnowaliście jedyną szanse wygrania tej wojny !! – powiedział zirytowany głupotą białego nekromanty
-To nie nasza wina !! My nie zajmujemy się walką lecz zdobywaniem wiedzy i tworzeniem nowych wynalazków , tymczasem czarni nekromanci zostali stworzeni do tego aby bronić i atakować nowe tereny. Niestety wystąpił między nami konflikt. Oni chcieli zająć nasz teren z którego wydobywaliśmy cenny surowiec. Sprzeciwiliśmy im się i zorganizowaliśmy armię, nie dziw się że słabo nam idzie ponieważ nigdy nie walczyliśmy.

Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

Ranek, 4 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Płomień dziś niespokojny - rzekł Fristron
- Co? - zdziwił się Bubeusz
- To takie powiedzonko... - mruknął Hell
- Otóż to - westchnął mag z Avlee - dziwny dzisiejszy poranek.
- Co w nim dziwnego? - spytał Biały Czarodziej
- Nie wiem. Jednak nikt nigdy nie wie czemu płomień jest niespokojny... do czasu aż ukaże się jakaś katastrofa, przybędzie wróg, czy coś w tym rodzaju.
Powoli zbliżali się do pierwszego szczytu Kręgosłupa (Fristron cały poprzedni wieczór narzekał, że przechodzą w jednym z najtrudniejszych miejsc, aż Destero złapał go za szyję, przycisnął twarz do mapy i spokojnie wyjaśnił, że tutaj jest najmniej gór do przebycia, chyba że poszliby daleko na południe).
Po półgodzinie wspinali się już po łagodnym zboczu. Na razie łagodnym... Nagle na Fristrona spadło coś dużego, ciężkiego i białego.
- Co to? - spytał zaskoczony
- Pewnie jakiś ptak na ciebie narobił - rzekł, chichocąc Hellburn. W tej samej chwili podobne "coś" spadło na niego. Teraz chichotał Bubeusz. Na niego też owa rzecz spadła, a jako że Destero chichotać nie mógł, zaczął to robić Fristron. Po chwili rozpętała się prawdziwa ulewa "cosiów".
- No i masz - burknął Hell - po coś chichotał? Nie narobiły na ciebie drugi raz, a zaczęły robić jak szalone.
- Płomień dziś był niespokojny... - powiedział wolno Fristron
- ... jak zawsze gdy znajdzie się ktoś, kto ośmieli się próbować swych sił z Kręgosłupem. To przeszkoda.
- Urok Robienia przez Ptaki na Głowę? - zdziwił się Bubeusz - nie słyszałem o tym
- Nie bądź głupi - żachnął się Fristron - to nie ptaki. Ale co to jest...
Gęsto padające "cosie" stawały się coraz większe. Wreszcie, kiedy na Fristron spadł "coś" tak olbrzymi, że ten zachwiał się i upadł, uznali, że należy się gdzieś schować i przeczekać. Destero wyglądał, jakby nie brał takiej możliwości pod uwagę, ale kiedy Bubeusz także został przygwożdżony i niemalże wbity w ziemię, musiał ulec.
- Ludzie - mruknął

***

Popołudnie, 4 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Ziew... - ziewnął Fristron
Siedzieli w obszernej grocie, którą odnalazł nie wiadomo skąd, nie wiadomo gdzie Destero. Była to początkowo szczelina tak ciasna, że Bubeusz, który wychudzony bynajmniej nie był, zaklinował się i poświęcili pół godziny na wyciąganie go dalej. Stopniowo korytarz rozszerzał się, aż w końcu zamieniał się w obszerną i - co ważniejsze - suchą grotę. Fristron zapewne podzieliłby los Bubeusza, gdyby nie trzy dni ostrej diety, której skutków w Harrow nie zdążył nadrobić.
- Co ziewasz? - burknął Hell
Burczał od momentu, kiedy weszli do groty. Coś mu się w niej nie podobało.
- Nie można już poziewać w spokoju? - obruszył się mag
- Nie - odburczał ifryt
- Dajcie spokój! - żachnął się Bubeusz - Fristron, nie ziewaj jak Hellburnowi nie pasuje, a ty Hell nie burcz, jak Fristronowi nie pasuje!
- To niech najpierw on nie ziewa - burknął Hell
- To niech najpierw on nie burczy - rzekł, ziewając Fristron
Bubeusz pokręcił głową i westchnął.
- A tak w ogóle to zastanawialiście się, gdzie jest Destero? - psionik poszedł nieco w głąb niemal natychmiast, jak tu przybyli.
- Nie wie - e - em - Fristron i tym razem nie stłumił potężnego ziewnięcia. Hell zaklął cicho.

***

Wieczór, 4 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Nie ma mowy. Wyruszamy. - rzekł spokojnie Destero
- Przecież nic nie spaliśmy! - wrzasnął, machając łapami Fristron
- Wyjątkowo się z tym marudą zgadzam - burknął Hell
- Trzeba było spać, kiedy mnie nie było. Ulewa ustała, idziemy dalej.
- Mogłeś nam powiedzieć, żebyśmy poszli spać, bo wieczorem mamy ruszać!
Pierwszy raz kłócili się zażarcie z psionikiem. Fristron miał już serdecznie dość tych ciągłych rozkazów, półsłówek i niespodzianek. Wdzięczność za uratowanie życia już dawno wyparowała.
- Idziemy - powiedział, podchodząc do szczeliny prowadzącej na zewnątrz
- Jeszcze nie skończyliśmy! - wycedził przez zęby mag z Avlee
- Ja już skończyłem - powiedział spokojnie, zgrabnie przesuwając się przez szczelinę.
Bubeusz westchnął, czarem rozszerzył niefortunne przejście, szybko przez nie przelazł i przywrócił do poprzedniego stanu. Hell wyszedł za nimi i Fristron - chcąc nie chcąc - także.

***

Ranek, 5 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Całkiem nieźle - rzekł Fristron wdrapując się na szczyt i patrząc to na wschód - na Ruadan, zielone pola i ukwiecone łąki, a w oddali Azarad - to na zachód - na następne szczyty, jeszcze bardziej strome i jeszcze wyższe od tej pierwszej góry.
Bubeusz wlazł na szczyt ostatni i wysapał:
- Destero, mam nadzieję, że robimy tu popas, co?
Psionik pomyślał chwilę i rzekł:
- No dobra. Ale tylko pół godziny.
Fristron rzucił się na występ skalny ze strony, po której zamierzali zejść, gdyż było to jedyne okoliczne miejsce, gdzie mógł się położyć.
- Zbudźcie mnie po tej półgodzinie!
Pozostali wzruszyli ramionami, a Bubeusz poszedł poszukać jakiegoś innego występu. Hellburn zamyślił się, co nie zdarzało się często. Destero pustym wzrokiem patrzył na krajobraz Wschodniego Ervandoru.
- W sumie kiepsko, że ten kraj zostanie zniszczony - mruknął ifryt - ludzie...

Dragonthan
--------------------------------------------------------------------------------

28 Blossonthal wieczór

Przez cały dzień wspinaczki Drag nie wyszedł wyżej niż 300 stóp. Powodem były strome ściany i glony na kantach wystających skał... Przenocował na małym występku skalnym.

29 Blossonthal

Drag zmienił kierunek wspinaczki. Skierował się na lewo od swojej obecnej pozycji i półkami skalnymi przeszedł około 1000 stóp w kierunku północnym. Tam znalazł łagodniejszy stok i począł znów się wspinać. Skały były jednak bardziej porośnięte glonami i pare razy omało nie spadł w dół... Po kilku godzinach doszedł w miejsce gdzie stromość skały uniemożliwiała mu dalszą wspinaczkę. Musiał zawrocić w dół...

30 Blossonthal

Ponownie półkami skalnymi skierował się na północ. Po kolejnych 1000 stopach doszedł na urwisko. Nie miał wyjścia, musiał się wspinać... Po kilku godzinach ujrzał w końcu łagodny stok, lekko opadający z najwyższego szczytu tych gór... Na samym szczycie dostrzegł jakąś budowle, przypominającą wieże...
- Wieża smoka? - pomyślał i postanowił bliżej się przyjrzeć owej budowli... Ruszył więc stokiem ku górze...

1 Vallathal

Na swej drodze napotkał wiele pułapek, celowo zastawionych... Jakieś szczęki... wbite kolce... przykryte dziury... Zdziwił się, pułapki te miały już parę lat, ale na pewno nie były dziełem smoka. Caly dzień zajeło mu ich omijanie...

2 Vallathal

Drag był już w połowie drogi na szczyt. Coraz wyraźniej widział wieżę, ale słońce dawało się we znaki dość mocno i nie mógł dokładniej się przyjrzeć owej budowli... Gęstość pułapek wzmogła się... coraz trudniej wychodził na górę...

3 Vallathal

Słońce paliło mocniej niż w poprzednich dniach... Pułapki skończyły się... Drag szedł już powoli, gdyż nie miał już sił... Przez pare ostatnich dni wszedł wyżej niż powinienen... Różnica ciśnień sprawiła, że serce dawało się we znaki... Nie mógł złapać oddechu...

4 Vallathal

Przez cały dzień, Drag walczył z krążeniem... Dopiero pod sam wieczór jego organizm dostosował się do panujących tu warunków...

5 Vallathal Ranek

Drag doszedł do wieży. Przyjrzał się budowli z bliska i obszedł ją dookoła. Na szczycie wieży dostrzegł dużą lunete obserwacyjną. Stwierdził że nikogo nie ma i nadzwyczajnie w świecie postanowił skorzystać z lunety robiąc włam... Podszedł do drzwi i chwycił za klamkę... DZZZ DZZZ DZZZ.
- AAAA!!! - Draga pokopała jakaś siła i ręka zdrętwiała mu... - niech to szlag... trafiłem na chate jakiegoś maga...
Drag postanowił wywalić zawiasy w drzwiach, więc wyciągnął sztylet i począł grzebać w drzwiach... Ku jemu zdziwieniu drzwi zamieniły się w kamień... - Pięknie - rzekł obstukując kamienne drzwi... Wpadł na pomysł wejścia przez okno, więc począł wspinać się po lekko nachylonym pierwszym segmencie wieży... Wszystko było by dobrze, gdyby nie fakt iż nagle zaczęła ściekać woda z owej wieży... Drag szybko chwycił sztylet i wbił go w wieże. Teraz wspinał się powoli, uważając by nie zjechaćwraz w wodą...
- Skubaniec pomysłowy... - mamrotał do siebie
Po chwili dotarł na koniec pierwszego segmentu wieży i podszedł do okna. Rozejrzał się co jest w środku i jednym ruchem ręki rozbił witraż...
- No... teraz pójdzie już z górki...
Drag wszedł do środka i rozglądnął się po pomieszczeniu. Same stare meble i mnóstwo książek. Żadnych pajęczyn...Pozaglądal tu i ówdzie i swój wzrok skierował na schody prowadzące na drugi segment wieży. Pewnym krokiem ruszył na górne piętro. Kiedy tylko postawił stope na pierwszym schodzie usłyszał stuknięcie na półkach z ksiązkami. Obrócił głowe w tamtym kierunku i spostrzegł że jedna książka wysunęła sięz półki.
- Co jest grane... o nie! - w tym smaym momencie wszystkie ksiązki zaczęły lecieć w jego kierunku - To jakiś obłęd!! - Drag skierował się do drzwi jakie ujrzał obok regału z szafą. Natychmiast je otworzył i zamknął.
- Hehe i po kłopocie... - natychmiast rozejrzał się po pomieszczeniu czy nie ma w nim jakiś książek... na szczęście nie było. Zobaczył kolejny witraż i wszedł na stół by przez niego wyjrzeć. Na stole obok ujrzał kota.
- Co jest kotku... gdzie twój właściciel? He? - Kot donośnie zamiałczał, a Drag obrócił się do okna. Po chwili usłyszał grubszy ryk...
- O nie... tylko nie to... - ponownie obrócił się w kierunku kota, a na jego miejscu zobaczył... Cerbera
- £OOOO - wykrzyczał Drag i ruszył w kierunku drzwi - AAAA!! - tutaj wciąż latały książki. £owca ruszył na schody pędzony świadomością, że goni go cerber. Stworzenie było szybsze od niego, więc po paru schodach wskorzył na żyradol. Cerber stał na dole i próbował doskoczyć do niego.
- A se skacz ile wlezie... hehe - Nagle żyrandol zaczął przesuwać się w dół...
- O nie... to nie może być prawdą... - Drag był już na krawędzi załamania, wszystko w tym domu latało, fruwało i cudowało.
- Tak łatwo się nie poddam... - £owca wskoczył na najwyższy regał i wskoczył na schody. Szybkim biegiem dotarł do drzwi na górze... Na szczęście były otwarte. Otarł sobie czoło i wszedł na wyższy segment wieży, na sam szczyt. Tam przystal do lunety i począł obserwować góry, szukając jakiegoś śladu, który mógł go naprowadzić na smoka... Skierował lunetę na pustynie i ujrzał przez zbliżenie jakąs grupe osób idących przez pustynie...
- A ci dokąd idą... pogieło ich całkiem? Wlec się przez pustynie...
Fristron
USER_AVATAR
Bubeusz








--------------------------------------------------------------------------------

5 Vallathal
Nagle luneta zaskrzypiała donośnie.
-Co znowu, do licha?!- odskoczył od niej Drag, myśląc, że już nie było w stanie go zaskoczyć. Jednak kiedy luneta rozwinęła skrzydła i zmieniona w jastrzębia poszybowała w chmury, opadła mu szczęka. Rozejrzał się dookoła. Z krawędzi dachu wystawały cztery wielkie kolce, które wycelowane w jeden punkt, tworzyły osobliwą konstrukcję. Oprócz tego na szczycie wieży Dragonthan nie zauważył absolutnie nic, nie było nawet żadnego murku, czy ogrodzenia, które zabiezpieczałoby przed spadnięciem z wieży. Wobec tego łowca nie miał wyjścia- musiał zejść schodami na dół. Ale najpierw postanowił odpocząć i przygotować się psychicznie na spotkanie z... mieszkańcami wieży.


Bubeusz poczuł delikatne łaskotanie na twarzy.
-Hę? Kto...?- otworzył oczy i ujrzał białego jastrzębia, który patrzył mu się w oczy.
-Luneta! Co ty tu robisz?- czarodziej od razu oprzytomniał i skoczył na równe nogi. Ptak tymczasem wleciał mu na ramię i zaczął skrzeczeć, tak, że obudził wszystkich oprócz Fristrona.
-Co się dzieje?- wymamrotał Hellburn, wstając i otrzepując się z popiołu, który jeszcze niedawno był mchem porastającym skałę. Zobaczył, że Bubeusz trzyma jakiegoś skrzeczącego ptaka w ręce i wypowiada zaklęcie.
-Oho, dawno nie mieliśmy ptactwa na obiad! Mogę służyć ogn...- zawołał ucieszony ifryt, lecz nagle na jego oczach jastrząb przeobraził się w skrzypiącą lunetę. Mag przyłożył ją sobie do oka i skierował na swoją wieżę, która już od dłuższego czasu widniała na horyzoncie.
-Nie wierć się tak, Luneta, bo nie mogę ustawić ostrości!- rzekł do lunety, a ta usłusznie przestała skrzypieć i się kręcić. Kiedy wszystko było ustawione, biały czarodziej ujrzał na szczycie wieży siedzącego człowieka, opierającego się o jeden z kłów wystających z dachu.
-Oho! Mamy gości!- rzekł do siebie i dotknął laską lunety, która od razu odzyskała ptasie kształty i znów usiadła mu na ramieniu.
-Zaraz, o co tu chodzi?!- wykrzyknął ifryt, który nie lubił niespodzianek. Czarodziej tymczasem wypuścił Lunetę, mówiąc:
-Leć, moja droga i nie pozwól mu zejść na dół, zanim nie wejdę do domu!- biały ptak poszybował w kierunku wieży i już wkrótce zniknął na tle bladych chmur.
-O co tu chodzi!? Co to za luneta!?- Hell podszedł do czarodzieja i potrząsnął nim energicznie.
-Nn-nie p-podddob-ba ci się takie imię dla jastrzębia? A właściwie dla jastrzębiczki? Mi tam się podoba...- wymamrotał Bubeusz.
-Uuuuaa... Już minęło pół godziny?- Fristron przetarł oczy i ziewnął przeciągle (na co ifryta znów krew zalała). Spotkał się z totalną ignoracją, gdyż Bubeusz zaczął rozmowę z Destero, a Hell udawał, że go nie zna.
-Musismy czym prędzej wyruszać do mojej wieży, tam ktoś siedzi! Włamali mi się do domu!- krzyczał Bubeusz, a Destero spokojnie odrzekł:
-Ruszać możemy w każdej chwili, ale to ja decyduję, w którą stronę.
-W takim razie zaczekajcie na mnie, sam skoczę do wieży i zaraz wrócę.- odrzekł zdenerwowany czarodziej.
-Ja idę z tobą! Mam dość towarzystwa tego ważniaka!- z ziemi rozległ się głos Fristrona.
-Nie pójdziecie...- powiedział spokojnie psionik.
-Co nie pójdziemy!? Co nie pójdziemy?!! A właśnie, że pójdziemy! Nie masz prawa nam rozkazywać! Mam złodzieja w domu, co ty sobie myślisz...- wybuchnął Bubeusz, lecz przerwał, żeby uslyszeć wypowiedziane cicho słowa:
-Nie pójdzieCIE, tylko pójdzieMY wszyscy razem...-

Popołudnie, 5 Vallathal

Drag otworzył oczy po przyjemnej drzemce.
-Oho, luneta wróciła...- mruknął, patrząc na przekrzywiającą łebek i wpatrującą się w niego ciekawe, zapewne od dłuższego czasu jastrzębicę.
-Co tak patrzysz?- nie wytrzymał. -Człowieka na tym zadupiu nie widziałeś?-
Ptak zaskrzeczał z oburzeniem, lecz się nie poruszył.
-Zmieńże się znów w ten teleskop, żebym mógł popatrzeć na świat!- rozkazał mu Drag, lecz Luneta nie zareagowała. £owca postanowił przestać tracić czas na jastrzębia i skierował się w stronę klapy na podłodze. I tu znów czekała go niespodzianka, bo Luneta od razu przyfrunęła i stanęła na klapie, patrząc z gniewem na niego. Dragonthan zdziwił się troszkę, lecz zaraz potem ponowił natarcie na klapę. Ptak poderwał się do lotu skrzecząc i rzucił się na niego. Drag szybko zasłonił oczy przed pazurami, które wbiły mu się w ramię. Siła z jaką ptak uderzył w łowcę, powaliła go na kamienną posadzkę. £owca stęknął i szybko podniósł się na nogi. Spojrzał na krew cieknącą mu po ramieniu. Ptak tymczasem siedział dalej na klapie, patrząc na niego zupełnie tak, jakby chciał powiedzieć: "Ostrzegałem". Draga opuściła cierpliwość. Wyszarpnął swój złoty miecz i machnał parę razy jastrzębicy przed dziobem. Luneta odleciała szybko i zaczęła krążyć mu nad głową.
-Ha! I co teraz, mądralo?- zakpił z niej Dragonthan, chwytając lewą ręką za uchyt od klapy w podłodze. Nie zdążył pociągnąc, kiedy ptak od razu zwalił się na niego i przewrócił go tym razem na brzuch. Szpony zgrzytnęły o płaszcz ze smoczych skrzydeł. Mocno już zdenerwowany Drag teraz wkurzył się nie na żarty. Nie szukał nawet miecza, który wypadł mu z ręki, tylko od razu przekręcił się i rzucił na Lunetę. Zaczęła się krótka szamotanina, podczas której smocze pazury na rękawicach łowcy zrobiły swoje. Po chwili Drag zorientował się, że nie trzyma już ptaka, tylko starą, podrapaną lunetę. Odrzucił ją na bok, wstał i podniósł klapę, przez którą wszedł do środka budynku. Zaczął ostrożnie schodzić krętymi schodami na dół. Przed sobą trzymał miecz i pamiętając o pułapkach, rozglądał się co krok dookoła. Zszedł już prawie na sam dół, kiedy usłyszał z dołu jakieś słowa. Podszedł bliżej i usłyszał tupanie po podłodze oraz głos starego maga:
-...w laboratorium go nie ma, więc ciągle musi być na górze!-
-Niesamowita dedukcja...- dołączył się dużo młodszy głos. -A jak zamierzasz go stamtąd wykurzyć?
-Zobaczysz!- odparł stary mag i na chwilę zapanowała cisza. Serce Dragonthana zabiło mocniej, lecz nie ruszył się on z miejsca. Stał tak przez chwilkę, bojąc się poruszyć, kiedy znowu odezwał się starzec:
-Kurczę, gdzie to było? Dałbym głowę, że gdzieś za tą szafą był... O! Tu się schowałeś!-

Usłyszeli głośne zgrzyty i trzaski.
-Co ty tam robisz?- zaniepokoił się Hellburn, patrząc na pochylonego za szafą Bubeusza.
-Nic, po prostu jego żołądek domaga się jedzenia. Przypominam, że dziś jeszcze nie było obiadu...- odparł Fristron, lecz przerwał mu Bubeusz:
-Uruchomiłem mechanizm, za moment zobaczymy owego "włamywacza". Przygotujcie się!-
Trzeszczało, trzeszczało i nagle wszystkie schody złożyły się jednocześnie w gładką jak lód zjeżdżalnię. Zza drzwi na piętro usłyszeli czyjś krzyk i łomot, do złudzenia przypominający odgłos przewracania się kogoś na twardą posadzkę. Bubeusz zachichotał, a jednocześnie drewniane drzwi pękły z trzaskiem i na środku pokoju wylądował oszołomiony Dragonthan. Rozejrzał się po pokoju i zobaczył, że jest otoczony przez cztery oryginalne postacie.
-Wpadka, panie włamywaczu!- rzekł z tryumfem Bubeusz.
-Nazywam się Dragonthan.- odparł tamten.
-Dobra, dobra, gadaj lepiej, co robiłeś w mojej wieży!- powiedział Bubeusz, który miał cały czas laskę wycelowaną w niecodziennego gościa. Mag był troszkę zdziwiony widząc równie niecodzienny ubiór przybysza, lecz kiedy na ramieniu Draga zobaczył krwawe ślady po szponach Lunety, na jego twarz wróciła surowość.


Dragonthan








--------------------------------------------------------------------------------

Popołudnie, 5 Vallathal

- No cóż... zwiedzałem sobie... - Drag poczuł laske pod gardłem... - no dobra, wpadłem rozglądnąć się przez lunete...
- Po co? - zapytał drwiąco Bubeusz
Tymczasem Hellburn dojrzał swymi oczami symbol głowy smoka i dwa skrzyżowane ostrza na mieczu Draga... i rzekł:
- To łowca smoków...
- Jacy niewychowani... - rzekł Bubeusz przykladając mocniej laske do gardła...
- To co miałem zrobić? Wysłać ci kartke z zawiadomieniem?
- Wiesz co? zamknijmy go w piwnicy... - rzekł Fristron
Nagle coś wstrząsło wieżą... Błękitny smok przeleciał nad wierzchołkiem i strącił czubek wieży ogonem...
- A to co ma być? Trzęsienie ziemi? Który się tu bawi czarami? - wysunął Bubeusz
- Panowie... przedstawiam wam cel mojej wizyty... - rzekł £owca wybiegając z wieży i kierując się do skarpy - większy niż myślałem...
- Co on tu robi?! - krzyczał zdenerwowany Bubeusz
Smok oddalił się nad pustynie... na horyzoncie było widać już tylko mały punkcik, który po chwili zniknął. Drag korzystając z zamieszania powoli i po cichu zrobił pare kroków do tyłu...

Ostatnio zmieniony przez Dragonthan dnia 2005-06-06 14:24, w całości zmieniany 2 razy




Bubeusz








--------------------------------------------------------------------------------

...lecz od razu zatrzymał się, poczuwszy na plecach koniec laski.
-A ty dokąd się wybierasz? W tył zwrot!- usłyszał głos Bubeusza. Drag posłusznie wrócił na miejsce, zdając sobie sprawę z tego, że przed potężną magią płaszcz go jednak nie ochroni. Cała grupka stała przed wejściem do wieży, a koło nich leżał kawałek jednego z kamiennych kłów, który smok strącił ogonem.
-No to co z nim zrobimy?- zapytał Fristron Bubeusza.
-Zróbcie z nim cokolwiek, byle szybko...- wtrącił się Destero, który z założonymi rękami obserwował niebo.
-No musimy go jakoś przykleić, bo bez niego wieża straciła magiczną aurę...- zaczął dumać Bubeusz
-O czym ty mówisz!?- wykrzyknął Drag, ktoremu nie bardzo uśmiechało się bycie w jakikolwiek sposób przyklejonym.
-Jak to o czym? O tym kawałku południowego kondensatora!- Bubeusz wskazał laską na kamienny kolec, leżący nieopodal wejścia do wieży.
-Ekhm... Mam wrażenie, ze mamy wazniejsze sprawy na głowie...- rzekł Hellburn, który o mało nie wybuchnął śmiechem, widząc minę Dragonthana. Lecz Bubeusz go nie słuchał, tylko poprosił Fristrona o pomoc w przeniesieniu kamiennego kawałka na górę. Ustalili, że Bubeusz wejdzie do góry i przechwyci kieł, podany mu przez Fristrona, a następnie przyczepi go na swoim miejscu. Kiedy mag zniknął w drzwiach wieży, Hell zapytał Destero:
-To co z nim zrobimy?
-Nie wiem jeszcze. Prawdopodobne puścimy go wolno.- odparł psionik, obserwując Fristrona, który siedział na kamiennym odłamku i oglądał paznokcie. Nagle z góry rozległ się wrzask Bubeusza:
-Ty cholerny piekielniku jeden ty!!!- na górze ukazała się czerwona ze złości twarz czarodzieja. -Coś zrobił z moją Lunetką!!??
-Ups. Przypomniało mu się...- wymamrotał Drag i odkrzyknął:
-Ona pierwsza mnie zaatakowała!-
W lasce Bubeusza już błyskało, lecz mag prawdopodobnie przypomniał sobie, że musi oszczędzać energię na przeniesienie "kondensatora", bo skończyło się tylko na groźbach:
-Porachuję ci kości później! fristron, możesz zaczynać!-
Na te słowa mag z Avlee wstał, skupił się i po chwili wśród błekitnych błysków kamień uniósł się nad ziemię i powoli powędrował do góry.
-Skup się, skup się, uda się... Wolę nie myśleć, co by było, jakby taki klocek spadł komuś na nogę...- mamrotał Fristron, przykładając dłonie do skroni.
-Co ty robisz, skup się!- usłyszał z góry wołanie Bubeusza. Kamień bowiem zrobił ciekawy piruet w powietrzu. Kiedy wreszcie znalazł się na odpowiedniej wysokości, Bubeusz przejął "pałeczkę" i usadowił wielki kieł na swoim miejscu. Następnie rzucił scalenie i kamień znów stał się jednością z wieżą. Cała operacja jednak kosztowała go tyle sił, że upadł na kolana i zaraz potem zemdlał, podobnie jak Fristron, kiedy wykonał swoją część zadania.

Fristron z Avlee








--------------------------------------------------------------------------------

Wieczór, 5 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Nie dane im było zaznać spokoju.
- Obudź ich - rzekł Destero - a ja przytrzymam tego tutaj
Hellburn podszedł najpierw do Fristrona i z wyraźną przyjemnością potrząsnął nim wrzeszcząc:
- Pobudka, skurczybyku!
Fristron obudził się, usiadł i spytał:
- Kto zgasił światło?
Było to o tyle głupie, że w wieży było dość jasno...
Po obudzeniu Bubeusza czwórka towarzyszy udała się na naradę. Urywki zdań, które usłyszał Drag były dość niepokojące:
- ...daj spokój, nie jesteśmy kanibalami...
- ...śmierć, powiadam, śmierć przez zagłodzenie!
- ...a może by (...) szczurom...
W końcu Destero wstał i rzekł:
- Jako że brakuje nam wojowników w drużynie, warunkowo pójdziesz z nami - w tym momencie Bubeusz burknął coś niezrozumiale, ale Fristron uważał, że towarzystwo psionika będzie dostateczną karą. To samo zresztą myślał Hell o towarzystwie Fristrona - i pomożesz nam dostać się do kręgów.
- Jakich kręgów? - spytał Drag
- Tego dowiesz się później. Dość już czasu straciliśmy... Bubeuszu, mówisz, że masz tu jakieś urządzenie, które przywróci nas tam, gdzie byliśmy?
- Tak jest, pierwszy szczyt Kręgosłupa - odpowiedział Bubeusz. Na twarzy Fristrona rozlał się uśmiech. Ech, hobbyści...
Fristron majstrował coś przy teleporcie, co Bubeusz skwitował krótkim "Zostaw to!". Pierwszy z magów z obrażoną miną odszedł od teleportu. Po chwili przenieśli się w miejsce, z którego wyruszyli.

***

Ranek, 6 Vallathal, MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- A właściwie czemu nie moglibyśmy najpierw zabić smoka? - spytał po raz setny Drag
- Bo straciliśmy dość czasu na ciebie i twój włam do domu Bubeusza - odpowiedział po raz setny Fristron.
- A właściwie czemu nie mógłbyś się przymknąć? - zaproponował po raz setny Hell
Bubeusz westchnął. Fristron po raz setny mruknął do niego:
- Lubię jak Hell wkurza się na kogoś innego. To taka miła odmiana.
- Możecie przestać?! - wrzasnął Bubeusz, kiedy Drag chciał zapytać sie po raz sto pierwszy o powód, dla którego nie mogli najpierw zabić smoka.
Schodzili ostrożnie ze szczytu. Bubeusz, zapytany przez Hella o powód, dla którego nie mogli teleportować się od razu na Daishad wyjaśniał mu cicho, opowiadał o tunelach teleportacyjnych, przejściach i barierach, granicach mocy naszych bohaterów, a Fristron, który przysłuchiwał się temu wykładowi co jakiś czas dorzucał potwierdzenie, sprostowanie, bądź rozwinięcie tematu. Nic dziwnego, że Hella ogarnęła nagle dziwna senność...

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:28, w całości zmieniany 1 raz




Islington








--------------------------------------------------------------------------------

Wieczór, 5 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery
Zmierzchało już, szczupła postać wędrowała w cieniu niedaleko wieży.
Czyżby On? Tutaj? różne myśli przychodziły mu do głowy
Ostatecznie postać ruszyła w swoją stronę wyczekując nadchodzącego dnia.

Ranek, 6 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Nagle cała grupa usłyszała ryk smoka
- To on! - krzyknął Drag natychmiast gotów rzucić się na smoka, którego nie było widać.
- Uspokój się wreszcie - powiedział Hell
Schodzili dalej, ostrożnie i powoli. I wtedy pojawił się on, błekitny smok.
Zawirował dwa razy nad nimi, ale zupełnie nie zwracał na nich uwagi. Wykonywał jakiś dziwny taniec w powietrzu, którego nikt nie mógł pojąć.
Po chwili zobaczyli sylwetkę, która trzymała się ogona smoka, po czym strącona spadła w przepaść.
- Szkoda go - powiedział Drag - gdybym ja był na jego miejscu! - Nagle w oddali zobaczyli drugą sylwetkę, która wyraźnie się do nich zbliżała.
Okazało się, że był to elf, który po złapaniu kontaktu wzrokowego z Dragiem nagle uśmiechnął się.
- Witaj Dragonthanie - powiedział - Słyszałem o tobie już niejedno, to zaszczyt móc cię spotkać - elf skłonił się nisko
- Gdzież moje maniery! - zaśmiał się - Jam jest Islington
Bubeusz
USER_AVATAR
Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

6 Vallathal
-Witaj więc Islingtonie.- Odrzekł Bubeusz, zupełnie tak jakby podróżnik cały czas mówił do niego, nie do Draga. £owca znów zrobił głupią minę. Mag tymczasem kontynuował:
-Bardzo miło jest zobaczyć kogoś na tym pustkowiu, ugościł bym cię we wieży, ale temu oto panu się śpieszy do kręgu, b... Aha, tak, zapomniałem. Wybacz Destero. Swoją drogą ten tu, to Destero, a ten...-
-Hellburn.- przerwał mu ifryt, który poirytowany zachowaniem Bubeusza chciał skończyć tą przemowę.
-Bardzo mi przyjemnie...- chciał mówić Islington, lecz znowu ktoś przerwał.
-Ekhm... Nie zapomniałeś o kimś przypadkiem?- zapytał Bubeusza z ironią stojący za nimi Fristron.
-Aha, no tak, zapomniałem się przedstawić. Wybacz waść, Bubesz jestem.
-Grrr...-
-Fristron, w brzuchu ci burczy.-
-A nie zapomniałeś mnie przedstawić przypadkiem?!-
Bubeusz pokazał mu wszystkie zęby w pięknym uśmiechu i zaraz zwrócił się do patrzącego na nich dziwnie Islingtona:
-A ten tu z tyłu, to Fristron z Avlee.
-Co z tym smokiem?- przerwał im wszystkim Destero, który pewnie już dawno wpadłby w szał, jakby miał uczucia.

Fristron z Avlee
------------------------------------------------------------------

Przedpołudnie, 6 Vallathal, MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Olewamy? - odpowiedział pytaniem na pytanie Fristron - Przyszedłem uruchamiać kręgi a nie szamotać się ze smokiem.
- Zaraz, zaraz! - wykrzyknął Isli - Jakie kręgi?!
- Kręgi? E... no... - zmieszał się Fristron - no wiesz... takie... eee... okrągłe.
- Może byśmy się ruszyli, co? Idziemy do kręgu, basta! - powiedział psionik
- Osobiście uważam - rzekł cicho Hell, a oczy wszystkich zwróciły się ku niemu - że powinniśmy ubić smoka... poczekajcie... bo później i tak byśmy się musieli włóczyć po kraju, albo zostawiać gdzieś Draga i... Islingtona, tak?
- Tak, waść. Wiedz że...
- Tak więc drogi Destero - przerwał mu ifryt - pozwól nam w tym dniu zająć się smokiem a potem pójdziemy do tego kręgu...
Destero wyglądał, jakby w ogóle tego nie brał pod uwagę. Spojrzał po twarzach Draga, Islingtona, Hella, Bubeusza (który w czasie przemowy Hella stanął za nim i gorliwie potakiwał) a w końcu jedynego, który wolał iść z nim, Fristrona. Ten jednak także po chwili wzruszył ramionami i podszedł do pozostałych. Zapadła cisza. Sprzeczka z Destero nigdy nie była dobrym pomysłem, ale gdy pięć osób mu się przeciwstawia... to zmienia postać rzeczy.
- Pozwalam i idę z wami - rzekł psionik

***

Popołudnie, 6 Vallathal, MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- I po coś się zgadzał psioniku przeklęty! - wrzeszczał Fristron, z trudem trzymając się skrzydła, na którym Destero pewnie siedział.
- Przypominam, że to ty pierwszy się zgodziłeś - odparł spokojnie psionik
- Niech cię diabli - wrzasnął mag - i niech ten cały Dragonthan się pospieszy, bo zaraz spadnę! Daj mi rękę!
- Nie - powiedział spokojnie Destero
Fristron zaklął głośno i rozpoczął usuwanie magicznej sieci.
- Co ty robisz? - spytał Destero
- Usuwam sieć by się wylewitować... skoro nie chcesz mi podać ręki...
- Ty kretynie! - wrzasnął Islington, który doczłapał się tutaj - cożeś narobił?! Pozabijasz nas wszystkich! Dragonthana już mało żeś nie zabił!
Smoka spotkali znacznie wcześniej niż się spodziewali, co skutkowało rozpierzchnięciem się na wszystkie strony. Dopiero Destero wymyślił plan i podał go przez Hella.
- A co mnie to obchodzi?! To jakaś paranoja! Mieliśmy szukać powodów spaczenia "Korony Świata" a wy nas wciągacie w polowanie na smoki! - krzyczał mag
W tym momencie zamilkł, bo Destero podał mu rękę i wyciągnął maga.
- Dzięki - mruknął i zaczął przywracać sieć
W tym momencie coś trzasnęło, smok się uwolnił z połówki Bubeusza, Drag spadł, lecz Fristron go zdążył złapać i wylewitować sie... po chwili wszyscy spadali, lecz mag nie mógł nikogo uratować...
- Psionik sobie może i poradzi, a jak nie to żadna strata... Hell umie latać... Bubeusz i ten Isli się wylewitują... chyba...
Wylądował z nieprzytomnym Dragiem na ziemi.

Dragonthan
--------------------------------------------------------------------------------

Południe, 6 Vallathal

Smok wywęszył podstęp i zniknął wśród gór. Islington trzymał się kawałka skały wisząc nad nieprzytomnym Dragiem. Fristron mimo swych umiejętności magicznych nie zdołał wylądować wystarczająco miękko i trafił wprost na rosnące na ziemi kaktusy... Bubeusz cudem złapał się konaru drzewa rosnącego na niewielkiej skarpie. Hellburn wylądował nieco wyżej. Drag odzyskał wkońcu przytomność, ale łeb bolał go niemiłosiernie... zobaczył obok siebie skaczącego Fristrona z kolcami w tyłku... Islington powoli zsunął się po skale w dół.
- Nic ci nie jest? - zapytał Draga
- Poza tym, że walnąłem łebem o ziemie to nic...
- Ej! A ja? Ściągnijcie mnie stąd! - wrzeszczał Bubeusz
- Nie ma sprawy, już to robię - rzekł Hellburn będąc na drzewku na którym wisiał Bubeusz i zaczął nadpalać konar drzewa...
- Co ty robisz?! Nie w ten sposób! AAAA... - Bubeusz pofrunął w dół i oczywiście za pomocą magii zdołał wychamować... niestety trafił na będącego na dole Fristrona, który pod wpywem lekkiego uderzenia przerwócił się na tyłek, wbijając sobie głębiej kolce...
- AAAAAA... - wrzask Fristrona był niewyobrażalnie głośny...

Nagash
--------------------------------------------------------------------------------

2 Vallathal - popołudnie

-Pozwól że udamy się na naradę i omówimy sprawę, dobrze ?? – spytała demonka po czym pociągnęła za sobą Nagasha i Klaanga.
-O co chodzi ?? – spytał lisz.
-Jak to o co ?? Mieliśmy iść do Dark Keep po amulet dla królowej. Już zapomniałeś ??
-Nie, wcale nie zapomniałem tylko szukam najlepszego wyjścia z tej sytuacji!! – krzyknął Nagash – Rozumiem że chcesz jak najszybciej się tam dostać i odebrać nagrodę ale dojście nie jest takie łatwe, potrzeba logiki i określenia drogi. Rozumiesz ??!! – warknął.
-Nagash, spokojnie, ja również mam pewne zastrzeżenia ponieważ możemy zostać wplątani w konflikt na który nie mamy czasu. Królowa może wkrótce umrzeć. Nie wiem jaki masz tutaj interes ale postaraj się wszystko tak ułożyć abyśmy dotarli tam jak najszybciej – wtrącił Klaang.
-A więc kiedy chcecie stąd wyruszyć ??
-Ja chcę jeszcze dzisiaj, nie mam zamiaru siedzieć w jakiś podziemiach białych nekromantów. – burknęła Ashanti i odeszła na kilka kroków tak że jej towarzysze jej nie widzieli, natomiast ona ich słyszała.
-Wiem że zależy wam, jak i mi, na ocaleniu królowej ale nie ryzykujmy życiem. Właśnie pracuję nad planem dzięki któremu się stąd wydostaniemy bez uznania nas za szpiegów albo tchórzy.
-A więc możesz przedstawić mi twój plan?? – spytał barbarzyńca, głaszcząc psa po głowie.
-Jeszcze nie, musze opracować parę szczegółów ale jak tylko skończę to ci ten plan przedstawię, zgoda ?? A teraz pozwól że odejdę ale muszę załatwić parę spraw na powierzchni – powiedział a potem oddalił się do jakiegoś nekromanty, który wskazał mu najwyższy punkt obserwacyjny jaki tutaj był. Korzystając z okazji rozpalili ognisko i położyli się do spoczynku aby mieć siły na następny dzień. Ich sen został przerwany sygnałem z trąbki, krzyki, zgrzytanie mieczy i zbroji.
-Wstawać wszyscy, atakują nas !! – krzyknął dowódca białych nekromantów. Po chwili wszyscy mieszkańcy podziemnych lochów byli na nogach, włącznie z demonką i barbarzyńcą. Wszyscy wybiegli na zewnątrz a przed bramą czekała już grupa szkieletów. Została natychmiast rozwalona ponieważ rzucali na nich czar wszyscy obecni, lecz wtedy zaczęła się walka. Z dwóch stron nadlatywały wampiry, pod nimi na dole nadjeżdżali czarni rycerze w towarzystwie zombii. Z tyłu czaiły się lisze – dowódcy. Sygnałem do ataku miał być strzał lisza z wieży lecz na szczęście został on zabity przez Nagasha, to dało szanse białym nekromantom którzy zaatakowali pierwsi. Dwa pierwsze rzędy zostały zmiecione lecz wtedy ruszyli czarni rycerze. Zrobili oni olbrzymie spustoszenie lecz nie zdołali zrobić wyrwy w linii obrony. Klaang bardzo wyróżnił się w walce z nimi mimo swoich pacyfistycznych poglądów. Ashanti strzelała ogniem w liszy – dowódców z tyłu lecz mieli oni zbyt dobre pole ochronne by mógł by ich dosięgnąć ogień nieprzyjaciela. Wtedy ruszyły do przodu zombi, mumie, szkielety i wszystkie inne nieumarłe stworzenia, biali nekromnaci pod dowództwem człowieka nekromanty o imieniu Santor złączyli swój czar i stworzyli ogromną fale odsyłania umarłych. Widząc co się dzieje przeciwnik od razu się wycofał. Radość obrońców była ogromna lecz zmęczenie dawało się we znaki, zostawiono więc odział który miał w razie niebezpieczeństwa obudzić resztę. Wszyscy chrapali przez resztę nocy i rano wznowili swoją pracę.

Islington
--------------------------------------------------------------------------------

Popołudnie, 6 Vallathal
Islington otrzepał się z kurzu i pomógł wygrzebać się Fristronowi i Bubeuszowi.
- Czy mamy jakiś plan B? - spytał Isl
- Znajdźmy jakąś karczmę z dobrym piwem - powiedział Bubeusz, Isl zaśmiał się. Po chwili jednak nikomu nie było do śmiechu, bo zobaczyli nadlatującego smoka. Drag naciągnął łuk, Bubeusz z Islingtonem przestali się śmiać, Fristron zwarty i gotowy stał bez ruchu.
- Może jak nie będziemy się ruszać to nas nie zauważy? - zaśmiał się Islington
Fristron
USER_AVATAR
Bubeusz








--------------------------------------------------------------------------------

6 Vallathal
-Witaj więc Islingtonie.- Odrzekł Bubeusz, zupełnie tak jakby podróżnik cały czas mówił do niego, nie do Draga. £owca znów zrobił głupią minę. Mag tymczasem kontynuował:
-Bardzo miło jest zobaczyć kogoś na tym pustkowiu, ugościł bym cię we wieży, ale temu oto panu się śpieszy do kręgu, b... Aha, tak, zapomniałem. Wybacz Destero. Swoją drogą ten tu, to Destero, a ten...-
-Hellburn.- przerwał mu ifryt, który poirytowany zachowaniem Bubeusza chciał skończyć tą przemowę.
-Bardzo mi przyjemnie...- chciał mówić Islington, lecz znowu ktoś przerwał.
-Ekhm... Nie zapomniałeś o kimś przypadkiem?- zapytał Bubeusza z ironią stojący za nimi Fristron.
-Aha, no tak, zapomniałem się przedstawić. Wybacz waść, Bubesz jestem.
-Grrr...-
-Fristron, w brzuchu ci burczy.-
-A nie zapomniałeś mnie przedstawić przypadkiem?!-
Bubeusz pokazał mu wszystkie zęby w pięknym uśmiechu i zaraz zwrócił się do patrzącego na nich dziwnie Islingtona:
-A ten tu z tyłu, to Fristron z Avlee.
-Co z tym smokiem?- przerwał im wszystkim Destero, który pewnie już dawno wpadłby w szał, jakby miał uczucia.




Fristron z Avlee








--------------------------------------------------------------------------------

Przedpołudnie, 6 Vallathal, MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Olewamy? - odpowiedział pytaniem na pytanie Fristron - Przyszedłem uruchamiać kręgi a nie szamotać się ze smokiem.
- Zaraz, zaraz! - wykrzyknął Isli - Jakie kręgi?!
- Kręgi? E... no... - zmieszał się Fristron - no wiesz... takie... eee... okrągłe.
- Może byśmy się ruszyli, co? Idziemy do kręgu, basta! - powiedział psionik
- Osobiście uważam - rzekł cicho Hell, a oczy wszystkich zwróciły się ku niemu - że powinniśmy ubić smoka... poczekajcie... bo później i tak byśmy się musieli włóczyć po kraju, albo zostawiać gdzieś Draga i... Islingtona, tak?
- Tak, waść. Wiedz że...
- Tak więc drogi Destero - przerwał mu ifryt - pozwól nam w tym dniu zająć się smokiem a potem pójdziemy do tego kręgu...
Destero wyglądał, jakby w ogóle tego nie brał pod uwagę. Spojrzał po twarzach Draga, Islingtona, Hella, Bubeusza (który w czasie przemowy Hella stanął za nim i gorliwie potakiwał) a w końcu jedynego, który wolał iść z nim, Fristrona. Ten jednak także po chwili wzruszył ramionami i podszedł do pozostałych. Zapadła cisza. Sprzeczka z Destero nigdy nie była dobrym pomysłem, ale gdy pięć osób mu się przeciwstawia... to zmienia postać rzeczy.
- Pozwalam i idę z wami - rzekł psionik

***

Fristron z Avlee








--------------------------------------------------------------------------------

Popołudnie, 6 Vallathal, MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- To mamy go upolować czy podziwiać widoki?! - krzyknął Fristron, obficie opluwając Hella, który cały zasyczał. Na jego twarzy widoczna była żądza mordu. Mag uznał za konieczne oddalić się...
- Cali poobijani jesteśmy kretonie, więc jak mamy go upolować? - odparł Isli
- Nie musisz mi o tym przypominać - powiedział Fristron masując pośladki, na których czuł jeszcze kolce kaktusa.
- Walczymy z nim, albo idziemy - rzekł cicho Destero, który był na razie niezauważony w cieniu.
- W takim razie wal...
W tym momencie smok zaryczał i zionął ogniem. Fristron, nie widząc pozostałych towarzyszy uciekł wraz z Hellem. To nie była przyjemna perspektywa ze względu na oplucie, ale cóż...
- I po co żeś tak wymachiwał tymi łapskami - warknął ifryt. Mag nie uznał za stosowne odpowiedzieć.
- Sieć! - krzyknął po chwili, bowiem Bubeusz wystrzelił ją, aby smoka uwięzić połowicznie. Fristron szybko zrobił to samo.
- LEÆ! - zawył do Hella - Do Dragonthana i Islingtona! Podrzuć ich na smoka, teraz może sobie poradzą!

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:30, w całości zmieniany 2 razy




Hellburn








--------------------------------------------------------------------------------

Popołudnie, 6 Vallathal, MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Friston nie musiał powtarzać. Ifryt zwinnie skoczył w płomienie i począł szukać nowo poznanych towarzyszy. Dym był tak gęsty że mało kto by coś przezeń widział.
- Islington !!! Drag !!! - krzyknął... Nikt mu nie odpowiedział. Wyleciał ponad dym. Z góry było wszystko lepiej widzieć. Gorączkowo rozglądał się na lewo i na prawo. Nagle coś błysnęło... jasny punkt...
- Bubeusz !!! - krzyknął i już miał poszybować w jego kierunku kiedy coś zadało mu straszliwy cios w tył głowy. Ostatnie co zdołał usłyszeć to dźwięk tłuczonego szkła i przeraźliwy ryk smoka. Stracił przytomność i spadł na skały. Jego hełm został doszczętnie zniszczony... a Hell... leżał nieprzytomny w kałuży niebieskiej krwi...

Smok szamotał się niewiarygodnie. Friston czekał tylko na Hella, który powinien pomagać Dragonthanowi i Islingtonowi dostać się na grzbiet smoka. Był wyczerpany, jego energia mentalna gwałtownie topniała.
- Hell pospiesz się.... - syknął mag z AvLee. Swoje siły próbował skupić na
sieci. Ale smok nie dawał za wygranął. Sieć Bubeusza już została rozszarpana. *Bubeusz padł* pomyślał Friston. Już nie miał sił... tracił przytomność... Nagle trzecia sieć wystrzeliła w kierunku smoka.
- Islington !!! - zawołał ucieszony Friston.

Dym powoli opadał. Friston rozglądnał się dookoła. Hellburn leżał niedaleko od niego nieprzytomnny, Dragonthan rozpaczliwie czekał przy także nieprzytomnym Bubeuszu, Islington był u kresu sił... *Zaraz a gdzie Destero?*. W tym momencie obie sieci pękły. Smok był wolny.

Ostatnio zmieniony przez Hellburn dnia 2005-05-27 14:49, w całości zmieniany 2 razy




Dragonthan








--------------------------------------------------------------------------------

Południe, 6 Vallathal

- O nie... tak łatwo mi nie uciekniesz... - Drag wyciągnął łuk i wystrzelił. Chybił... ale strzała musła smoka w ogon... obrócił łeb i zawrócił... Puścił ognistą kulę w kierunku łowcy. Drag zasłonił się płaszczem. Kula uderzyła w niego i rozbłysła. Smok wylądował na skarpie wyżej i przyglądał się. Drag zrzucił z siebie płaszcz i zaczął go gasić. Skakał po nim jak szalony. W końcu ugasił go i rozejrzał się za smokiem... nie było po nim śladu... Podszedł do Bubeusza i do Hella, obydwaj nieprzytomni...
- Gdzie smok? - zapytał Fristron
- Bawi się z nami... wróci za pare godzin...
Islington siedział pod skarpą zdyszany i rzekł:
- Wiedziałem, że tam gdzie ty są kłopoty - zaśmiał się
Drag podniósł głowe i zapytał - Gdzie Destero?? - wszyscy rozglądali się dookoła...

Ostatnio zmieniony przez Dragonthan dnia 2005-06-06 14:36, w całości zmieniany 2 razy




Fristron z Avlee








--------------------------------------------------------------------------------

Wieczor, 6 Vallathal, MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Wzrok Fristrona padł na cienką smugę czerwonego światła. Zobaczył kątem oka Destero i leżącą obok opaskę... Co on tam robi?
- Jest niedaleko - rzekł - tymczasem zajmijmy się nim... - tu wskazał na Hella. Z Bubeuszem poszli nazbierać ziół. Isli starał się zachować ifryta przy życiu, a Drag poszedł poszukać czegoś na podpałkę. Byle tylko był ogień...
Po półgodzinie Fristron przykładał liść defulus do najcięższej rany. £agodził on ból, nic poza tym. Lekarstwo przygotowywał Bubeusz. Ususzył liść teremal i zamierzał właśnie wepchnąć go ifrytowi do ust. Wreszcie podszedł do nich Destero.
- Mam dosyć tego smoka. Zostawiamy go i idziemy do kręgu.
Bubeusz i Fristron popatrzyli po sobie i kiwnęli głową. Drag i Isli wyglądali na zdenerwowanych tym pomysłem.
- Ani myślę leźć do jakiegoś kręgu! - powiedział stanowczo łowca smoków
- To lepiej pomyśl, jeśli dalej chcesz żyć - oświadczył obojętnie psionik
- Grozisz mi? Ty? - tu zasmiał się cicho. Fristron zamrugał i podszedł wolnym krokiem do łowcy.
- Czy mi się wydaje, czy złapaliśmy cię na włamaniu do wieży Bubeusza? A wiesz zapewne jak magowie zwykle karzą włamywaczy?
Drag mimowolnie wzdrygnął się. Magowie zazwyczaj torturowali tych, którzy się do ich posiadłości zakradali, a później wydłubywali z nich najrózniejsze ingrediencje. Zerknął na Islingtona. Ten zapewne stanąłby po jego stronie, lecz z dwoma magami przegrałby, a Destero też zna zapewne wiele diabelskich sztuczek. No i najprawdobodobniej Hellburn też stanąłby za swoimi wcześniejszymi towarzyszami.
- To idziemy, tak? - zagadnął wesoło Bubeusz. Drag spojrzał na niego ponuro i kiwnął głową.
- Będziemy iść bez wytchnienia dwie doby - oświadczył spokojnie psionik - więc prześpijcie się z godzinę.
I odszedł, nie patrząc nawet na nich. Fristron z kwaśną miną burknął coś o niewdzięcznikach i poszedł spać.

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:30, w całości zmieniany 1 raz




Islington








--------------------------------------------------------------------------------

- Pamiętaj Dragonthanie - powiedział mu Isli - że oni podróżują z jakimś celem, zadaniem. My natomiast celu musimy szukać, albo podczepić się pod nich. - Drag przytaknął mu
- Nie jest tak źle - podsumował £owca Smoków
- Nie, dlaczego? - spytał Isl
- Nawet jeśli ruszymy w dalszą drogę to Smok i tak nas wytropi...
- Jeśli będzie chciał Dragonthanie
- Wiem
Bubeusz
USER_AVATAR
Denadareth








--------------------------------------------------------------------------------

Smok mógł ich wytropić.
I wytropił wylądował niedaleko podczas kłotni drużyny.
Jak na komendę wszyscy się odwrócili w stronę gada. Dragonthan nałożył kolejną strzałę i skoczył za jakiś głaz, Friston i Bubeusz otoczyli się zaklęciami ochronnymi reszta poszukała jakiejś osłony. Jedynie Islington na chwilę zamknął oczy... a gdy je otworzył na jego twarzy gościł dziwny uśmiech.

Smok zrobił krok do przodu... i odwrócił się nagle. Niedaleko stał inny smok, o czerwonozłotych łuskach... zamiast skrzydeł miał tylko kikuty.
Chociaż był mniejszy od przeciwnika zaryczał wyzywająco i rozpoczął dziwny taniec...
Wrogi smok odpowiedziałtym samym...
Przez chwilę oba gady mierzyły się wzrokiem...

Błękitny zaatakował pierwszy... jednym susem znalazł się przy Czerwonym... ten pochylił się i ciął kikutem jednego ze skrzydeł... błękitny zablokował łapą... uderzył ogonem nad którym czerwony przeskoczył... błękitny próbował ugryźć ale Czerwony uderzył oślepieniem... zadał cios ogonem z kolcem ale Błękitny skręcił tłów i kolec zjechał po łuskach... potężnymi łapami chwycił Czerwonego i przyciągnął go bliżej pyska... Czerwony bardziej przypominał węża niż smoka więc dzięki długiej szyi cofnął głowę... nagle ją zbliżył i gdy Błękitny miał ugryźć zionął ogniem... Błękitny zaryczał cisnął czerwonym o ziemię i odtoczył się... Czerwony był przy nim... ugryzł go w szyję ale Błękitny sparował cios skrzydłem i zęby Czerwonego zacisnęły się na nodze... teraz zionął Błękitny ale Czerwonego ocaliła jakaś tarcza... nie ocaliła go przed ciosem ogonem który go odrzuciał...

Smoki obeszły się po łuku... łuski Czerwonego były przecięte w miejscach w których dosięgły go szpony Błekitnego... jego przeciwnik miał ranę po zębach Czerwonego... zionęły jednocześnie... i z całą mocą...

Płomienie zderzyły się w połowie drugie i nastąpiła eksplozja... gdy kurz opadł drużyna podeszłą na pobojowisko. Było prawie puste... nie było żadnego smoka.

- Znów uciekł - zaklął Isli
- Teraz jest osłabiony - stwierdził Dragonthan - Mamy szansę go dopaść
- Co to ? - Friston wskazał na jakąś ludzką postać leżącą na ziemi -
- To jest mój przyjaciel Denadareth - powiedział Islington - to jego wezwałem... wy widzieliście go jako czerwonego smoka... -




Islington








--------------------------------------------------------------------------------

- W dodatku umie polimorfować - dodał Isl
- A robi też inne sztuczki? - zażartował Bubeusz
- Haha, ty było dobre, co nie Den? - zaśmiał się Isl
-Tak tak, całkiem niezłe - podsumował smok w ludzkiej postaci
- Ruszajmy! - rzekł Hell
- Właśnie ruszajmy! - krzyknął Drag - Smok jest osłabiony a z takim wsparciem na pewno go dopadniemy!

Ostatnio zmieniony przez Islington dnia 2005-05-27 16:53, w całości zmieniany 1 raz




Dragonthan








--------------------------------------------------------------------------------

Wieczór, 8 Vallathal

Po kilku godzinach błąkania się op pustkowanich Kręgosłupu Starożytnych, Fristron nie wytrzymał:
- Ile jeszcze będziemy się tak błąkać??
- Ile będzie trzeba... - odpowiedział Drag
- To nie ma sensu... to jest błękitny smok... nie działają na niego czary... nic tu po magach... - majaczył dalej Fristron
- Racja - odparł Bubeusz - nic tu po nas...
- Dobra, skoro wam nie zależy to nie zmuszam was...
Hellburn wpatrywał się w łowce, Destero szedł z tyłu. Islington rzekł:
- Lepiej będzie jak oni sobie pójdą do tych swoich kręgów i po to, po co mieli iść, Frisron ma racje, nic tu po magach...
- Dobra, skoro tak chcecie, to niech tak będzie... my idziemy dalej tropić gada, a wy idźcie gdzie chcecie...
Fristron i Bubeusz poszli do Destera i zaczęli oddalać się... Hellburn mamrotał coś pod nosem o nieznośnych magach i poszedłza nimi. Den, Isli i Drag zostali sami.
- A jak smok ich wytropi? - zwątpił Den
- Nie wytropi... nie czuje magii... - odparł Drag i ręką dał znać do wymarszu.
- Robi się coraz zimniej... - Islington w końcu to wydusił z siebie
- Więc tutaj, pod tymi skałami rozbijemy obóz...

Ostatnio zmieniony przez Dragonthan dnia 2005-06-06 14:39, w całości zmieniany 2 razy




Islington








--------------------------------------------------------------------------------

-Coś mi mówi, że jeszcze spotkamy tą gromadkę - rzekł Isl piecząc królika na ognisku
- Najpierw dorwijmy smoka - powiedział Drag
- Racja, narazie królik był niezły na rozgrzewkę - zaśmiał się Isl
- Ale to nie gad Isl - rzekł Den
- I to i to się rusza - podsumował Isl - królik jest nawet łatwiejszym celem
- Ale nie zieje ogniem - zaśmiał się Drag - Na co patrzysz? - spytał po chwili Islingtona
- Te drzewa... hmm mam pomysł. Trochę interesowałem się inżynierią. Myślę, że będe potrafił zbudować maszynę, która może nam pomoć - odpowiedział Isl. Natychmiast wykreślił im plany machiny, która miała wystrzeliwać słupy pyłu w górę, na smoka. Islington mówił z przejęciem i zaangażowaniem, widać było, że to jedna z jego pasji.
- Czego to ci ludzie nie wymyślą - podsumował Den

Ostatnio zmieniony przez Islington dnia 2005-05-27 16:54, w całości zmieniany 1 raz




Fristron z Avlee








--------------------------------------------------------------------------------

Ranek, 7 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Destero, Fristron, Bubeusz i Hellburn szli powoli po zboczu trzeciego ze szczytów Kręgosłupa. Nagle z zarośli wyskoczył wilk. Rzucił się na Fristrona. Ten zaczął krzyczeć, lamentować, wrzeszczeć, tupać, machać rękami, użalać się, manifestować swoją propozycję o usunięciu wilków z całego Ervandoru i wiele, wiele innych. Bubeusz chciał się rzucić na pomoc koledze, ale Hellburn powstrzymał go. Wilk zmykał, cały pogryziony, pokopany, pobity i podziurawiony. Ifryta wyraźnie bawił napad szału maga, który teraz skakał głośno kwicząc, co przeraziło jeszcze bardziej wilka.
- Spokojnie - rzekł Destero - idziemy.
Fristron głośno sapiąc wspinał się zaraz za psionikiem. Słyszał podobne sapanie Bubeusza i zazdrościł otwarcie Hellburn'owi, który powoli leciał przed Destero.
- Hej - szepnął ifryt na tyle głośno, by dotarło to do wszystkich członków drużyny.
- Co? - spytał Destero
- Sam zobacz! - podtrzymał psionika, aby ten mógł się bezpiecznie wychylić. Jego oczom ukazał się las. Jednak to nie był zwyczajny las - drzewa się ruszały.
- No i co? - spytał zniecierpliwiony Fristron
- Las entów - odpowiedział spokojnie Destero
Mag z Avlee zbladł, zatrzymał się i zaczął gwałtownie drżeć.
- Co ci jest? - zdziwił się Hell
Fristron zamknął oczy. Odgłos ścinania drzew... walki... przedśmiertnego wycia palonych entów... sam trzymał żagiew.
Zemdlał.

***

Popołudnie, 7 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Jeszcze trochę i go zostawię! Ciągle tylko mdleje i mdleje - mówił monotonnym głosem Destero
Fristron, powoli wracając do siebie, zorientował się, że leży pod drewnianym daszkiem zawieszonym w powietrzu - to Bubeusz musiał go wyczarować.
- Obudził się - rzekł Hell
- To idziemy. Chodź! - powiedział do Fristrona. To nie była prośba, lecz rozkaz.
- Możemy momencik zaczekać? - powiedział Fristron. Wciąż był bardzo blady.
Destero zmierzył go przeciągłym spojrzeniem i oświadczył:
- Pięć minut.
- Świetnie - mruknął Fristron - chodź, Bubeuszu, muszę ci coś powiedzieć.
Biały Mag utkwił w nim pytające spojrzenie, ale młodszy czarodziej potrząsnął przecząco głową i wskazał na występ skalny.
- No? - rzucił niecierpliwie Bubeusz. Fristron nie miał jednak najmniejszego pojęcia, od czego zacząć.
- Widzisz... pamiętasz jak omdlałem na kilka dni?
- Nietrudno zapamiętać, to było dość niedawno.
- Więc miałem wtedy sen. Ale to nie był zwykł sen... to było coś... w rodzaju wizji.
- Powiedz o co chodzi, bo Destero zaraz każe nam iść!
Fristron szybko opowiedział mu wszystko, co zapamiętał, ze snu o mężczyźnie wbiegającym po wyjątkowo czystych schodach, szepcie, który go dobiegał i białym strumieniu many. Bubeusz wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał. Uniósł wysoko brwi i powiedział cicho:
- Fristronie, powinieneś o tym powiadomić Destero.
- Nie będę mu o niczym mówił! - zaprotestował kolega
- CHOD¬CIE! - wrzasnął Hell - Destero was zamorduje! Siedzicie tu już dziesięć minut!

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:31, w całości zmieniany 1 raz
Fristron
USER_AVATAR
Islington








--------------------------------------------------------------------------------

Wieczór 7 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Islington z Dragonthanem pracowali nad budową machiny.
Denadareth powtarzał ciągle, że to się przecież nie uda, ale nie zmniejszało to entuzjazmu jego towarzyszy, którzy pracowali przez całą noc.

Ranek 8 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Islington z Dragonthanem ustawili maszynę na poziomej ziemi, Islington majstrował coś przy niej a Drag szykował swoją broń.
Den ciąglę kręcił głową:
- Wy to macie problemy, musicie budować różne machiny i czyścić broń.
Smoki potrzebują swych pysków i skrzydeł - powiedział Den
- No to chyba czegoś ci brakuje - odpał Isl. Den spojrzał na niego groźnie, nienawidził kiedy ktoś wspominał o jego skrzydłach.
- Leci! - krzyknął Drag dobywając miecza
- Dobra, no chodź tu draniu - krzyknął Islington. Drag zmienił broń na łuk i zaczął strzelać w smoka, który natychmiast zaczął pikować na łucznika.
Kiedy dolatywał do Draga, Islington odciął linkę, która zwolniła ukłąd hamulcowy i sprawiła, że ogromny wór z pyłem wyleciał w górę.
Potem Islington pociągnął jeszcze jeden sznurek i z worka wyleciał pył oślepiając całkowicie smoka, który uderzył w ziemię.
- Teraz cię mam! - krzyknął Dragonthan




Dragonthan








--------------------------------------------------------------------------------

Ranek 8 Vallathal

Smok przetoczył się po ziemi robiąc kilka fikołkówi stracił przytomność. Siła uderzenia tak wielkiej bestii spowodowała chwilowe drgania ziemi. Drag nie mógł utrzymać równowagi i przerócił się. Smok przetoczył się jeszcze na grzbiet i skrzydłem przygniótł łowce.
- Co za ochydna kupa mięsa! - wrzeszczał Drag próbując dosięgnąć miecza, który wypadł mu z ręki
Islingtonem też zarzuciło od uderzenia smoka o ziemie. Przewrócił się i zaplątał w lianach własnej machiny. Denadareth`owi nic się nie stało poza faktem, iż pył zadziałał również na jego oczy. Przecierał twarz probując zetrzeć z niej pyłek.
- Też mi wynalazek! - wrzeszczał Den - Tylko wy mogliście wymyslić bardziej beznadziejny pomysł
Drag odwrócił się w stronę Isliego:
- Chyba zaraz się ocudzi... lepiej jakoś się stamtąd uwolnij i wyciągnij mnie stąd!
- Spokojnie, wszystko pod kontrolą - odparł Isli jeszcze bardziej plątając się w lianach
Teraz obydwaj spojrzeli na Dena, który dochodził do siebie powoli.

Ostatnio zmieniony przez Dragonthan dnia 2005-06-06 14:42, w całości zmieniany 2 razy




Islington








--------------------------------------------------------------------------------

Islington słynął z tego, że miał niesamowite szczęście. I teraz też miał, ale trzeba było mu pomóc. Islington krzyknął do Dena:
- Hej, on jest koło ciebie! - Den przecierając oczy machał swoimi łapami na prawo i lewo. Po chwili uderzył łapą w machinę, która rozleciała się na mniejsze lub większe kawałki. Islington uwolnił się z sideł własnego dzieła i natychmiast rzucił zaklęcie na smoka, który jednak był na nie odporny. W tej sytuacji Islington wyciągnął miecz i wbił go w tylną łapę niewidomego smoka. Ten, ranną łapą uderzył na ślepo Isliego, który odleciał na parę metrów. Smok przetoczył się na brzuch dzięki czemu Dragonthan uzyskał trochę więcej swobody.
- Ojej - mruknął pod nosem Islington - chyba go ocuciłem.




Denadareth








--------------------------------------------------------------------------------

Błękitny otrząsnął się i wstał. Dragonthan wykorzystał ten czas by chwycić miecz ale nie zdążył go użyć przygnieciony łapą smoka. Bestia zasyczał tryumfująca i uniosła pysk do ugryzienia... Islington rzucił mieczem trafiając bestię w bok głowy. Nie zrobiło to wiele ale zamiast ugryzienia które by odkgryzło Drogowi głową smok uderzył pyskiem o ziemię. Zaryczał mrugając oczami, które pył znowu oślepił...

... tą chwilę Denadareth wybrał na atak. Powrócił do pełni swego rozmiaru i skoczył na przeciwnika. Mimo iż był mniejszej budowy ciała impet wystarczył by powalić błękitnego... ten jednak zdołał zewrzeć się z Denem i obaj zwalili się w chmurze pyłu. Denadareth miał przewagę zaskoczenia i dobrze ją wykorzystał... orał cielsko wroga pazurami, kikutami skrzydeł blokując głowę wroga. Szybko jednak błękitny napiął swe mięśnie i zrzucił Dena. Uderzeniem skrzydła odrzucił go i wzbił się w powietrze... a raczej spróbował bo Dragonthan dając przykład bezbłędnego łucznictwa trafił w jedno ze skrzydeł. Błękitny znów znalazł się na ziemi naprzeciw Dena, który uderzył pociskiem płomieni. Ku zdziwieniu błękitnego zaklęcie zadziałało ogłuszając go. Nim doszedł do siebie Den smagnął go swoim ogonem lecz nim mógł ugryźć błęktiny zionął na ślepo. Denadareth ledwie uskoczył ale płomienie objęły jego tylne łapy i smok zwalił się na ziemię. Jego przeciwnik jednym susem znalazł się przy powalonym czerwonym i...

... zaryczał gdyż z boku doskoczył Drag i wbił swój miecz pod skrzydło aż po rękojeść... niestety ostrze nie dosięgnęło serca mimo to wróg zaryczał z bólu i zaczął się szarpać. Ciosem ogona powalił wstającego Dena, kopnięciem odrzucił Dragonthana do tyłu... ostrze £owcy Smoków wciąż tkwiło w gadzie.

Islington ocenił sytuację... wyciągnął Atut Dena i skoncentrował się. Szybko przekazał mu swój Plan. Błękitny chociaż ciężko ranny podniósł się po raz kolejny i podszedł do Draga. Ten cofając się wypuszczał strzałę za strzałą. Nagle błętkitny się zatrzymał... i skoczył w bok co uchroniło go przed zaklęciem Burzy Błyskawic Dena. Wróg skoczył w stronę Denadaretha wyciągając szpony w typowy dla szarży sposób... Den jednak nie nawiązał walki tylko odskoczył. Błękitny zionął ale Den osłonił się tarczą płomieni. Wtedy wróg znów skoczył i znów Denadareth odskoczył tak że znalazł się pod skalną ścianą. Nie miał możliwości ucieczki. Błękitny to wiedział, zasyczał zwycięsko i powoli podszedł do Dena. Zamarkował cioś łapą i nagle ugryzł ale Den sparował cios kikutem skrzydłą. Błękitny się cofnął i znów skoczył...

... W tym momencie Denadareth i Islington równocześnie wypowiedzieli zaklęcie Lewitacji. Den wzniósł się w powietrze i podleciałna miejsce z którego skoczył błękitny. Ten rozpędzony nie zdołał wyhamować i uderzył w skalną ścianę. Gdy był ogłuszony Islington uderzył swym najpoteżniejszym zaklęciem ofensywnym. Jednak nie w gada który odbiłby zaklęcie ale w skalę ponad nim. Z ogłuszającym łoskotem kamienie zwaliły się i przygniotły bestię.
_________________
"Jeśli komuś zaufasz to on Cię zdradzi, jeśli nikomu nie zaufasz zdradzisz się sam"- Roger Zelazny "Amber"
"Jeśli coś może pójść źle to pójdzie i to w najgorszym momencie"- Prawo Murphy'ego"
"Świat jest piękny- żartowałem"




Dragonthan








--------------------------------------------------------------------------------

Ranek 8 Vallathal

- No, mam nadzieje, że będziemy mieli chwile odpoczynku - rzekł Drag wchodząc na stos gruz, szukając swego miecza
Den usiadł na ziemi zmęczony walką:
- I co dalej? - spytał łowce
- Będzie nieprzytomny przez pare godzin, jest potłuczony i wyczerpany, ale cały czas zbiera siły
- W końcu dopadliśmy gada - uratował się Isli - mam nadzieję że to już koniec...
- To się okaże, jeśli znajdziemy sposób, żeby go jakoś dobić... moj miecz nie dosięgnął serca... a strzały nie przebiją jego łusek na taką głębokość... - odparł łowca
- Czyli się obudzi i dalej będzie to samo? - zapytał Den
£owca milczał, wzruszył ramionami i usiadł na kupie gruzu.
- Jak narazie musimy jakoś go przywiązać do tego miejsca... możemy znaleść pare mocnych lian i związać mu łapy oraz pysk, no i oczywiście ogon...
- Odbiło ci? - zaprotestował Den - tutaj trzeba co najmniej 5 tuzinów ludzi! A nas jest trzech...
- I jeszcze ten gruz... - dodał Isli
- No to co chcecie niby zrobić? Czekać aż się obudzi? - zdenerwował się Drag
Bubeusz
USER_AVATAR
Nagash








--------------------------------------------------------------------------------

3 Vallathal - rano-południe

Wszyscy od samego rana pracowali, Klaang pomagał białym nekromatom budować machiny wojenne, Nagash uczył dowódców (którzy nie znali sie praktycznie na niej w ogóle) jak najlepiej i najwydajniej dowodzić odziałami a demonka Ashanti pomagała wytapiać miecze - znała się przecież na magii ognia. Wszyscy wiedzieli że atak nadejdzie jeszcze tej nocy lecz mimo to czas mijał na rozmowach i bardzo ciężkiej pracy. Gdy nadeszła przerwa obiadowa wszyscy zaczęli dyskusje ponieważ człowiek który wczoraj poprowadził ich do zwycięstwa nie usiadł z nimi do stołu, w ogóle nie przyszedł na obiad tylko cały dzień siedział razem z kilkoma innymi dowódcami i słuchał kazań lisza.

Ostatnio zmieniony przez Nagash dnia 2005-05-29 18:42, w całości zmieniany 1 raz




Ashanti








--------------------------------------------------------------------------------

3 Vallathal - po południe

Wszystkie umocnienia były już zbudowane. Wielkie drewniano-kamienne wieże które miały służyć za punkt obserwacyjny zostały przerobione na wieżyczki obronne. Wszędzie trwały ostatnie przygotowania.
- Skąd wiesz że oni zaatakują ?? - spytała demonka Nagasha
- Wiem i już, dam sobie rękę odciąć że oni tu przybędą, ale mam jakieś dziwne przeczucia.. - powiedział Nagash gdy nagle podbiegł do niego jakiś człowiek nekromanta i powiedział:
- Liszu, z krzaków wybiegło kilku orków, złapaliśmy ich bo podejrzewamy że to szpiedzy - powiedział.
- To nie szpiedzy, orki na pewno nie dałyby się namówić na współpracę z rycerzami śmierci, najlepiej ich zabijcie albo wypuśćcie.
- Rozkaz liszu ! - krzyknął i pobiegł

***** Tymczasem*******

- A więc możemy liczyć na waszą pomoc, prawda ?? - spytał rycerz śmierci orka.
- Taaak, będziemy gotowi jutro. Właśnie wysłałem moich poddanych żeby ścinali drzewa i produkowali machiny wojenne.
- Świetnie ! Tymczasem muszę już ruszać ponieważ czeka mnie atak na tych białych nekromantów - powiedział z niesamowitym spokojem po czym dodał - Jeżeli nie dotrzymacie obietnicy pomocy zrównamy was z ziemią!! Rozumiecie ??
- Taaak - jęknął ork z bólu bo dostał rękojeścią rycerza po karku.
Wszyscy orkowie ścinali pobliski las, gdy już sprowadzili odpowiednie ilości drzewa zaczęli konstrukcje. Po całodniowej pracy było już gotowych 10 taranów, 3 balisty i kilka innych.
Wiedzieli oni jednak że sami są za słabi żeby wypełnić cel rycerzy śmierci wiec zaczęli sprowadzać kilka troli i kilka oddziałów uruk hai.


----------------- Noc ------------------

- Kapitanie !! Kapitanie !! Widać czarnych nekromantów, rycerzy śmierci !! Atakują nas !! - krzyknął elf po czym spadł martwy na ziemię po tym jak któryś z orków strzelił mu między oczy. Wszyscy wzięli do rąk broń i czekali aż wróg rozwali bramę, tymczasem to nie następowało. Na mury zaczęli się wspinać nieumarli po linach i drabinach, lecz po chwili zostali zwalani na dół ponieważ obrońcy spychali drabiny i odwiązywali liny. Wtedy nadjechały tarany i zaczęły szturmować bramę, po chwili brama była rozwalona i zaczęła się walka. Obrońcy za wszelką cenę próbowali utrzymać pozycje lecz im się to nie udało, wróg zdołał się przedostać do środka i podpalić umocnienia. Wszyscy walczyli dzielnie lecz rycerze śmierci mieli dużą przewagę. Biali nekromanci zaczęli przegrupowanie, pozwolili wejść jeszcze kilku przeciwnikom a następnie zamknęli zapasową bramę z kratą co uniemożliwiło przeciwnikowi wydostanie się. Okazało się że były już wcześniej przygotowane pułapki więc gdy nieumarli szukali chaotycznie drogi ucieczki ginęli w pułapkach. Tarany które próbowały się przebić przez bramę nie dawały rady więc czarni nekromanci dostali rozkaz od rycerza śmierci o imieniu Rangor aby zacząć ostrzał kościanymi katapultami, mury były bardzo wytrzymałe lecz nie mogły stawić rady tak potężnym machinom. Gdy mury zaczęły pękać do środka zaczęły się wbijać odziały wroga aż końcu prawie cały mur upadł. Sytuacja była bardzo zła. Wszyscy obrońcy zostali otoczeni, lecz na taką okazję był już przygotowany plan awaryjny - pod obrońcami otworzyły się zapadnie które prowadziły do tuneli. Tunele prowadziły do innego dużego fortu w której stacjonowały już inne wojska białych nekromantów.




Nagash








--------------------------------------------------------------------------------

4-5 Vallathal

Po długiej podróży przez tunele fkońcu wszyscy dotarli do celu, znajdował się on tuż obok kręgosłupa starożytnych. Wzniesiony był tam wielki fort, ostatnia linia obrony przed rycerzami śmierci. Wszyscy, którzy znajdowali się w środku wiedzieli jak ważnym umocnieniem jest ich fort, nie wiedzieli jednak że przedostatni fort upadł i został zajęty przez rycerzy śmierci. Dowiedzieli się dopiero po przybyciu stamtąd drogą awaryjną czyli tunelami oddziałów. Wszyscy byli przygnębieni porażką... Nikt już nie śpiewał przy ognisku jak to było w ostatnich godzinach poprzedzających atak. Nie rozumieli jednak jednego - skąd się wzięły w szeregach wroga odziały orków i uruk hai ?? Wysyłali w tamte rejony szpiegów lecz byli oni łapani i strasznie torturowani, potem ledwo żywych wypuszczali ich w lesie i pozostawiali ich w rękach losu, dlatego też dowództwo postanowiło wysłać delegację. Tej bowiem zabicie lub uwięzieni będzie niezgodne z prawem wojennym Ervandoru.
Jak chcieli tak też zrobili, trudno było jednakć śmiałków którzy zechcieli wyruszyć w tak niebezpieczną podróż. Po kilku dniach wędrówki zobaczyli wreszcie mury orków. Zanim jednak zdołali dojść do bram zginęli ze strzał uruk hai`ów którzytały na murach. Ich ciała nabili na pale i zachowali jako trofeum. Gdy wieść ta tylko doszła do Azaradu od razu król wydał oświadczenie że jest to niezgodne z prawem wojennym Ervandoru i oficjalnie wypowiada orkom wojnę. By to wojna oficjalna ponieważ wojska Erebusu zbliżały się do stolicy zachodniego królestw - Azaradu i król nie miał wystarczających sił aby zaatakować orków na pustyni......

- Dałeś z siebie wszystko, nauczyłeś ich strategii. Nie mogłeś nic więcej zrobić - tłumaczyła zamyślonemu Nagashowi demonka - Gdybyś im nie pomógł straty byłyby o wiele większe, natomiast ty ocaliłeś setki istnień.
- Myślisz że coś mnie to obchodzi ?? Dla mnie to nawet lepiej że zginęli bo będę mógł ich ożywić. Nie pomagałem imdlatego żeby im pomóc tylko dlatego żeby przeżyć !! - powiedział Nagash.
- Jak możesz ? Czy ich życie cię WoGle nie obchodzi ?? Musisz być jakimś potworem bez uczuć żeby tak mówić - odkrzyknęła zdenerwowana Ashanti i odeszła bardzo zła.
- Nawet nie wiesz zeasz racje - powiedział szeptem lisz gdy demonka już odchodziła
- Co się stało?? - spytał Klaang lisza siedzącego przy ognisku.
- Ashanti właśnie odkryła jaki jestem naprawdę, trudno będzie to jej znieść ale taka jest prawda.... Ona myśli że wyruszam po amulet dla królowej po ty by jej pomóc, natomiast ja robię to dla zysków, władzy..... może i jestem potworem bez uczuć ale tak już bywa, taki już jestem i już .... nikt tego nie zmieni...
- Właśnie podsłuchałem rozmowę żołnierzy, mówili że rycerze śmierci już są w drodze do tego fortu, myślą że ten fort jest nie do zdobycia ale mogą być w błędzie. Widziano jak całe hordy orków i uruk- hai pędzą tutaj z innego kierunku. - mówił barbarzyńca.
- Dobrze więc, to odpowiedni moment żeby wycofać się niezauważenie - mamrotał Nagash
- Co,chcesz się teraz wycofać ??
- Tak!!
- W takim razie zrobisz to sam bo ja i Ashanti nie zostawimy tych ludzi...
- A więc trudno się mówi. Wyruszę więc sam.
- Nawet się tym nie przejąłeś ??
- A niby czemu miałbym to robić ?? Hę ?? - Nagash spytał po raz ostatni. Wziął na plecy swoje rzeczy i wyruszył w stronę bramy, te się otworzyły a on zniknął gdzieś w lesie.

Ostatnio zmieniony przez Nagash dnia 2005-05-29 18:43, w całości zmieniany 1 raz




Islington








--------------------------------------------------------------------------------

Popołudnie 8 Vallathal

- Po co nam ludzie? - spytał Islington - mamy magię - powiedział po czym zaczął mamrotać coś pod nosem i zrzucać po jednym kamyczku. Drag się zaśmiał.
- Cóż przynajmniej to troszkę szybciej - wyjaśnił Islington. Drag podłapał i zabrał się do pracy razem z Denem.

Noc 8-9 Vallathal

Smok został odgrzebany na tyle, że wystawał mu jego łeb. Kiedy Islington przenosił kolejne kamienie nagle smok poruszył się.
Drag natychmiast skoczył ku niemu ze swoim mieczem i trzymał go tuż przy łbie stwora.
- Rusz się, a cię zabije! - krzyknął. Smok ani drgnął.
Islington zastanawiał się, czy gdyby smok chciał to wygrzebał się spod kamieni i doszedł do tego, że to niemożliwe. Choć ludzie czasem nie doceniają smoków.
Stał tak Dragonthan £owca Smoków nad swoją ofiarą, która mimo tego, że była ofiarą nie była wcale taka bezbronna.




Fristron z Avlee








--------------------------------------------------------------------------------

Ranek, 8 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Pięknie, pięknie... - rzekł Fristron - kawał drogi za nami.
- I kawał przed nami - powiedział Bubeusz ziewając
- Trudniejszy kawał - mruknął Hell
- Co? - zdziwili się dwaj magowie naraz
- Ostre Szczyty - wyjaśnił Destero - ostatni z nich to prawie pionowa ściana. Ten obejdziemy od północnej strony. Nadłożymy drogi, ale południowa jest niemal równie niebezpieczna.
- O nie... - jęknął Fristron
Poprzedniego dnia maszerowali bez odpoczynku do rana. Nic wartego uwagi się nie stało, poza tym, że Hellburnowi wydawało się, że słyszy słowo "Zapomnienie...", a Fristron wdepnął w orle gniazdo i wrzeszcząc domagał się, by ich matka (która poczuła chęć zemsty i uniosła maga w powietrze) natychmiast go puściła. Wyratował go Hell blokując ptaka Słupem Ognia. Później przez godzinkę odpoczęli i mieli wyruszać. Magowie (a zwłaszcza ten z Avlee) dziwili się, że nie potrzebują więcej snu. Zdumieni też byli faktem iż powoli nabierali czegoś, co dawniej omijało ich szeeerokim łukiem - muskulatury. Nie żeby wyglądali jak osiłki - ale mięśnie pokazywały się przy ich napinaniu. Było to dla nich niezwykłe doświadczenie i chętnie pozastanawialiby się dłużej nad tym zjawiskiem, gdyby nie towarzysze, poganiający ich bez ustanku.
Towarzysze podjęli marsz. Powoli i uważnie wspinali się po zboczu (poza Hellburnem - on, jako ifryt był zwolniony z tego obowiązku i śmigał nad głową psioczącego na "tego piekielnego stwora" Fristrona), gdyż było strome i śliskie. Nagle Bubeusz wpadł do dziury przykrytej kamieniami
- Co?! - zdziwił się Hell - Co to jest?
- Nie wiem - rzekł Destero, zdając sobie sprawę, że towarzysze chyba pierwszy raz słyszą te słowa od niego - ktoś to musiał wykuć i ukryć przed resztą świata. Nie ma nad czym lamentować, idziemy dalej. Nie będę przystawał przez jakąs dziurę.
- Zaczekajcie... - powiedział powoli Bubeusz - tu jest więcej mie... AAAAA! - krzyknął, spadając dalej. Rozległo się nieprzyjemne GRUCH i mag uderzył w samo dno dołu. Przed nim majaczyło się wejście do groty. Leżał na całkowicie pustym placu wejściowym.
- Leć po niego, jakoś się uzdrowi człowieka... - mruknął Destero do Hella
- Nie.. - dobiegł ich z dołu głos Białego Maga - wy zejdźcie na dół... tu jest... jakieś lochy...
- Hm - rzekł Destero - co się tak patrzycie?
- Jeżeli przejdziemy POD górami, to stanie się to szybciej, niż jakbyśmy szli normalnie - powiedział Fristron
- A masz pewność, że wyjdziemy w dobrym miejscu? - spytał Destero
- A masz pewność, że NIE wyjdziemy w dobrym miejscu? - odpowiedział pytaniem mag
- Nie. Ale ty też nie. A idąc przez góry mamy pewność.
- Może się trafić śnieżyca - powiedział Hell - A zresztą, najwyżej zawrócimy.
- Nie, nie i nie! I koniec dyskusji! - powiedział i zaczął wspinać się dalej.
- Dobra, idź którędy chcesz - rzekł Fristron, po czym Hell złapał go za brzuch i zlecieli na dół. Destero przystanął
- Idę górą - rzekł psionik
- A my dołem - dobiegł go z daleka głos Bubeusza, który używając magii regeneracyjnej jako tako się pozbierał.
- Ale... - zaczął Destero, po czym westchnął - Hell, weź mnie na dół. Nie mam ochoty zsuwać się po ścianie.
Ifryt podleciał wysoko i złapał psionika. Wrócili po chwili. Psionik kątem oka dostrzegł wrota.
Wrota, które były otwarte.
Dopiero po chwili zorientował się, że nie ma przy nich magów.
Fristron
USER_AVATAR
Dragonthan








--------------------------------------------------------------------------------


9 Vallathal

Dragonthanowi znudziło się trzymanie miecza przy szyi smoka, więc odszedł na pare kroków i usiadł na jednym z kamieni.
- Drag - zaczął Den - przecież jesteś łowcą tych bestii, podobno byłeś gdzieś w północnych krańcach gór i...
- Wierzysz w te bzdury? - przerwał mu łowca
- No ale ludzie mówią...
- Ludzie mówią różne rzeczy, w większości sprzeczne z prawdą, jak coś usłyszysz to powiesz to dalej, ale dodasz coś od siebie i tak wychodzą bzdury... Tak prawda, byłem na północnych krańcach gór, ale jako więzień...
- Tam mieszkają ci, co znają język smoków...
- A ile ty znasz języków smoków?
- Ja? - zdziwił się Den - Znam dwa, północnych smoków i swój ojczysty...
- Ja znam tylko Kalwadorski język smoków, Język czerwonych smoków oraz straożytny język smoków, od dawien dawna zapomniany przez smoki...
- Sugerujesz żeby się porozumieć z tym smokiem? - wtrącił się Isli
- Błękitny może znać jedynie straożytny, ale ten jest zbyt młody by go znać...
- Zbyt młody? Co chcesz przez to powiedzieć? - zdziwił się Isli
- On ma dopiero 200 lat... błękitne smoki żyją 1200...
- Co??? - Den omało nie zaksztusił się śliną
- Chcesz nam powiedzieć, że są inne takie niebieskie latające bestie co mają 500 lub 1000 lat? - niedowierzał Isli
- Tak, tylko starsze znają ten język...

Ostatnio zmieniony przez Dragonthan dnia 2005-05-27 13:33, w całości zmieniany 1 raz




Hellburn








--------------------------------------------------------------------------------

Ranek, 8 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- No pięknie - rzucił wściekło Ifryt - Przeklęci magowie.
- Nie marudź, musimy ich dogonić - powiedział spokojnie Destero i ruszył w stronę otwartych wrót.
Były wielkie, wysokości około 12 stóp i szerokości 10, zrobione z bardzo dziwnego metalu, połyskującego na zielono. Z bliska można było wywnioskować, że wyryte na nich znaki były jakimiś starożytnymi runami. Któryś z magów prawdopodobnie je znał skoro wrota stały otworem. Kamienny korytarz oświetlony pochodniami był długi i wydawał się nie mieć końca. Nagle psionik i ognisty rycerz usłyszeli jakieś głosy i przyspieszyli kroku. Doszli do rozwidlenia przy którym czekał już magiczny duet.
- Wleczecie sie jak muchy w smole - powiedział Friston z satysfakcją, że nareszcie ktoś inny przybywa ostatni.
- Widzieliście te runy na wrotach? - zapytał z powagą Bubeusz.
- Tak, musiały być bardzo stare - odrzekł dennym głosem Destero.
- Istotnie. Wyczytałem z nich, że znajdujemy się w jakimś podziemnym mieście... niestety nie wiemy kto je zamieszkiwał... ani czy dalej je ktoś zamieszkuje.
- Jedno jest pewne - rzekł spokojnie Ifryt - musimy sie stąd jakoś szybko wydostać... mam złe przeczucia.
- Masz rację - odpowiedział Bubeusz - to w którą stronę idziemy ?
- Proponuję w prawo, powinniśmy wtedy szybciej wyjść na drugą stronę gór... - myślał głośno Hell.
- A ja proponuję się rozdzielić. W razie czego wracamy do rozwidlenia i podążamy w kierunku drugiej grupy - powiedział Friston
- To zbyt niebezpieczne.
- Ale większa szansa że szybciej znajdziemy wyjście - zapewnił Bubeusz.
- No... nie wiem czy to dobry pomysł... - wahał się Ifryt.
- Popieram Fristona - powiedział nagle milczący Destero.
Wszyscy spojrzeli na psionika. Zapadło milczenie. Hell oparł się o ścianę i zamknął oczy, jakby na coś czekał lub rozważał. Nagle powiedział:
- Dobra... zgadzam się... jak się rozdzielimy ?
- Proponuję ja z Destero w lewo, a ty i Friston w prawo - odrzekł Bubeusz.
- CO?? - zawołali razem mag z Avlee i ognisty rycerz.
- Nie mam zamiaru iść z tym tumokiem! - powiedział odwracając się Friston
- Uważaj na słowa, ty tani iluzjonisto! - odwarknął Hell.
- Nie macie wyboru... my już idziemy - powiedział Destero i razem z Bubeuszem zniknęli w lewej odnodze.
Ifryt westchnął.
- Chodź... znajdziemy to wyjście - i ruszył w stronę drugiego korytarza.
Friston niechętnie zgodził się i podążył za Hell'em. I'm dalej od rozwidlenia, było coraz cieplej. Mag z Avlee coraz częściej narzekał, że przez ten gorąc nie ma już siły chodzić, a Ifryt z trudem starał się to ignorować. Nagle na końcu korytarza zobaczyli czerwono-pomarańczowe światło. Ognisty rycerz przyśpieszył kroku, natomiast Friston przeklinął i pytał sam siebie czy Ifrytom nigdy nie jest za gorąco. Po 2 minutach dogonił Hell'a i dowiedział się co było przyczyną tak wysokiej temperatury. Znajdowali się w bardzo dużej jaskini, w której na samym dnie rozlewała się wrząca, bulgocąca lawa... na jej drugi koniec prowadził wąski, kamienny most.
- Czujesz sie jak w domu co - wydyszał Friston i otarł pot z czoła.
Hell nie skomentował tego i dał mu do zrozumienia by przeszedł pierwszy. Z jego twarzy można było wywnioskować, że nie zamierza ustąpić.
Mag z Avlee niepewnie zrobił pierwszy krok. Most był stary, ale wspaniale wykonany i jeszcze sie trzymał. W połowie drogi Friston obejżał się. Hellburn spokojnie wolnym krokiem szedł tuż za nim. Maga jednak to nie pocieszyło i powoli zmierzał ku drugiemu końcowi jaskini. Z radością zrobił ostatni krok po czym usiadł i ponownie otarł czoło z potu.

***

- STÓJ!! - zawołał nagle Bubeusz.
- Co !? - odpowiedział spokojnie Destero.
- Nie przechodz przez te drzwi!! - sapnął biały mag gdy wreszcie dogonił psionika - widzisz znak przed nimi?! Wiesz co to jest?! - wskazał na dziwną fioletową runę wiszącą w powietrzu.
- Nie i nie zamierzam sie dowiedzieć - odpowiedział psionik i otworzył drzwi. Już miał zrobić krok gdy nagle poczuł rękę Bubeusza na swoim ramieniu.
- To jest magiczny glyph - powiedział z powagą mag - jeżeli przejdziesz - umrzesz. Tam coś musi być skoro ktoś użył takiej magii by bronić tego pomieszczenia.
- A jak przez to coś przejść ?
- Trzeba mieć coś co wygląda tak samo i tak samo błyszczy... tyle że nie zwieszone w powietrzu.
- No dobra... musimy wrócić - powiedział Destero i razem z białym magiem zawrócili.

Ostatnio zmieniony przez Hellburn dnia 2005-05-27 14:51, w całości zmieniany 1 raz




Fristron z Avlee








--------------------------------------------------------------------------------

Południe, 8 Vallathal (Maj) MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Fristron za przejściem zauważył coś dość dziwnego jak na okolicę: kępki mchu, które pokrywały ściany.
- Rozumiem, grzyb na upartego mógłby się tutaj zadomowić... - mruknął - ale mech?
- Będziesz się zachwycał tym mchem i swoim geniuszem w aspektach mchowo - grzybnych czy idziesz dalej? - spytał zniecierpliwiony Hell
- "Mchowo" to chyba nie jest poprawna forma - mruknął mag popadając w zadumę...
- Co to to nie - rzekł ifryt i pociągnął maga za kołnierz - nie będziesz teraz mi rozważał przeróżnych aspektów Wspólnej Mowy, szukał słowników i nic innego. IDZIEMY!
- No dobra, dobra, puszczaj! - wrzasnął Fristron wyrywając się.
Strzała przeleciała mu nad uchem.
- Co... co... to ty? - spytał przerażony mag
- Nie, to ja - rozległ się za nimi dziwny, odległy głos.
Powoli odwrócili się i ujrzeli... nie byli do końca pewni CO ujrzeli.
Może i nazwaliby to kobietą jakby ich kto pytał. Albo i driadą. Lecz czy driady albo kobiety mają wielkie, brązowe i kudłate futro, albo uszy w kształcie liści dębu?! Bardziej przypominała krzyżówkę kobiety i brązowego krzaka.
- Skoro chcecie iść to chodźcie ze mną.. - powiedziała leniwym głosem
- Nie, dzięki, wolimy iść samodzielnie.
- Idziecie ZE MN¡. To nie prośba. To ROZKAZ! - powiedziała podniesionym głosem
- Nas jest dwóch - powiedział Hell - a poza tym... - zaczął, lecz stracił odwagę
- Jest was dwóch? - zachichotała, a zza jej pleców wychynęła dwudziestka innych krzakopodobnych kobiet.
- No to nie mamy wyboru... - rzekł Fristron
- Mądra decyzja - uśmiechnęła się kobieta - krzak

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:34, w całości zmieniany 1 raz




Ashanti








--------------------------------------------------------------------------------

6 - 10 vallathal

- Poszedł - powiedziała demonka.
- Tak, nie wiemy czy tu wróci.. zapewne już jest w drodze po amulet. A my możemy tu zginąć - odpowiedział Klaang.
- Co z niego za przebiegły szczur !! Jak mógł nas zostawić !! Zaraz wyruszę za nim a gdy już go dopadne to zrobię z jego kości mąke !!
- Ale co będzie z tymi ludźmi, z całym Daishidad ?? Nie możemy ich zostawić.
- Racja, wtedy zachowywalibyśmy się jak Nagash !! Co on sobie myślał ?? Że co, że pomożemy mu zdobyć amulet i sobie pójdziemy ??
- Ehh jego umysł to jedna wielka zagadka, może wcale nie jets tak jak przypuszczamy ? - mamrotał barbarzyńca.
- Zamiast rozmyślać to lepiej byśmy się wzięli do pracy ... sami sobie nie dadzą rady... - powiedziała demonka i poszła w głąb fortu którego nie było na mapie a mimo to tu miały się dziać bardzo ważne rzeczy związane z całym Ervandorem.




Bubeusz








--------------------------------------------------------------------------------

8 vallathal

Kroki odbijały się głuchym echem po korytarzu. Półokrągły tunel, na którego ścianach co kawałek wisiały płonące pochodnie, na pewno nie był dziełem natury. Migotliwe cienie tańczyły po kamiennej podłodze, nadając temu miejscu niesamowitą atmosferę.
-Nieciekawie tu... Tak jakoś nieprzyjemno.- rzekł Bubeusz cicho, idąc za Destero i oglądając się co chwila do tyłu. Miał wrażenie, że dziwne, fioletowe światło bijące od glyphu pełznie za nimi i ich obserwuje.
-Nie trać sił na bezsensowne gadanie.- otrzymał mówiącą wszystko odpowiedź. -Poza tym widać już rozwidlenie tunelu.
-Mówisz tak, bo nie czytałeś tych run...
Destero prychnął gniewnie. Bubeusz jednak kontynuował dalej:
-Magia tego miejsca jest niesamwita.. Nawet powietrze przesycone jest magią, czuć, że przytłacza, okrywa z każdej strony, jest...
-Zdaje się, że mówiłeś o runach?- przerwał mu Destero, lecz w duchu musiał przyznać, że czarodziej miał rację.
-No więc runy na wrotach wejściowych mówiły mniej więcej, że.. khem.. No że goście nie są mile widziani. Nie będę przytaczał cytatów. Była także instrukcja jak otworzyć wrota, lecz nie udało mi się jej odczytać...
-Więc jak weszliście do środka?!- Destero podniósł głos, lecz nadal był on zadziwiająco spokojny. Bubeusz zadrżał. Sam na sam z nie mającym uczuć człowiekiem, zdolnym do wszystkiego psionikiem, a w dodatku w takim tajemniczym miejscu.
-Noo... Były już uchylone...- odrzekł cichutko, kiedy ucichło echo słów Destero. Ten natychmiast złapał go za rękę i pociągnął ostro. Bubeusz myślał, że już po nim, lecz psionik zamiat coś zrobić, zaczął go ciągnąć w stronę końca korytarza.
-Musimy szybko połączyć się z resztą grupy! No, rusz się!-
-Ej! Zaraz! Spokojnie!- krzyczał Bubeusz.
-Zamknij tą jadaczkę! Chcesz żeby nas znaleźli?-
-Yhm, już. Tak, uspokój się, Bub, uspokój...- zaczął mamrotać do siebie biały mag. Wkrótce znaleźli się na skrzyżowaniu tuneli. Destero szybko omiótł wzrokiem otoczenie i spojrzał na sapiącego Bubeusza.
-Ja idę, a ty stój tu i ubezpieczaj tyły.- rzucił i pobiegł śladami Fristrona i Hell'a. Bubeusz nie zdążył się sprzeciwić, mimo szczerych chęci. Stał sobie grzecznie na rozwidleniu tuneli i trząsł się cały czas ze strachu. Laska, którą trzymał w dłoni, odbijała się od podłogi, wydając cichy stukot. Dwa tunele przed nim świeciły złowrogo czernią, z której w umyśle Bubeusza z pewnością wyłoniłyby się jakieś potwory, gdyby mag nie wiedział, że tam nic nie ma. Toteż uspokoił się nieco, a laska w dłoni przestała mu drżeć. Wokół rozpłynęła się zadziwiająca cisza i mag czuł, że po przesyconym magią powietrzu rozchodzi się tylko jego oddech. Zaraz... Tylko jego oddech!?
Bubeusz
USER_AVATAR
Thurvandel








--------------------------------------------------------------------------------

27 Blossonthal - 4 Vallanthal MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Elf długo wędrował na północ bez celu. Stary woźnica pomógł mu odzyskać siły i dojść do siebie, przy czym odwiózł go aż do Azaradu. Miasto szykowało się do przyjęcia oblężenia. Wojska książęce na dobre panoszyły się bo przedpolach miasta. Liczne zagony królewskich pilnowały jednak, by gościniec i droga do stolicy była przejezdna.

Thurvandel jednak nie zabawił długo w stolicy. W pobliskich alchemiach zakupił niezbędne mu eliksiry, resztką złota wynagrodził dotychczasowego kompana. Wspomnienia potyczki na gościńcu, i przykry pościg w puszczy zniechęcały go skutecznie do ponownego odgrywania bohatera na polu bitwy. Przypomniał sobie nagle o dekrecie królewskim nawołującym medyków, by ratować umierającą królową.

Od nadwornego szambelana dowiedział się jednak o grupie podróżników, którzy zaoferowali zdobyć się amulet mogący uleczc tajemniczą chorobę. Elf szybko udał sie do komnat królowej. Zmożona gorączką, blada i wyczerpana dogorywała otoczona nadwornymi konowałami.

- Nie jest to zwykła choroba - z powagą powiedział najstarszy z medyków - to jakiś urok, albo klątwa spowodowana oddziaływaniem Korony... co mogliśmy uczyniliśmy...

"Rzeczywiście się sprawili... co mogli zrobili, a zrobili wiele, skoro królowa jeszcze żyje"

Zasięgnął jeszcze informacji o owej grupie bohaterów i ewentualnej nagrodzie, po czym co koń wyskoczy pognał do wioski Barrow.
_________________
There are three kinds of people on this world. These who can count and these who cannot.




Fristron z Avlee








--------------------------------------------------------------------------------

Wieczór, 8 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Powoli zmierzali ku swojemu smętnemu przeznaczeniu. Dzięki narzekaniu Fristrona nie byli skuci, lecz otaczała ich dziesiątka futrzastych kobitek (groźby nie robiły na magu żadnego wrażenia - łańcuchy były za ciężkie i vice versa).
Po jakimś czasie dotarli do obszernej groty. Było w niej - ku zdumieniu Hell'a i Fristrona - sporo drzew. Brunatnych bo brunatnych, ale drzew. Do dwójki towarzyszy dochodziły urywki poszeptywań takich jak "jacy oni brzydcy" (tu - nie wiedzieć czemu - Hell zaklął cicho) czy "boję się".
Nagle marsz urwał się. Stali przed obliczem istoty, która w przeciwieństwie do innych bardziej przypominała człowieka niż krzak. Fristron po krótkim namyśle uznał, że to musi być jakaś odmiana driady.
- Jakim cudem odkryliście nasz tajemny pałac ?! - fuknęła na nich
- No... - zaczął kręcić Fristron - to ten... no... yyy... wie pani...
- Do rzeczy - zagrzmiała ta, która z nimi rozmawiała wcześniej
- To ten przeklęty, niech to, mogliśmy iść naokoło, a ten musiał znaleźć...
- Niech mówi ten drugi - zniecierpliwiła się przywódczyni
- Yyy... - powiedział Hell - to Bubeusz wpadł w dół i odkrył, że to grota... i poszliśmy tędy żeby skrócić drogę...
- Kim jest ten Bubeusz?
- To mag... - zaczął Hell
- Ten tu?! - spytała zdumiona driada - Nie wygląda szczególnie potężnie...
- Nie, nie ten... inny... - powiedział szybko Hell ignorując oburzenie Fristrona
- Znaczy jest was więcej? Chcecie nas podbić, tak?! W takim razie należy was usunąć!
- Jest nas czterech i NIE zamierzamy nikogo usuwać, a zwłaszcza was - rzekł Fristron
- Czterech? - zachichotała - We czterech chcecie nas pokonać?
- Nie chcemy nikogo pokonywać! - wydarł się mag skacząc ze złości - Chcemy tędy przejść!
- A swoją drogą... - powiedział cicho Hell - moglibyśmy my was o coś zapytać?
- Mhm? Zezwalam... mimo iż już to zrobiłeś...
- Czym wy w ogóle jesteście? - wypalił ifryt, zanim Fristron zdążył go powstrzymać
- CZYM?! - obruszyła się driada - Chyba KIM?!
- Domyślam się z wyglądu, że jesteście driadami... - zaczął Fristron
- Tak. Dokładniej - jaskiniowym odłamem. Polubiłyśmy kamień tak samo jak drzewo i siostry nas wypędziły. Dlatego założyłyśmy z dala od nich ten pałac.
- A co się z nami stanie? - spytał Hell
- Na razie traficie do niewoli. Potem jakoś was wykorzystamy... - tu uśmiechnęła się lekko

***

Ranek, 9 Vallathal (Maj) MCCLXVI r. Drugiej Ery

Coś się stało z całą grotą. Było na zbyt dużo rys...
Fristron i Hell słyszeli jakieś krzyki przerażenia i ponure wycie wilków. Na przemian czuli przejmujący chłód i okropne gorące. Na dodatek Fristrona nękało to powietrze. Powietrze pełne magii. Wpadał w trans...

***

Czas i miejsce nieznane

Nareszcie. Tak długo na to czekałem.
Mężczyzna leżał na ołtarzu ofiarnym. Nie czuł nic.
Każdy ma do spełnienia swoje przeznaczenie... nastał czas...
Spod białej szaty wypełzła ręka... głos dobiegał nie tylko z głębin jego umysłu, ale zewsząd...
Nikt nie ucieknie...
Ręka trzymała nóż...
Nikt...
Nóż zatopił się w piersi mężczyzny.
...nie ucieknie...
Król Breanon II zginął na ołtarzu ofiarnym.

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:35, w całości zmieniany 1 raz


Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

8 Vallathal

Bubeusz odwrócił się gwałtownie. W ciemności, w którą niedawno zanurzył się Destero, zobaczył dwa małe punkciki.
-Hej, to ty?- rzekł, lecz od razu klapnął się ręką w twarz. Ślepia zniknęły jeszcze zanim mag zdążył pożałować swoich słów. "No to się głupi odkryłem." - pomyślał Bubeusz i pobiegł cichutko w stronę wyjścia. Nie zrobił nawet trzech kroków, kiedy zorientował się, że to "cichutko" słychać w całym korytarzu. Nigdy nie był za dobry w skradaniu się... Wobec tego zdesperowany czarodziej postanowił stanąć zagrożeniu twarzą w twarz.
-Thgillesaelp.- szepnął i klejnot na różdżce rozbłysnął białym światłem na wszystkie strony. Przez moment czarodziej widział tylko biel i słyszał trzepot nietoperzy podrywajacych się do lotu. Kiedy wreszcie oczy przywykły do jasności, biały mag skierował strumień światła prosto w tunel przed nim i wtedy ujrzał swojego przeciwnika. Oczy wyszły mu z orbit i szczęka opadła w miarę swoich możliwości. Gdyby nie to, że kobieta - krzak była równie zdezorientowana, już by pewnie nie żył. Bubeusz szybko oplótł się tarczą, tą samą, którą kiedyś nałożył na Hellburna. Jego przeciwniczka zapewne znała ten czar, gdyż nie próbowała nawet strzelić z łuku.

-Kim jesteś i co robisz w naszym królestwie?!- zagrzamiała, a jej głos potoczył się po najdalszych zakamarkach jaskini.
-Khym... Ja? Aae.... No, chodzę sobie po jaskini. Gdzieś muszę spacerować, nie?- mieszał się Bubeusz, wzmacniając an miarę swoich możliwości ochronną aurę.
-Jesteś tym zwariowanym czarodziejem z wieży?- przerwała mu.
-Hę?-
-Tak, to na pewno on.- W krąg światła weszła jeszcze jedna postać.
-Eee...- wtrącił mag.
-To co z nim zrobimy?- zapytała pierwsza driada.
-Ej, zaraz!- krzyknął Bubeusz.
-Niech Vertann zdecyduje. Ja w każdym razie uważam, że już dość chodzi na tym świecie.- odparła druga driada.
-Ej! Mogę coś powiedzieć?!- wkurzył się Bubeusz.
-Pewnie! Skoro nie ma gdzie spacerować, to niech sobie pospaceruje w żołądku Vertanna..
-Kto to jest ten Vertann?- zapytał Bubeusz, kiedy dwie osobniczki się do niego zbliżyły. Niestety nie otrzymał odpowiedzi.

Driady zaczęły się głośno zastanawiać, jak znegować "ochronnego bąbla", bowiem na magii znały się tylko wyższe przedstawicielki z ich społeczeństwa, tzw. driady-czarodziejki. Biały mag wobec tego skorzystał z ofiarowanego mu przez los czasu i zaczął opracowywać plan ucieczki, z uwzględnieniem znalezienia przyjaciół. Niestety jego przeciwniczki zdecydowały się skoczyć po posiłki, a do tego nie mógł dopuścić.
-Ezeerfecio sulatot!- wykrzyknął kolejne zaklęcie. Z jego laski wytrysnął lodowy promień, wokół którego natychmiast zaczął się formować lód z pary wodnej. Rozległ się trzask pękającego lodu i świst przecinanego powietrza, a to wszystko połączone z pęknięciem tarczy ochronnej, której magik nie był już w stanie utrzymać. Aura zmieniła się w tysiące bąbelków, a czarodziej wykorzystał je jako zasłonę przed wzrokiem nieprzyjaciela i przeturlał się na bok, prosto w tunel prowadzący do glyphu. Strzały zaskoczonej driady zgrzytnęły w skałę za jego plecami. Momentalnie wszystko ucichło, bąble poznikały i zrobiło się ciemno jak ongiś. Bubeusza ogarnęła panika. Szybko wstał i znów rozświetlił tunele swoją różdżką. Przed oczami natychmiast pojawiła mu się driada z napiętym łukiem.

Ostatnio zmieniony przez Bubeusz dnia 2005-06-05 14:37, w całości zmieniany 2 razy

Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

Południe, 9 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Fristron! Hej, Fristron! - Hell szarpnął maga na tyle mocno że się przebudził
- Nie zabijaj mnie, błagam, nie tak jak Breanona, nie... - bredził niedobudzony
- Spokojnie, to tylko sen. Otworzyłem drzwi! - rzekł dumny ifryt
- Jak?
- Nieważne. Nikogo tam na górze chyba nie ma...
- Nie ma?
- No, chyba... zresztą, co ma być to będzie... chodź!
Wyszli po cichu z celi. Czuć było lekkie wibracje magiczne, zaś powietrze stawało się ciężkie od zbiegłej many.
Wyszli ostrożnie na główną grotę. Drzewa zostały zniszczone. W ogóle cała grota wyglądała na opustoszałą. Jednak - wbrew temu - czuć było czyjąś obecność.
- Kto tu jest? - spytał z wolna Hell
- Belmiu! - mruknął Fristron. Jego oczy zmieniły kolor na idealnie biały.
- Co? - zdziwił się ifryt
- Albo ktoś, kto tu jest to istota wszechpotężna, albo używa czegoś innego niż Niewidzialności - rzekł mag kończąc czar "Zobaczenie Niewidzialnych".
- Może się ukrywa?
- Może... ale kiepsko się znam na magii tropiącej. Chyba musimy przeszukać grotę ręcznie.
Przez pół godziny przetrząsali miasteczko, lecz nie znaleźli nikogo, ani też niczego wartego uwagi. Narastało jedynie uczucie, że są obserwowani.
Coś się poruszyło. Z innej nisko położonej celi wyszedł Biały Nekromanta.
- Ktoś ty...? - zaczął Hell, lecz Fristron, czując, że jego dobro osobiste jest zagrożone już rzucał Lodową Pięść. Krótko mówiąc na przywitanie Mastorious dostał fangę prosto w nos.
- Khy, khy, przestańcie!
- Czego nas obserwujesz? - wrzasnął mag rzucając czary przygotowawcze do Sprowadzenia Morderczego Sługi (czyli inaczej mówiąc przywołania zabójczego monstra, które rozszarpałoby jedną osobę)
- Ja was nie... STOP! - zamachał rękami i ziemia pod nogami Fristrona pękła, przerywając czar. Srebrnobiała mgiełka uniosła się ku niebu - Pozwólcie mi mówić!
- Przestań głupcze, bo zasypię ten dół - wydarł się na maga z Avlee Hell
- Dawno temu badałem te góry. Natrafiłem na wejście i obserwowałem przez jakiś czas te driady. Zastanawiające jest, że stworzenie, które ma tak ściśle określone warunki życia może sie przyzwyczaić do zupełnie innego środowiska... ale mniejsza z tym. Niestety te driady mnie złapały, no i cóż... zupełnie nie wiem jak to się stało, ale po odnalezieniu ich przeze mnie, mam białą plamę w pamięci. Zupełnie nie wiem co w tym czasie robiłem. Jakiś czas temu przebudziłem sie w celi. A bardzo niedawno temu poczułem potężne wyładowania magiczne.
- Tak, my też je czuliśmy - rzekł Hell - czyli jesteśmy w mniej więcej takiej samej sytuacji. W takim razie połączmy na razie siły i odszukajmy resztę. Chyba że nasz "nieoceniony" mag będzie się buntował. Wtedy go po prostu tu zostawimy i pójdę z tobą. Twoje towarzystwo będzie na pewno przyjemniejsze niż tego mękoły, krętacza i...
- Resztę? Jest was więcej? - spytał nekromanta
- Tak. Dokładniej jeszcze dwóch: psionik i jeszcze jeden mag.
- No to co, wyciągniecie mnie stąd, czy mam tu siedzieć cały dzień? - jęknął Fristron
- To chyba byłaby lepsza alternatywa... no, ale wyciągniemy. A nie możesz się wylewitować w górę?
- Wyczerpałem zapas many - wyjaśnił mag. Hell i Mastorious jak na komendę westchnęli.

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:36, w całości zmieniany 1 raz

Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

noc, 8 Vallathal

-Oj. To ja się, ekhm... poddaję?- wykrztusił.
-Mądra decyzja. Tylko że po tym, co przed chwilą zrobiłeś, nie możesz już liczyć na łaskę.
-Cóż...-
-Rzuć broń!- krzyknęła driada.
-Jesteś tego pewna? A co, jak się klejnot zbije?- zapytał Bubeusz. W odpowiedzi driada zrobiła się czerwona na twarzy.
-Natychmiast rzuć....! Albo zaczekaj, najpierw odczarujesz moją kuzynkę. Tylko bez żadnych numerów, bo jesteś martwy!
-Się robi. - rzekł mag i podszedł do kawałka lodu, który uprzednio był driadą. Następnie zaczął gorączkowo myśleć. Oczywiście, jak zawsze w takich sytuacjach nic nie przychodziło mu do głowy. Trudno się dziwić, mało kto nie myślałby w takiej chwili o napiętym łuku za swoimi plecami.
-No? Na co czekasz?- zapytała driada, przez dłuższą chwilę obserwująca Bubeusza, który z dziwną miną krążył wokół zamienionej w lód driady.
-Chwilkę, zastanawiam się.
-Dobrze, masz jeszcze 10 sekund. Dziewięć, osiem....- zaczeła odliczać driada, napinając łuk.
-Ej! Spokojnie! Ja się stresuję!- krzyknął Bubeusz.
-Cztery... trzy...

Bubeusz rozejrzał się gorączkowo po okolicy. Wiedział, że nie może zgodzić się na jej żądanie. Wiedział, że nie może użyć tarczy, bo wymaga to skupienia. Z driadą też nie mogł nic zrobić, bo wycelowanie różdżki w jej stronę skończyłoby się na pewno niedobrze. Ponadto zużył już tyle energii, że nie miał siły zastosować żadnego starożytnego zaklęcia.
-Dwa... jeden...- Spanikowany Bubeusz jak przez mgłę patrzył, jak driada napręża łuk. Brzęknęła cięciwa. Strzała ze świstem przecięła powietrze, kończąc swój lot z głuchym stukotem na ścianie tunelu. W głowie czarodzieja bowiem w ostatniej sekundzie zaświatł szalony pomysł. Skoczył za lodowy posąg driady, mijając się ze strzałą o parę centymetrów. Driada wydała okrzyk zdziwienia, lecz już równocześnie z nim nakładała kolejną strzałę. Skulony Bubeusz włożył różdżkę zamienionej w lód driadzie pod pachę i wycelował we wroga. Wróg jednak zawachał się i nie strzelił. Zabrzmiały słowa zaklęcia i kolejny lodowy promień wystrzelił z bubeuszowej laski, driada jednak odskoczyła w tunel. Zaklęcie z całym impetem trzepnęło w skałę, która zaczęła przybierać lodowy połysk. Nieświadom zagrożenia, czarodziej krzyknął:
-Poddaj się, albo zabiję twoją kuzynkę!

Driada od razu wyszła z ukrycia i rzuciła mu swój łuk. Bubeusz na wszelki wypadek rzucił na nią oplątanie i upadł na podłogę. Odetchnął potężnie, dopiero teraz czując, jaki jest wyczerpany. Wyciągnął chusteczkę, żeby otrzeć pot z czoła i wtedy zauważył lodową falę, która ogarniała powoli cały sufit, zamieniając skałę w błyszczącą wodę.
-O kurka! To się zaraz zawali!- wykrztusił i zerwał się z miejsca. Od razu skierował się do wyjścia, ale przypomniał sobie o kolegach, którzy tu zostali. Pobiegł wobec tego w głąb tunelu, wypiwszy uprzednio eliksir dodający sił.
-Zaraz! A ja?! Zostawiasz mnie na pastwę losu!?- krzyczała za nim spętana driada.
-Zamknij się, bo się zawali!!- krzyknął Bubeusz. Usłyszeli ciche pęknięcie i jednocześnie w lodowym suficie nad nimi pojawiłą się śliczna kreska. Driada zamilkła z przerażeniem na twarzy, a on poleciał w ciemny tunel.

9 Vallathal

-Zaraz, to pędzi nasz Bubeusz!- krzyknął Fristron, widząc w oddali białą sylwetkę.
-Kto?- zapytał Mastorious.
-Ten drugi, zwariowany magik.- odprał nader entuzjastycznie Hellburn.
-Fajnie.
-Nie ma się z czego cieszyć, ja nie wytrzymuję z jednym Fristronem, a co dopiero z dwoma...-
-Zamknij się, Hell!- rzucił Fristron, widząc, że Bubeusz ma im do przekazania ważne wiadomosći i bynajmniej nie radosne. Dobiegł do nich i wysapał jednym tchem:
-Szybko! Wali się! Uciekajmy!
-Co? Zaraz, chwilę, powoli!- krzyknął za nim mag z Avlee. Bubeusz nie miał jednak ochoty na wyjaśnienia i już leciał w drugą stronę. Pobiegli wobec tego za nim i szybko go dogonili. Niestety Bubesz był już tak wyczerpanym, że światło bijące od klejnotu na jego lasce przygasało, aż wreszcie zgasło zupełnie. Znaleźli się w całkowitym mroku.
-Oh. I co teraz?- zapytał Fristron ściany, myśląc, że stoi przez towarzyszami.
-Nie wiem. Wydaje mi się, że ta jaskinia będzie naszym grobem...- odrzekł głos za jego plecami, lecz nie dokończył, bo ciszę rozdarł czyjś krzyk:
-Aaach!!! Szybko! Tutaj jestem!!
-Kto to?- zapytał inteligentnie Fristron.
-To driada, szybko, tędy!- rzekł Bubuesz i pobiegli w kierunku, z którego dobiegał wrzask. Z mroku wyłonił się oświetlony pochodniami tunel, prowadzący do glyphu, a na samym jego początku dwie driady. Słychać było monotonne trzeszczenie pękającego lodu. Rzucili się w tym kierunku, czując, jak trzęsie się ziemia pod ich stopami. Dopadli dwie driady w momencie, kiedy lód puścił i posypały się pierwsze kamienie. Wielka bryła zamrożonej skały gruchnęła o ziemię, pękając na tysiąc kawałeczków. Obsypał ich grad lodowych odłamków. Hell złapał za rękę spętaną driadę i wrzucił ją do tunelu. Bubeusz odskoczył przed spadającym głazem i szybko odczarował zamrożoną driadę, widząc, jak reszta grupy próbuje ją odczepić od skały. Kamienie leciały niczym deszcz, a sypiąca się ziemia i piasek ograniczały już i tak bardzo małą widocznosć. Driada szybko wleciała do tunelu, trzymając Mastoriousa za kołnierz. Hell poleciał za nią, a Fristron biegł, potykając się o kamienie. Oczywiście, ku przerażeniu towarzyszy, upadł i podczas gdy się podnosił, pomniejszy kamień spadł mu na głowę. Rzucli się mu na pomoc, lecz wielki kamień zagrodził im drogę.
-Fristron!- krzyknął ktoś, lecz było już za późno. Zniknął za zasłoną sypiącego się wszystkiego, co było kiedyś nad nimi.

-Chlip... Biedny Fristron...- lamentował wyczerpany Bubeusz, siedząc na kamieniu. W oświetlonym migocącymi pochodniami tunelu panowała grobowa cisza. Nawet driady siedziały cicho, wdzięczne za uratowanie życia. Hell i Mastorious bez nadziei odkopywali maga z Avlee. Nagle z góry kamieni rozległ się głos:
-No, szybciej, leniuchy, bo długo nie pociągnę!
-FRISTRON!???! TY ŻYJESZ!?- wykrzyknął uradowany Bubeusz, któremu od razu wóciły siły.
-A co, myślałeś, że tylko Ty znasz zaklęcie tarczy?- odrzekł stos głazów. Biały mag od razu rzucił się na pomoc kolegom, aby już wkrótce móc uscisnąć przyjaciela.

-Uff... Daj mi jeszcze jedną buteleczkę.- rzekł mag z Avlee, zaraz po wypiciu bubeuszowego eliksiru dodającego sił mentalnych. -Jeszcze nigdy nie trzymałem tak długo żadnego zaklęcia.
-Obawiam się, że to niemożliwe. Skończyły się wszystkie eliksiry, a tutaj, w jaskini, raczej nie znajdę żadnych ziół.
-No właśnie, zastanawialiście się nad naszym położeniem?- zapytał Mastorious.
-Tak, siedzimy tu w ciemnym tunelu, odilozowani od świata, sami ze sobą jak cztery gwiazdy...
-Hę?
-A tak mi się powiedziało...
-Zaraz, a gdzie Destero?- wykrzyknął odkrywczo Bubeusz.
-Wiesz, cały czas czekaliśmy, aż TY nam to powiesz... W końcu to TY z nim się ostatni widziałeś...- odparł Hellburn.
Nastała niezręczna cisza. Po chwili odezwał się Fristron:
-Zastanawialiście się, dlaczego podziemne miasto było zdemolowane?-
-CO?- krzyknęły równocześnie driady-kuzynki.
-Ekhm... Ja mam taką jedną hipotezę...- odezwał się cichutko Bubeusz.
-No to możę byś się nią z nami podzielił?
-Pamiętasz Fristron, jak próbowaliśmy odczytać te znaki na bramie wejściowej?
-Aha... Coś mi się kojarzy...
-No, i wtedy powiedziałem, że tu prawdopodobnie pisze, jak ją otworzyć...
-I ja wtedy powiedziałem, że po co otwierać, skoro już jest uchylona?
-Dokładnie, Fristron, strzał w dziesiątkę.
-Czyli sugerujecie, że ktoś wszedł tu przed nami?!- wykrzyknął Hell. Magowie pokiwali głowami.

Ostatnio zmieniony przez Bubeusz dnia 2005-06-05 14:48, w całości zmieniany 1 raz
Fristron
USER_AVATAR
Hellburn
--------------------------------------------------------------------------------

Południe, 9 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Dobra, wyłazimy stąd - powiedział Ognysty rycerz kierując się do drzwi.
- NIEE!!! - krzyknęli razem Bubeusz i Friston.
- Jak przejdziesz to zginiesz, pokoj jest chroniony glyphem.
- Pięknie!!! Pięknie!!!! - krzyknął zdenerwowany Hell.
Byli w potrzasku. Z jednej strony drzwi chronione glyphem, a z drugiej zawalony tunel, który nie sposób było odkopać. Ifryt uderzył pięścią w ścianę. Z sufitu spadło troche kamyków i ziemi.
- Lepiej być nie może!! Jestem tu uwięziony z dwoma magami... właściwie trzema - powiedział Hell patrząc z odrazą na Mastoriusa.
Driady w ciszy spuściły głowy. Ognisty rycerz przeniósł na nie wzrok i wrzasnął:
- Wy tu mieszkacie!! Spróbujcie nas stąd wyciągnąć!!!
Wszyscy zebrani wiedzieli, że Ifryt jest naprawde wkurzony. Oczy zamieniły się w płomienie a zbroja przybrała lekki odcień brązu. Hellburn usiadł pod ścianą i zamknął oczy próbując się uspokoić. Friston i Bubeusz wymienili spojrzenia i zaczęli cicho rozmawiać. Driady nadal milczały. Bez swoich łuków nie były juz groźne, wręcz potulne jak baranki. Ciszę przerwał Hell zwracając się do Driad:
- Jak to coś otworzyć?- warknął.
- Trzeba mieć podobną runę - odpowiedział szybko Bubeusz.
Stojący w kącie Mastorius cicho rzekł:
- Może być to? - i pokazał pobłyskujący na fioletowo kamień o dziwnym kształcie.
Bubeusz szybko wyrwał runę białemu nekromancie z rąk i gorączkowo zaczął ją oglądać.

Ostatnio zmieniony przez Hellburn dnia 2005-05-27 14:52, w całości zmieniany 1 raz

Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

-Skąd Ty go wytrzasnąłeś??- zapytał Bubeusz i nie czekając na odpowiedź pognał w stronę drzwi. Driady szybko poderwały się do lotu i zagrodziły mu drogę.
-Stop! Ty... Nie możesz tam wejść.- rzekła jedna z nich.
-A to niby dlaczego?- rzucił Bubeusz. Fristron, Mastorious i Hell dobiegli do nich.
-Wiesz, mi się wydaje, że nie po to ustawiono tutaj ten glyph, żebyś go łamał.- powiedział Fristron.
-Zgadza się, zazwyczaj stawia się takie znaki po to, żeby tam nie wchodzić.- powiedziała druga driada.
-Wolisz gnić tutaj na wieki, czy wejść?!- krzyknął Bubeusz, odpychając dwie kuzynki na boki.
-Nie!- krzyknęła jedna z nich.
-Dlaczego nie?!- odkrzyknął jej biały mag, tyle że nieco innym tonem.
-Bo... No po prostu nie możesz. Nie mogę powiedzieć.
-Skoro nie możesz powiedzieć, to sam się dowiem.- odparł Bubeusz i niezatrzymywany już przez nikogo podszedł do drzwi. Zatrzymał się na chwilkę. Spojrzał na glyph złowieszczo unoszący mu się nad głową. Pomyslał chwilę.
-Ekhm... Zniknij?- Czarodziej niepewnie podniósł do góry rękę z runą. Oczywiście nic się nie stało. Bubeusz spojrzał z dziwną miną na towarzyszy.
-To kto przechodzi na ochotnika?

Ostatnio zmieniony przez Bubeusz dnia 2005-06-05 14:50, w całości zmieniany 1 raz

Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

Popołudnie, 9 Vallathal (Maj),MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Zapadło milczenie.
- Daj mi to - powiedział po pewnym czasie cicho Fristron. Hell spojrzał na niego zaskoczony.
- Ty? - spytał Bubeusz - A nie lepiej posłać driady?
- Nie mówię że idę, tylko żebyś mi to dał - powiedział ostro mag z Avlee. Do oczu Hella powrócił spokój; już myślał że mag wykaże się odwagą, przez co musiałby go przynajniej lekko szanować, a tego by nie zniósł.
- Po co? - zdziwił się biały mag
- Po prostu mi to daj! - wrzasnął Fristron. Za kamiennym rumowiskiem coś gruchnęło. Bubeusz oddał runę.
- Znam się nieco na napisach runicznych... - wyjaśnił mag - hm... - zmarszczył czoło ze skupienia - to wygląda na jakieś zaklęcie...
- Mów! - rzekł Mastorious
- Ęjuzakzor ot ic aj, ocjóbaz ćąnkinz zsam!
Nic się nie stało.
- Trzymasz to do góry nogami - mruknął Hell
- A faktycznie - rzekł zmieszany mag - Masz zniknąć zabójco, ja ci to rozkazuję!
Powierzchnia glyphu zaczęła się marszczyć. Pojawiło się oślepiające światło, tak że zamknęli oczy. Coś przemknęło obok nich - a kiedy mogli spojrzeć - glyphu już nie było.
- Całkiem nieźle - mruknął Bubeusz
- Idziemy - zawołał Hell
- NIE! - wrzasnęły naraz driady
- Co "nie"? Idziemy! - ryknął Hell
Wtedy stało się coś nieoczekiwanego; driady uklękły przed Bubeuszem i wzięły skraj jego szaty w ręce
- Nieee... - zawołała jedna - błagamy was, nie... proszę, nie idźcie tam - łza pociekła jej po policzku
- Ee... - mruknął Bubeusz ogłupiały - yyy...
- Khem - chrząknął Fristron równie zbaraniały
- Ten tego, no... - mruknął Hell
- Idziemy? - spytał Mastorious
- Tak - powiedział zdecydowanym głosem Hell - chyba że nasze "kochane" driady powiedzą nam co jest grane.
Driady spojrzały po sobie. Znów zapadło przykre milczenie.

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:37, w całości zmieniany 1 raz

Mastorious
--------------------------------------------------------------------------------

Milczenie przerwał Fristron:
- Jeżeli nam nie powiecie, to pomrzemy tutaj z głodu, a jeśli nawet nie... - spojrzał na Mastoriousa, którego ten problem raczej nie dotyczy. - ...to i tak nie mamy pewności, że zaraz nam się na głowę nie posypią skały.
- Ale nas obejmuje przysięga, że będziemy chroniły tamtego miejsca przed każdym kto ma złe zamiary. - odpowiedziała mu jedna z driad.
- Kto powiedział że mamy złe zamiary? Zgubiliśmy się w waszych tunelach całkowicie przypadkowo. Jesteśmy zwykłymi poszukiwaczami przygód. Nie wyrządzamy szkód, gdy to nie jest konieczne. Więc skoro wasza przysięga mówi o złych zamiarach, to nic nie stoi na przeszkodzie, abyście nam wyjawiły prawdę. - głos Bubeusza był nadzwyczaj przyjazny, że driady nabrały zaufania.
- Za tymi drzwiami - zaczęła jedna z driad - jest sarkofag. Nie jest to jednak zwykły sarkofag. Każda driada z naszego rodu zna historię o tym, jak wiele lat temu potężna bestia wdarła się do naszych jaskiń. Był to wskrzeszony potwór legendarnego goryncza, trójgłowego smoka, który siał zniszczenie i roznosił zarazę w naszej krainie. Gdy w walce z nim zginęły najdzielniejsze spośród naszych sióstr, nasza ówczesna królowa posunęła się do drastycznych sposobów. Jako że posiadała największą magiczną moc spośród nas i ceniła nasze dobro nad wszystko i się zdecydowała się sama być przynętą dla tego potwora. Zwabiła go, do tej komnaty za przejściem chronionym aktualnie glyphem. Gdy toczyła z nim długą, jednak z góry przegraną walkę, nasze druidki zabezpieczały całą komnatę oraz jej wejście starożytnymi, mało komu znanymi zaklęciami. Nasza królowa zginęła, a potwór został uwięziony. Jednak nigdy nie wiadomo, kiedy rzucone zakęcią stracą swą moc, mimo że coraz częściej odmawiamy obrzędy, które je wzmacniają. Nie wiadomo też, czy potwór przypadkiem nie urósł w siłę, gdyż żadna z nas nie odważyła tam się udać. Więc prosimy was, nie idźcie tam, gdyż to może ściągnąć nieszczęście na nas wszystkich.
- No to mamy do czynienia z groźnym, powstałym z popiołu, trójgłowym szkarłactwem. - podsumował jednym zdaniem Hellburn. - Zwykła nekromancka robota, tylko dziwne że nie zjawił się tu jego pan. - w jego głosie słychać było nutkę ironii, która była pośrednio skierowana do Mastoriousa.
- Mi się zdaje że to coś więcej niż tylko ożywiony goryncz. - wzrok wszystkich był w tym momencie zwrócony na Mastoriousa, a raczej na jego oczy, jedyną odsłoniętą część twarzy. Były to zwykłe, ludzkie, granatowo-niebieskie oczy. To właśnie i zapewne nie tylko to różniło go od reszty nerkomantów.
- Driady, o ile mi wiadomo posiadają potężną moc. Niektórzy mówią, że potężniejszą niż elfy z wysokich rodów. Skoro z ręki tej bestii zginęła ich królowa, to mamy za tymi drzwiami potężnego przeciwnika, chyba jednego z najsilniejszych z którymi mieliśmy przyjemność kiedykolwiek walczyć.
- Skoro jesteś tym białym nekromantą, to może coś na to poradzisz? - zapytał podejrzliwie Fristron.

Ostatnio zmieniony przez Mastorious dnia 2005-06-05 14:40, w całości zmieniany 1 raz




Fristron z Avlee








--------------------------------------------------------------------------------

Wieczór, 9 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Nie mogę... - mruknął Mastorious - mówię ci, to nie jest zwyczajny, ożywiony stwór. To coś więcej.
- No tak... kolejny bezużyteczny mag - burknął Hell
- O co to to nie! - wykrzyknął Fristron - I tak dobrze że nie kolejny burkliwy ifryt!
- Spokojnie, spokojnie... - powiedział cicho Bubeusz
- Co mówicie...? - spytał po dłuższej chwili Mastorious
- Jeśli się nie mylę, to akurat nikt nic nie mówił - rzekł Fristron
- Ale... posłuchajcie! - szepnął Mastorious
Ryk. Odległy, przeciągły ryk. Ryk, który zmroził im krew w żyłach. Ryk...
- AAAAARGH! - wykrzyknął Fristron chowając się za Bubeuszem
- Cicho idioto! Chcesz żeby nas usłyszał? - rzekł ifryt
- Po co usuwaliśmy ten glyph... - jęczał w kółko Bubeusz - wyczuł, że go nie ma...
- Mamo, ja nie chcę umierać - łkał Fristron - i daj mi trochę koziego mleka... proszę, mamo...
- Idioci - mruknął Hell - musimy coś ZROBIÆ a nie stać tu bezczynnie i jęczeć.
Potrząsnął Bubeuszem, po czym uzmysłowił Fristronowi że potwór tu jeszcze nie przybył, a sam mag nie ma pięciu lat. Po chwili naradzali się cicho. Driady nie uczestniczyły w rozmowie.
- ...czyli tak: - mruczał Fristron - nakreślamy pentagramy. Bubeusz naładuje swój eterem, Mastorious białą nekromancją, moj zaś będzie naładowany ogniem przez Hella, by odciągnąć uwagę goryncza. Mastorious uderzą następnie strumieniem nekromanckim i ogłusza kreaturę. W tym czasie Bubeusz tworzy Pajęczynę, a ja tkam Sferę Magii. Jeżeli wszystko pójdzie gładko odeślemy stwora w Sferze do innej rzeczywistości.
Ryk. Znacznie bliższy niż poprzedni. Ryk żądnego krwi potwora. Ryk...
Fristron zajął natychmiast pozycję za Bubeuszem. Jednak tym razem po chwili sam wrócił do przytomności.
- Dobra, bestia jest blisko - rzekł Bubeusz - kreślimy pentagramy.
Po chwili trzy puste pentagramy zawisły nad magami. Hell mruknął:
- Jak ja mam to napełnić?
- Kiedy powiem "już" strzel we mnie strumieniem ognia... - rzekł Fristron
- Dobra... na już staAAA - wrzasnął mag podpalony przez ifryta - CO TY ROBISZ?!
- Strzelam promieniem ognia - rzekł Hell, czując, że własnie spełniło się jedno z jego marzeń
- To było DO NICH powiedziane! Jak powiem DO CIEBIE "już" to strzel we mnie strumieniem ognia.
- Dobra... - rzekł zwracając się do pozostałych - czyli na już... to nie do ciebie Hell... startujemy z napełnianiem... JUŻ!
We Fristrona uderzył strumień ognia, który mag przewodził bezpośrednio do pentagramu. Mastorious uderzył nekromanckim strumieniem w swój pentagram, zaś Bubeusz - mający najtrudniejsze zadanie - ładował do swojego eter. Rychło w czas.
Ryk. Wyraźnie dobiegający z oświtlonego blaskiem pentagramów korytarza. Ryk głodnego stworzenia. Ryk dzikiego stworzenia. Ryk jednego z najstraszniejszych potworów, jakie stąpały po ziemi. Ryk...
Ryk zbliżającej się śmierci.
Bubeusz
USER_AVATAR
Nagash








--------------------------------------------------------------------------------

5- 9 Vallathal

Nagash szedł po lesie w nieznanym nikomu kierunku. Im bardziej zagłębiał się w zarośla tym były on rzadsze, bardziej pousychane i straszne, wszędzie wokół unosiła się złowroga mgła. Nekromanta mimo iż wędrował kilka dni wcale tego nie mógł stwierdzić ponieważ słońce nie dostawało się do puszczy w której przebywał. Wydawało się tam jakby czas stanął w miejscu. Nie było w nim ŻYWEJ duszy gdy nagle dało się słyszeć hałas w zaroślach.
- To zapewne wiatr - pomyślał lecz wiatr nie powodował że czuło się tam złowrogą aurę i uczucie że ktoś cię obserwóje. Lisz przyśpieszył kroku, coś co znajdowało się w zaroślach również. Wtedy Nagash zaczął biec i nagle się zatrzymał. Ktoś go jednal śledził.
- Kim jesteś ?? - lecz odpowiedzi nie było, słychać było za to że ktoś się porusza i krąży wokół. Nagashowi nerwy nie wytrzymały i wystrzelił gwałtownie w zarośla.
- W coś trafiłem na pewno i nie była to roślina ani kamień - pomyślał i powoli odchylił krzaki. Nie było tam nic oprócz fioletowo-czarno-srebrej plamy, była ona lepka i bezzapachowa. Nagle Nagash stracił przytomność i padł na ziemię

****** Nieokreślony czas i miejsce ******

- Nie uciekniesz przede mną - mówił głos sapiąc co chwilę - Czuję twoją krew ! Czuję zapach strachu, wytropię cię i tak, nie masz co uciekać.
- Nie, zostaw mnie !! Nie poddam się tak łatwo !! - krzyczała jakaś postać, która przypominała Nagasha.
Lisz biegł ile sił gdy spostrzegł że drzewa się kończą i robią krąg w środku którego stoi coś podobnego do kamienia, który był... zakrwawiony. Jakaś dziwna niewidzalna siła rzuciła nekromantą na kamień i przywiązała go tam.
- Mam nadzieję że nie boisz się ciemności - syczała postać. Wyglądała ona zupełnie jak dziewczyna i była w białej szacie z dziwnymi czerwonymi plamami i twarzą zakrytą długimi czarnymi włosami. Na jej dłoniach były widoczne liczne rany i ślady.
- A czemu pytasz w takim momencie czy boję się ciemności ??
- Ponieważ zaraz ją zobaczysz, tyle że już nigdy się nie obudzisz - ryknęła zjawa/dziewczyna.



- Nieeeeeeee!!! - krzyczał Nagash i nagle obudził się na środku kręgu drzew, który właśnie się mu śnił - Gdzie ja jestem, dlaczego ? Ale jak ?? - pytał lecz odpowedzi nie było.
Wszystko wyglądało tak samo jak we śnie, był nawet i kamień.. i był on zakrwawiony. Jedyne czego nie było to dziwnej postaci dziewczyny. Gdy wstał już op odzyskaniu sił zobaczył że na ziemi były ślady, były to ślady jakby ktoś ciągnął tu kogoś lub coś. Zastanawiające było jednak że ślady kończyły się tam gdzie obudził się Nagash... poza tym nie było widać śladów tego, który ciągnął.

Ostatnio zmieniony przez Nagash dnia 2005-05-29 18:45, w całości zmieniany 1 raz


Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

Noc, 9 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Widzieli tylko niewyraźne kontury. Czegoś. Kogoś. Goryncza, który zdawał się być czymś większym niż tylko potwór.
Wyszedł z cienia. Był naprawdę wielki. Tak wielki, że z trudem poruszał się po korytarzu, a o zawracaniu w ogóle nie mogło być mowy. I w tym właśnie upatrywali szansy podróżnicy.
Ale było coś, co nie pasowało do prymitywnego obrazu siły. To były oczy. Nie umieliby określić ich koloru - chyba że pozwoliliby im mówić, że był to kolor pustki. Niezmierzonej i niezgłębionej. A także przerażającej.
Goryncz zaryczał dziko. Mastorious dał tylko znak ręką żeby już zaczynali.
Pentagram Fristrona, napełniony ifryckim ogniem przesunął się do przodu i wyrzucał ładunek na potwora. Goryncz ryknął z bólu i rzucił się na pentagram. Wtedy uderzyły dwa pozostały, osłabiając przeciwnika i zadając mu poważne rany.
Teraz liczyła się każda sekunda. Mastorious utkał szybko promień, lecz tak się śpieszył, że niezbyt dobrze wycelował - i trafił w strop. Kamienie zaczęły lecieć na maszkarę, która zaryczała tym razem ze złości - bo choć wcale nie bolały go walące się na głowę głazy - to czuł, zrozumiały zresztą, dyskomfort z tego względu. Jednak, choć walące się na głowę przeciwnika głazy miały swoje dobre strony, osiągnięto skutek odwrotny od zamierzonego. Zamiast ogłuszyć stwora doprowadzono go do szału.
Nie wiadomo, jakby to się skończyło gdyby nie interwencja nieocenionego Bubeusza. Skończył rzucać Pajęczynę szybciej, niż przewidywał plan i dzieki temu smok został zablokowany. Istniała jednak ciemniejsza strona tego posunięcia Białego Maga; Fristron miał naprawdę mało czasu na utkanie trudnego zaklęcia, jakim była Sfera Magii. Bubeusz nie mógł w końcu trzymać zaklęcia w nieskończoność.
I wtedy stało się coś, co pogorszyło tylko i tak już kiepską sytuację drużyny: goryncz zaczął rozpuszczać wokół Zarazę. Dosięgła ona Bubeusza, co skończyło się przerwaniem czaru. Mastorious zaś, który nieopatrznie wysunął się naprzód oberwał ogonem. Hell długie lata jeszcze wspominał widok samotnego Fristrona naprzeciw olbrzymiego goryncza. I uczucie, że jednak skurczybyka lubi. I swój cios, zadany gorynczowi...
Stwór obrócił się nieco, zawadzając o ściany i zamierzył łapą na ifryta. Kiedy ten był przygotowany na cios, usłyszał ciche "bzyt" i kiedy otworzył oczy ujrzał zaskoczonego goryncza w czymś na kształt bańki mydlanej, zmniejszającej się - naturalnie masa stwora także się kurczyła - driady niosące nieprzytomnych Bubeusza i Mastoriousa i uśmiechniętego Fristrona.
- Dzięki - rzekł mag - gdybyś się nie wtrącił wszyscy byśmy teraz przypominali... no, nie byłby to estetyczny widok.

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:39, w całości zmieniany 1 raz

Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

Czas i miejsce nieznane

Wielki, czarny orzeł szybował na krwioczerwonym niebie. Błyskawice przecinały co chwila ponure niebo, a w dole rozbrzmiewały odgłosy jakiegoś tajemniczego obrzędu. Słychać było wycie wilków lub innych stworzeń. Orzeł zniżył lot. Na spalonej, czarnej ziemii stał kamienny ołtarz, otoczony z wszystkich stron tajemniczymi postaciami w czarnych kapturach. W środku stała kolejna postać, z rękoma wzniesionymi ku niebu. Między jej dłońmi skakała niespokojnie energia, przybierając postać iskrzących się błyskawic. Krąg osobników otaczających postać w środku również wzniosła ręce ku górze, a wtedy zabrzmiał donośny głos przewodniczącego rytuałem. Słowa zaklęcia poniosły się daleko na wszystkie strony świata. Wycie wilków ucichło momentalnie, a z ołtarza, na którym najwyraźniej nie znajdował się człowiek, tylko jakiś przedmiot, wybuchnęły kłęby czerwonego dymu, który rozpływał się na całą okolicę. Z dłoni przewodzącego rytuałem wytrysnęły błyskawice. Jedna z nich ugodziła orła, który zatrzepotał skrzydłami w powietrzu i zaczął opadać. Zanim upadł na ziemię, przemknął mu przed oczami widok nachylających się w kierunku ołtarza postaci. Wyciągnęły one ręce, z których strzeliło fioletowe światło, ogniskując się na czymś, co leżało na oltarzu. Rozległ się huk, lecz orzeł już go nie słyszał. Czerń wypierała powoli fioletowe światło oblewajace całą okolicę, i już po chwili ptak przestał widzieć cokolwiek.

Noc, z 9 na 10 Vallathal

Z wszechogarniającej ciemności powoli zaczęły się wyłaniać jakieś kształty. Bubeusz potrząsnął głową i wszystko wróciło do normy.
-Zaraz? Gdzie ja jestem?- zapytał.
-Tam, gdzie stałeś, zanim zemdlałeś. Nic się nie zmieniło.- odparł mu Hellburn. Bubeusz już siedział, rozgladając się chaotycznie na wszystkie strony. Wróciła mu pamięć, wiedział już, co się przed chwilą wydarzyło. Zauważył Fristrona, który również był nieprzytomny, tyle że machał rękoma wydająć jakieś dziwne dźwięki.
-A temu co znowu?- zapytał Bubeusz.
-To co zwykle. Zemdlał zaraz po tobie. Zaraz się obudzi i znowu będzie nas męczył jakimiś opowiastkami o swoich wizjach.- odrzekł ifryt. I istotnie, Fristron już się budził. Kiedy doszedł do siebie, rzekł:
-Ale miałem dziwną wizję. Jakiś dziwny rytuał z lotu ptaka...
-TY TEŻ?!- wykrzyknął Bubeusz. -Niesamowite...
Magowie chcieli wymienić spostrzeżenia odnośnie owej wizji, lecz Bubeusz nagle zasłabł, a był to efekt gorynczowej Zarazy.
-Hmm... mam wrażenie, że czas na małą przerwę w podróży.- powiedział Hell, patrząc na swoich towarzyszy.
-Ale chyba nie zatrzymamy się tutaj? Przecież to zaraz się zawali!- wykrzyknęły driady.
-Są dwa wyjścia. Albo zatrzymujemy się tutaj, albo idziemy wgłąb siedliska tego potwora. Według mnie wybór jest oczywis...- powiedział Fristron, lecz Hellburn mu przerwał:
-To Ty tu siedź z nimi, a ja skoczę zobaczyć, co jest na samym końcu tego tunelu.- i poleciał.
-No fajnie nas zostawił...- powiedział do siebie mag z Avlee i zaczął rozmyślać nad swoją i bubeuszową wizją. Nagle poczuł lekkie wibracje. Coś zaczęło się trząść, a po chwili nie było już wątpliwości: trzęsła się cała jaskinia. Driady porwały rannych, a ci co mogli, szybko pobiegli za nimi. Wkrótce dogonili Hella. Niestety walące się kamienie też szybko ich dogoniły. Ziemia pod ich stopami zaczęła pękać, a z góry znowu sypały się głazy. Pobiegli/polecieli dalej i znaleźli rozwidlenie dróg. Wybrali szybko prawą, lecz to był ich błąd. Okazało się, że była to tylko mała pieczara, a główny korytarz szedł dalej. Niestety, było już za późno na zmianę decyzji. Walące się kamienie zawaliły wyjście, a pęknięcia pokrywały powoli dach i ściany jaskini. Spanikowani wędrowcy rozejrzeli się szybko po grocie i zauważyli jakieś większe pęknięcie w podłodze. Ci, co mogli, wymienili spojrzenia i rzucili się w dziurę, wlokąc za sobą tych nieprzytomnych. Nagle rozległ się rumor walącego się sufitu. Kamienie, głazy i ziemia zwaliły się na biedną jaskinię, zgniatając wszystko, co w niej było. Lecz nikogo w niej już nie było.
Dużo, dużo niżej o ściany odbijał się właśnie odgłos wpadania do wody grupki ludzi.

Ostatnio zmieniony przez Bubeusz dnia 2005-06-05 15:03, w całości zmieniany 1 raz

Nagash
--------------------------------------------------------------------------------

10 Vallathal

- Co tu się u licha dzieje ?? Jakim cudem się tu znalazłem?? - pytał Nagash. Wokół były tylko przygniłe drzewa i złowroga mgła która już zaczynała pożądnie denerować lisza. Wiedział on że nie może tracić czasu, bitwa miała nadejść tuż tuż a on nadal był w punkcie wyjścia... nie dostał się do miejsca do którego miał zamiar dojść w jeden dzień a na dodatek był śledzony a możliwe nawet że uprowadzony przez jakąś dziwną istotę.
Nie zważając na to co działo się wcześniej nekromanta pozbierał swoje rzeczy które przypadkiem mu wyleciały i zaczął się przeciskać przez drzewa, słyszał tak jak wtedy szelest krzaków lecz postanowił nie zwracać na nie uwagi. Widocznie dobrze na tym wyszedł bo spory kawał drogi przeszedł bez przeszkód. Gdy zbliżał się coraz bardziej do celu zobaczył że mgła zanika a drzewa zaczynają być takie jak zawsze - czyli zielone i pachnące a ni przegniłe. Szelest również zanikł w miejscu gdzie Nagash przekroczył granicę górskiego lasu. Chodząc po lesie spostrzegł coś dziwnego - krzak który niedawno omijał szedł za nim. Żeby tego było mało miał nogi, tyle że z gałęzi. Gdy lisz kątem oka patrzył na krzak spostrzegł też że ma on ręce i oczy. Gdy próbował wspiąć się na drzewo aby ocenić swoje położenie gałąź się poruszyła a on spadł twarzą na ziemię. Po chwili drzewa które były w pobliżu się do niego zbliżyły. Wiedział że jest we właściwym miejscu.
- Czy to wy jesteście plemieniem entów i krzakoludzi zwane Khar`zardom? - spytał lisz.
- A kim jesteś aby o to pytać - odpowiedziało mu drzewo i oplotło go korzeniami tak aby nie mógł się wydostać, najwyraźniej ent nie wiedział że ów nekromanta nie potrzebuje nawet rąk do rzucania czarów.
- Jestem nekromantą - gdy usłyszał to ent mocniej zacisnął swe gałęzie - zwą mnie Nagash i nie jestem z czarnymi nekromantami znanymi jako rycerze śmierci, wiem że razem z orkami ścinają i podpalają waszych braci żeby zbudowac z nich machiny wojenne. Dlatego też chciałem was prosić o to abyście pomogli mi oraz białeym nekromantom w pokonaniu wroga.
- A skąd mamy wiedzieć że mówisz prawdę ??
- Gdybym miał złe zamiary nie podchodził bym aż tak blisko i nie dałbym się oplątać korzeniami, nieprawdaż ??
- Samodzielnie nie możemy podjąć decyzji o wypowiedzeniu wojny, musimy zebrać naszych braci, do tego czasu zostaniesz zatrzymany w jaskini. Będziesz traktowany jak jeden z gości lecz będziesz pod specjalnym nadzorem.
- Dobrze więc, skoro taka jest wasza decyzja to dam się schwytać - odpowiedział lisz i dał związać swoje kościane ręce a następnie został wprowadzony do jaskini która została zasłonięta twardymi gałęziami.

Ostatnio zmieniony przez Nagash dnia 2005-05-29 18:45, w całości zmieniany 1 raz

Denadareth
--------------------------------------------------------------------------------

Smok się poruszył. W mgnieniu oka Dragonthan był przy nim z mieczem, Isli otoczył się czarami ochronnymi a Denadareth sprężył się do skoku. Gad otrząsnął się zrzucając z siebie resztki przygniatających go głazów... i jednocześnie zmuszając Draga do desperackiego uchylania się przed odłamkami. Den zionał ogniem ale smok przeskoczył nad płominiami.
Gruzy uszkodziły, mu skrzydła... tyle dobrze Pomyślał Den. Isli zasypał potwora gradem zaklęć wypatrując najmieniejszej luki w obronie...

Dragonthan zaś przemówił potężnym, władczym głosem. Denadareth odwrócił się gwałtownie... Językiem smoków tej krainy były... zwykłe słowa ! Dragonthan kontynuował swą przemowę.
Smok jednak nie był zainteresowany. Machnał ogonem odrzucając £owcę Smoków i skoczył na Denadaretha... ten uderzył ogonem - zbyt wcześnie i kolec miast przeszyć szyję zjechał po łuskach. Błękitny uchwycił potężnymi pazurami cielsko Denadaretha i nim ten mógł pomyśleć o czarach cisnął Denem w kamienną ścianę. I skoczył dobić ofiarę. Uderzył jednak o magiczną ścianę stworzoną przez Isliego. Gdy odwrócił się by spopielić maga Islington uderzył strumieniem mocy w ziemię wzbijając chmurę pyłu która uniemożliwiła celne zionięcie.

I wtedy zaatakował Dragonthan. Pierwsze cięcie trafiło smoka w nogę, drugie w tłów. Trzecie wymierzone było w szyje ale smok odbił je skrzydłem. Drag uchylił się przd ugryzieniem, trafił bestię jeszcze trzy razy ale nie przebił łusek. Gdy smok miał przejść do kontrataku zamarł. Den i Isli nałożyli na niego Unieruchomienie.

- Może teraz Cię wysłucha - powiedział Isli - ale pospiesz się...
Fristron
USER_AVATAR
Dragonthan
--------------------------------------------------------------------------------

Południe 9 Vallathal

Drag począł seplenić coś w nieznanym języku. Smok ryczał gwałtownie. Nagle, gdy Drag zciszył głos, smok uspokoił się. Mamrotał tak Drag przez dłuższą chwile. Po 10 minutach smok przemówił tym samym językiem. Den i Isli poruszyli się. Smok począł nawijać bez końca. Po 20 minutach skończył.
- I co, co, co??? - niecierpliwił się Isli
- Nie uwierzycie... smok ten wychowywany był przez jakiegoś maga... pewnego dnia mag wylał na niego przypadkowo jakiś płyn i smok stracił odporność na czary, więc kwestie czarów mamy za sobą...
- Co jeszcze nawijał? - spytał Den
- Coś o górach kręgosłupu starożytnych i jakimś artefakcie ukrytym na jednym ze szczytów, ale nic konkretnego... potem coś o wojnie, a na końcu o elfach...
- Elfach? A co niby miałby do powiedzenia smok o elfach? - zachichotał Den
Drag popatrzył groźnie na Denadaretha i odwrócił się w stronę południa.
- To długa historia... niechętnie do niej powracam...
- Jeśli ma cośzwiązanego z tym smokiem musi być godna uwagi - zasugerował Isli
- Kiedyś, kiedy byłem jeszcze w szkole łowców smoków, pewien barbarzyńca zza gór wpadł na pomysł podbicia okolicznych terenów. Nasz obóz był neutralny, ale barbarzyńcy tego nie torelowali, więc przystąpiliśmy do walki. Szybko nam to poszło i po paru tygodniach byliśmy pod stolicą tamtej barbarzyńskiej krainy. Oblężenie trwało tydzień, a siódmego dnia wyłamaliśmy bramy. Wrógł zdołał jednak uciec tunelami, więc ruszyliśmy w pościg. Po 3 dniach dotarliśmy do krańcu gór śnieżnych, a po ich przekroczeniu weszliśmy do krainy elfów. Wytropiliśmy wroga po kilku godzinach wędrówki przez las i zaatakowaliśmy, ale to nie nasze strzały padły pierwsze, tylko elfów. Po kilku minutach było już po wszystkim. I tak oto poznałem Asani, łuczniczkę elfkę - tu Drag zamilkł na chwilę - Postanowiłem zostać na jakiś czas. I tak zakochałem się.
- Hihi - zachichotał Isli, Den dał mu w łeb. Drag popatrzył na nich uśmiechnął się i mówił dalej:
- Pewnego dnia wyruszliśmy na wyprawe na najwyższą górę wystającą z lasu. Zjawił się smok. Niewiadomo skąd i po co. Zrobił pare kółek i zaatakował nas. Broniłem jej ile tylko mogłem, ale smok ten to była matka, największy błękitny jaki w życiu widziałem, jej łuski były tak twarde, że moje strzały pękały na pół. Smok strącił ją w przepaść, a ja smoka. A ten tutaj to syn tamtej matki...

Ostatnio zmieniony przez Dragonthan dnia 2005-06-06 14:50, w całości zmieniany 2 razy

Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

Ranek, 10 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Fristron oprzytomniał. Nie widział nikogo...
- Hell? Bubeusz? Mastorious? Te - no - nie - wiem - jak - się - nazywałyście driady? - wrzeszczał
Coś tu było nie tak. Ostatnim wspomnieniem było wpadnięcie do jakiegoś podziemnego jeziora. A tymczasem był suchy, w obszernej komnacie. I w białych szatach...
Obraz zmienił się...
Stał przed gorynczem. Sfera Magii nie udała mu się i był przed potworem bezbronny...
A teraz patrzył w oczy Karze. Wyjęła nóż i zamierzyła się na niego...
Nieumarli wychodzili z wioski - widma. Breanon II umierał.
Enty...
Podpalił pochodnię i rzucił w enta...
- NIEEEEE! - wrzasnął
- Skoro krzyczy, to chyba się obudził - mruknął Hell
- Trzeba będzie mu załatwić jakiś dyplom od mdlenia. Naprawdę, nie wiem jak można zemdleć AKURAT kiedy wpada się do jeziora i AKURAT w taki sposób, że musimy go wyciągać... - burczała jedna z driad
- Co, gdzie, jak? - zapytał Fristron inteligentnie, po czym, żeby zamazać to wrażenie dodał - Nie dójcie krów przed północą.
- Żadnych krów tu nie ma, choć nieco mleka by się przydało... - mruknął Bubeusz z rozmarzonym wzrokiem.
- Gdzie jesteśmy? - spytał ponownie mag
- W jakiejś grocie... w każdym razie tu strop się nie wali
- Najdziwniejsze jest to - mruknęła jedna z driad - że to nie zostało wyrzeźbione przez nas. Naprawdę, nie wiem co tu żyło...
Fristron dopiero teraz rozejrzał się. Był w ogromnej grocie. Po lewej stronie było jezioro, zaś po prawej trzy korytarze.
- To co, ruszamy dalej? - spytał Hell
- A możemy najpierw coś zjeść? - spytał z nadzieją Fristron
- Nie, idziemy - burknął ifryt
- Drugi Destero - odburczał mag
- A właśnie... - rzekł ziewając Bubeusz - tak się zastanawiałem, czy jest sens aktywować te kręgi, skoro on nam się zgubił...
Zapadła cisza. Driady i Mastorious zastanawiali się co za kręgi, zaś pozostali rozważali tą możliwość...

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:39, w całości zmieniany 1 raz

Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

10 Vallathal

-Chociaż może jednak się nad tym głębiej zastanówmy, bo jak zaprzestamy akcji, a Destero przeżyje tą lawinę kamieni, to nas zabije.- mówił Bubeusz.
-Z nim to nigdy nic nie wiadomo, może już jest martwy, a może stoi za kamieniem i nas podsłuchuje.- dodał Fristron.
-Myślicie, że Destero żyje?- zapytał Hellburn.
-A nawet jeśli nie, jakoś za bardzo się tym nie zmartwiłem.- odparł Fristron.
-Kto to jest ten Destero?- spytał Mastorious.
-A taki jeden dziwak...- odpowiedział mu mag z Avlee, lecz Bubeusz mu przerwał pytaniem, które powinni zadać sobie już dużo wcześniej:
-Co dalej? Mamy zamiar tu siedzieć, czy się gdzieś ruszymy?-
-To zależy od ciebie, czy będziesz w stanie iść, czy nie.-
-Chyba mi to osłabienie już przechodzi. Widocznie Zaraza działała tylko za życia tego goryncza.- odrzekł Bubeusz. -No to jak? Idziemy! Tylko proponuję się tym razem nie rozdzielać.
-Popieram twój pomysł.- powiedział Mast i ruszyli w kierunku pierwszego lepszego tunelu. Laska Bubeusza rozbłysła białym światłem, aby oświetlała im drogę. Wkrótce wszyscy zniknęli w tunelu, który schodził coraz bardziej w dół.

-Ekhm...- za plecami idącego na przodzie Bubeusza rozległo się chrząknięcie.
-Co znowu?- wypalił ostro Hell.
-Czy w tym waszym cud-planie został uwzględniony taki szczegół, jakim jest obiad?- zapytał Fristron.
-A no właśnie, dawno nic nie jedliśmy.- zauważył inteligentnie Bubeusz.
-Ośmielę się zauważyć, że jedyne, co znajduje się tu do jedzenia, to te takie robaczki...- powiedział Mastorious, obserwując pochody oślizgłych robali pod ich stopami. Fristron wydał niepowtarzalne dźwięki.
-Bardzo zabawne, bardzo.- odburknął, kiedy odzyskał kontrolę nad gardłem.
-No w każdym razie dzięki temu niektórym odechciało się jeść.- odrzekł Mast.
Na tym rozmowa się urwała. Szli w milczeniu, wśród kolonii wijących się ohydnie robaków. Im tunel schodził coraz niżej, tym było ich więcej.
-Jak tak dalej pójdzie, to będziemy w nich pływać...- rzekł ponuro Hell, który bawił się w zamienianie robali w świetliki, strzelając w nie ogniem.
-Wątpię, że znajdziemy tutaj coś do jedzenia. A nawet jeśli, to będzie to albo ohydne, albo zeżarte do połowy przez te robale. Proponuję zawrócić.- odezwał się Fristron.
-Tak, też myślę, że tutaj nic nie zajdziemy... Ale zaraz! Co tam jest?!- wykrzyknął Bubeusz, kierunąc strumień światła na coś, co leżało oparte o lewą ścianę tunelu. Kiedy się zbliżyli, okazało się, że jest to trup jakiegoś wędrowca, obżarty do nagich kości przez robaki. Koło niego leżał worek z całym jego dobytkiem. Bubeusz pochylił się nad nim, próbując go zidentyfikować.
-Uważaj, co robisz! Musi być jakiś powód, dla którego on nie żyje! Może ten powód czai się właśnie w tym tunelu!- wykrzyknał Mastorious.
-A poza tym jego towarzystwo nie bardzo umila atmosferę...- dodał Fristron. Bubeusz musiał przyznać im rację, wobec tego złapał worek i zawrócili, co chwila oglądając się za siebie.
-Wolę nie wiedzieć, co siedzi w tym tunelu.- odparł Hell, który szedł ostatni.
-Pokaż, co tam masz!- krzyczał Fristron, zaglądając do worka.
-Jak na razie to widzę tylko te czerwone, oślizłe, wijące się, kręcące, wgryzające w worek...
-STOP!-
-Nie będę wkładać tam ręki, zobaczymy czy jest w nim coś przydatnego wysypując zawartość na ziemię.
-Chciałeś powiedzieć: Na te robale?
-Nie, opróżnimy go dopiero po wyjściu z tego zarobaczonego tunelu.

Zapadła cisza. Maszerowali pod górę w milczeniu, dopóki nie odezwał się Hellburn:
-Ten człowiek pewnie był zmęczony i usiadł, aby nabrać tchu, a wtedy robaki zjadły go żywcem. Tak przynajmniej przypuszczam.-
-Możesz nic nie mówić?!- wykrzyknął Fristron, czując jak mu się coś w żołądku przewraca.
-Możesz przestać mówić mi co mam robić!?- odkrzyknął Hell.
-To zamilknij i będzie spokój.
-Sam zamilknij!
-Eeeeh... Ciekawe jaka pogoda jest na powierzchni...- zapytał Mastoriousa Bubeusz, próbując nie zwracać uwagi na kłótnie za nimi.
-A kto by się takimi szczegółami przejmował...
Po krótkiej przerwie Bubeusz westchnął i powiedział:
-Grozi nam śmierć głodowa, a na dodatek nie wiemy, kiedy pora na śniadanie.
-Mnie to na szczęście nie dotyczy.- uśmiechnął się Mastorious. No ale jeśli chodzi o was, to masz rację, jedyne co da się tutaj wziąźć do ust, to powietrze...
-Niestety powietrzem najeść się nie da...

Minęło jeszcze trochę czasu, zanim nareszcie wyszli z tunelu. Bubeusz uroczyście otworzył worek i zmienił jego orientację w przestrzeni o 180 stopni w pionie. Wysypały się robaki, którymi od razu zajął się Hellburn, książka, dwie butelki z miksturami i jakiś dziwny przedmiot, przypominający trochę młynek do mielenia kawy połączony z żyroskopem i klepsydrą. W jego samym środku połyskiwała jakaś srebrna substancja.
-Oho, a cóż to takiego?- zapytał Mastorious i już miał się schylić po ów przedmiot, lecz Fristron był szybszy. Bubeusz tymczasem zaciekawił się księgą, zwijając przy okazji tak "od niechcenia" dwa flakoniki do kieszeni. Hell musiał się zadowolić spalonymi robakami.
-Pewnie w tym worze było jeszcze pełno żarcia, tylko te "zwierzaczki" wszystko wszamały...- rzekł z naburmuszoną miną. Tym razem Fristron mu nic nie odpowiedział, gdyż zajęty był bawieniem się magicznym "urządzeniem". Pokręcił odstającą korbką i nagle z urządzenia buchnął fioletowy dym, a ciesz znajdująca się w środku zawrzała. Zaskoczony mag odrzucił przedmiot, który poturlał się parę metrów wgłąb jaskini.
-Zostaw to może do czasu, aż dowiem się, do czego służy!- krzyknął Bubeusz, przerwawszy czytanie.
-On ma rację, lepiej nic nie dotykaj, bo nas jeszcze pozabijasz...- skomentował Hellburn. Tymczasem urządzenie wróciło do poprzedniego stanu, nie rozsiewając już dookoła dziwnego, fioletowego aromatu. Zapadła cisza, wszyscy wpatrywali się w niezwykły przedmiot.
-I co tam wyczytałeś?- po dłuższej chwili milczenie przerwał Mastorious.
-Jak na razie wyczytałem tyle, że ta książka jest pisana nie znanym mi językiem.- odpowiedział Bubeusz robiąc niewinną minę.
-Eh... Zawsze to samo! A nie mogłeś tak dla odmiany wyczytać, jak to urządzenie produkuje jedzenie?! Głodny jestem!- zdenerwował się Fristron.

Ostatnio zmieniony przez Bubeusz dnia 2005-06-05 15:06, w całości zmieniany 1 raz

Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

Południe, 10 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Mastorious chwilę wpatrywał się w urządzenie razem ze wszystkimi, po czym rozejrzał się po grocie.
- Nie zastanawiacie się przypadkiem, gdzie podziały się driady?
Fristron zamrugał i rozejrzał się.
- Ups...
- Trudno - mruknął Bubeusz. Nie mógł się bardziej mylić.

***

Popołudnie, 10 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Hell siedział w okolicy jednego z korytarzy i podpalał robaki. Bubeusz cicho rozmawiał z Mastoriousem, zaś Fristron próbował odczytać runy z księgi.
- To będzie... F... nie, to G... ale skoro tak, to po co ten ogonek... - mruczał - a więc to musi być D. Teraz nic i kolejne słowo... to poznaję, E. Tu P. A tu I. Uff idzie teraz znacznie szybciej.
- Ile odczytałeś?
- Ostrzeżenie przed epi...
- Jak tak dalej pójdzie to za kilka lat poznamy pierwszy rozdział - prychnął Hell
- Nie poznacie i nie pożyjecie kilka lat - rzekła driada. Oczy wszystkich zwróciły się na nią.
- O, to ty? Czemu znowu bredzisz? - spytał Bubeusz - I gdzie byłaś?
- Zabili Vertanna! - wrzasnęła - Eleighe! Mathaniere, eleighe, umerthana! Eleighe! Koliammo Vertann! Nanthan deilre Vertann usume!
Zewsząd wyskakiwały driady. Z wysoko położonych półek skalnych wychyliły się czarodziejki.
- Coś mi mówi że są bojowo nastawione... i że jest ich grubo ponad dwie setki.
Było grubo ponad dwie setki. A nawet grubo ponad pięć setek.

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:40, w całości zmieniany 1 raz
Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

10 Vallathal

-O kurka!- zawołał zaskoczony Bubeusz. Stali przerażeni na środku jaskini, a driady zmniejszały krąg, coraz bardziej ich otaczając.
-Ale... jak...? Dlaczego...?- Fristron nie mógł uwierzyć w to co widzi.
-Jak? Dlaczego?- zaśmiała się przywódczyni hordy driad. -Ano po prostu ciągle was oszukiwałyśmy! Nie przewidzałyśmy tylko jednego - że jesteście zdolni zabić Vertanna. Lecz ta pomyłka już się więcej nie powtórzy... Zabrać ich!
-Ale jak to możliwe!? Nie rozumiem...
-Słuchaj ty niekumaty mały prostaku! Goryncz, którego zabiliście był naszym bóstwem! Nasz wspaniały Vertann został zabity przez garstkę prostaków! A w dodatku zawaliliście nasze piękne jaskinie! Zostaniecie oddani w ręce jedynego syna Vertanna, który spoczywa na końcu tego korytarza...- wskazała w zarobaczony tunel. Wszyscy wzdrygnęli się z odrazą. Zaczęli gorączkowo szukać jakiejkolwiek drogi wyjścia. Wiedzieli, że uciekające sekundy są ich ostatnią nadzieją, w tunelu bowiem nie będzie już żadnej szansy na ratunek.

-No rób coś! Mów coś!- Bubeusz usłyszał zrozpaczony głos Fristrona za plecami. Jemu jednak nie udzielała się panika towarzysza. Biały Mag sam się zdziwił, że był tak dziwnie spokojny. W jednej ręce trzymał swoją laskę, a w drugiej ów dziwaczny przedmiot, w którym ciecz nie wiadomo jak zmieniła kolor na czerwony. Czarodziej widział wszystko jakby w zwolnionym tempie, przez lekką mgiełkę. Driady już wyciągały ręce, aby ich porwać i zawieść do tunelu. Przez głowę Bubeusza przemknął tylko jeden impuls: "pokręć korbką".

Nie namyślając się wiele zgrzytnął magiczną maszynką.
Bubeusz
USER_AVATAR
Ashanti
--------------------------------------------------------------------------------

10 vallathal

Zgrzyt, skrzypienie metalu, łamanie gałęzi - takie odgłosy wychodziły z fortu, przygotowania trwały cały czas. Nie wiadomo było kiedy atak nastąpi. Ogólnie czas mijał wszystkim na rozmowach i ciężkiej pracy. Dzięki temu że przeciwnik zwlekał z atakiem biali nekromanci zdołali podbudować umocnienia i wytrenować walkę wręcz oraz inne dziedziny walki. Tymczasem Ashanti nie wiedziała co myśleć: z jednej strony była wściekła na Nagasha ponieważ zostawił ich na pastwę losu, z drugiej strony w jej umyśle rysował się jakiś zarys nadziei, że on wróci i pomoże wygrać bitwę. Traciła nadzieję na powrót do normalności, na okradanie jakichś bogaczy, na oszukiwanie w zakładach... bardzo jej tego brakowało, chociaż zawsze chciała rzucić to co było i wziąć się za poszukiwanie przygód.
- Uwaga !! Strzała - jakiś głos przywrócił demonkę do rzeczywistości, chwile po tym poczuła muśnięcie w nogę i to jak ktoś ją przewraca. Czas zaczął zwalniać, wszystko wokół zaczęło się robić ciemne. Jednak zanim zamknęła oczy zobaczyła stojących wokół ludzi a wśród nich Klaanga, potem nastała ciemność.

Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

Popołudnie, 10 Vallathal (Maj) MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Nie! Głupcze! Zostaw to! - ryknęła jedna z czarodziejek zaczynając inkantację Lekkiej Lewitacji. Wiedziała że nie zdąży. Wiedziała że mag nie jest sobą. Wiedziała, że czas zmykać.
Sziiiis...
- Co to? - jęknął Fristron - Co to do cholery jest?!
- Zostaw to kretonie! - warknął Hell zabierając Bubeuszowi urządzenie
Sziiiiiiiis...
- Vertann Usume! - krzyknęła jedna z driad - Thiori Treighte, Vertann dial - upe! Kratonini perette eleighe! Eleighe perette Vertann Usume! Lavio! Lavio!
Driady podniosły krzyk. Lavio! Lavio! przetaczało się bez końca przez grotę. Z ciemności wynurzył się...
Trudno określić czym był. Trudno wyobrazić czym był. Nawet obłąkani prorocy nie wyśnili stworzenia tak szkaradnego jak syn Vertanna i Królowej Filhre. Jak niedojrzały driado - goryncz.
Najłatwiej było u niego wskazać łeb. Ogromny, pokryty kolcami, szlamem i inną bliżej nieokreśloną mazią, przywodzącą na myśl chrupiące kości i pękające ścięgna. Określenie reszty ciała było dużo trudniejsze. Pod głową majaczyło się coś w rodzaju ogromnego mózgu z wrośniętymi skrzydłami. Nogi przypominały... właściwie niczego nie przypominały. Po prostu były. Ohydne.
Groteskowy stwór mógłby budzić śmiech. Gdyby w ciepłej oberży śpiewał o nim uśmiechnięty bard. Ale w otoczeniu groźnie wyglądających driad, w jaskini, po której odbijały się krzyki Lavio! Lavio! budził grozę. Nieskończoną grozę.

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:42, w całości zmieniany 1 raz

Nagash
--------------------------------------------------------------------------------

11 Vallathal

Po dniu siedzenia w "więzieniu" entów do jaskini podszedł jeden z krzakoludzi.
- Masz szczęście, wielka rada właśnie przyszła. Masz do nich iść i wszystko wytłumaczyć - mówił krzakolud otwierając a raczej odsuwając gałęzie które torowały wyjście. Dla pewności jednak związał nekromancie ręce. Prowadził go przez chwile aż znaleźli się w środku tłumu (bo tak to można nazwać) entów i krzakoludzi.
- Masz złożyć pokłon wielkiej radzie !! - krzyknął strażnik po czym popchnął lisza na ziemie, lecz ten zamiast się wywrócić wyrwał się z więzów i rozciął strażnikowi ręke/gałąź. Gdy tylko inni to zobaczyli otoczyli Nagasha plączami aby nie mógł się wydostać.
- Czego od nas chcesz ?? - spytał najstarszy
- Pomocy, chce abyście razem ze mną i moimi przyjaciółmi zaatakowali rycerzy śmierci, a co za tym idzie również orków którzy zabijają i podpalają waszych braci. Przerabiają je na różne machiny którymi niszczą coraz więcej entów, a co wy robicie aby się im przeciwastawić ??
- Cisza !! Dosyć !! - krzyknął jeden z entów i udarzył gałęzią nekromantę.
- Nie !! Nie przstanę !! Przebyłem tutaj bardzo długą drogę, nieraz byłem w niebezpieczeństwie więc teraz się nie zamknę !! Jeżeli nie pomożecie nam to przegramy z rycerzami śmierci a oni zajmą całe te tereny. W późniejszym czasie zaatakują również was i nie jest przesądzone że ja będe jednym z nich. A ja znam się na zadawniu bólu waszym braciom - mówił lisz.
- Dobrze więc ! Ja oddam swoich braci pod twoje dowództwo - powiedział jeden z krzakoludzi.
- Ja natomiast nie zaryzykuję, skąd mam wiedzieć że nie jesteś wrogiem ??
- Ja również nie oddam !
- I ja też.
- Wychodzi więc na to że pod twoje dowództwo wejdzie 10 entów i 35 krzakoludzi, to wszystko na co nas stać. O nic więcej nas nie proś bo i tak ci się nie uda. Nasi bracia będą gotowi dopiero za 3 dni, wtedy będziesz mógł ich zabrać - ogłoszono.
- Cholera - przeklnął cicho lisz - Przez ten czas może być już za późno. No ale cóż... lepiej poczekać niż nie mieć nic .....

10- 12 Vallanthal

Przez cały czas demonka leżała nieprzytomna na leżance. Gdy w pewnej chwili a tak naprawdę 2 dni po tym jak zemdlała) poczuła jakiś mocny zapach w nozdrzach. Był on tak mocny że musiała wstać i nabrać świeżego powietrza. Gdy tylko otworzyła oczy zobaczyła przed sobą elfa z torbą i jakimiś dziwnymi medykamentami.
- Nareszcie się obudziłaś - powiedział do niej elf
- Czy, czy ja żyje ?? - spytała niepewnie Ashanti
- Tak, całe szczęście. Nazywam się Thurvandel, jestem elfem-zielarzem. Ocuciłem cię a przede wszystkim pozbyłem się trucizny z twojego ciała.
- Jakiej trucizny ?
- Widzisz, w strzale która cię musnęła była trucizna, dziwię się tylko skąd się tam wzięła ponieważ wojska białych nekromantów nie używają trucizn. Prawdopodobnie w waszym obozie jest szpieg.
- No a ty skąd sie wziąłeś ?? Wcześniej cię nie widziałam.
- Gdy usłyszałem o chorobie królowej od razu chciałem wyruszyć w drogę gdy dowiedziałem się że wy już po nią wyruszyliście. Postanowiłem ruszyć za wami i jestem ..... - powiedział Thurvandel - a teraz połóż się i wypoczywaj.

Ostatnio zmieniony przez Nagash dnia 2005-06-05 14:41, w całości zmieniany 2 razy

Islington

--------------------------------------------------------------------------------

Południe 9 Vallathal
- Nie uważam tego za dobry pomysł - mruknął Isli do Dena
- Daj Dragowi szansę - powiedział Den. Szansa została ofiarowana, ale nie Dragowi tylko smokowi, który nagle przełamał zaklęcia unieruchamiające i zaczął chaotycznie uderzać na oślep
- Co on robi? - krzyknął Drag
- To taka druga reakcja mojego czaru - napuszył się Isli - nie ma to jak szkoła prawdziwej magii - smok nie panował nad rucham swojego ciała, mógł zrobić tylko jedno... nie ruszać się. Kiedy pojął, że kolejna próba kontrolowania własnych kończyn zejdzie na niczym stanął w bezruchu.
- Czego chcecie? Jesteście zwykłymi bandytami napadającymi na moją rasę, czy może macie do mnie jakąś konkretną sprawę? Macie jeszcze chwilę zanim przełamię zaklęcia i będziecie zmuszeni do odwrotu.

Ostatnio zmieniony przez Islington dnia 2005-06-16 09:01, w całości zmieniany 1 raz


Dragonthan
--------------------------------------------------------------------------------

Południe 9 Vallathal

- Czy ktoś mógłby wkońcu przestać mamlotać i wyjaśnić mi co wogóle znaczą te czary Isliego?? - wkurzył się Drag
Den wzruszył ramionami, Isli stał w bezruchu. Smok mający dobry słuch skierował głowę w stronę grupy.
- Ja już nie wiem... najpierw król każe mi go zabić, potem okazuje się że to mój dawny rywal... nie nie nie... musze kiedyś z tym skończyć... proponuję przejść do jakiś negocjacji... hmm... a gdyby tak przekonać smoka do postawienia się po naszej stronie? Będzie bronił ziem zachodnich... tylko trzeba przekonać do tego króla...
- Myślisz że dasz rade go przekonać? - spytał Den
- Będzie ciężko, ale trzeba zaryzykować... to jedyna szansa na szybkie zakończenie tej wojny... wprawdzie mnie tam wszystko jedno kto wygra, ale być może dostane za to troche więcej kasy - na twarzy łowcy pojawił się szyderczy uśmiech

Ostatnio zmieniony przez Dragonthan dnia 2005-06-06 15:03, w całości zmieniany 2 razy
Fristron
USER_AVATAR
Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

Popołudnie, 10 Vallathal (Maj) MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Nie! Głupcze! Zostaw to! - ryknęła jedna z czarodziejek zaczynając inkantację Lekkiej Lewitacji. Wiedziała że nie zdąży. Wiedziała że mag nie jest sobą. Wiedziała, że czas zmykać.
Sziiiis...
- Co to? - jęknął Fristron - Co to do cholery jest?!
- Zostaw to kretonie! - warknął Hell zabierając Bubeuszowi urządzenie
Sziiiiiiiis...
- Vertann Usume! - krzyknęła jedna z driad - Thiori Treighte, Vertann dial - upe! Kratonini perette eleighe! Eleighe perette Vertann Usume! Lavio! Lavio!
Driady podniosły krzyk. Lavio! Lavio! przetaczało się bez końca przez grotę. Z ciemności wynurzył się...
Trudno określić czym był. Trudno wyobrazić czym był. Nawet obłąkani prorocy nie wyśnili stworzenia tak szkaradnego jak syn Vertanna i Królowej Filhre. Jak niedojrzały driado - goryncz.
Najłatwiej było u niego wskazać łeb. Ogromny, pokryty kolcami, szlamem i inną bliżej nieokreśloną mazią, przywodzącą na myśl chrupiące kości i pękające ścięgna. Określenie reszty ciała było dużo trudniejsze. Pod głową majaczyło się coś w rodzaju ogromnego mózgu z wrośniętymi skrzydłami. Nogi przypominały... właściwie niczego nie przypominały. Po prostu były. Ohydne.
Groteskowy stwór mógłby budzić śmiech. Gdyby w ciepłej oberży śpiewał o nim uśmiechnięty bard. Ale w otoczeniu groźnie wyglądających driad, w jaskini, po której odbijały się krzyki Lavio! Lavio! budził grozę. Nieskończoną grozę.

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:42, w całości zmieniany 1 raz

Nagash
--------------------------------------------------------------------------------

11 Vallathal

Po dniu siedzenia w "więzieniu" entów do jaskini podszedł jeden z krzakoludzi.
- Masz szczęście, wielka rada właśnie przyszła. Masz do nich iść i wszystko wytłumaczyć - mówił krzakolud otwierając a raczej odsuwając gałęzie które torowały wyjście. Dla pewności jednak związał nekromancie ręce. Prowadził go przez chwile aż znaleźli się w środku tłumu (bo tak to można nazwać) entów i krzakoludzi.
- Masz złożyć pokłon wielkiej radzie !! - krzyknął strażnik po czym popchnął lisza na ziemie, lecz ten zamiast się wywrócić wyrwał się z więzów i rozciął strażnikowi ręke/gałąź. Gdy tylko inni to zobaczyli otoczyli Nagasha plączami aby nie mógł się wydostać.
- Czego od nas chcesz ?? - spytał najstarszy
- Pomocy, chce abyście razem ze mną i moimi przyjaciółmi zaatakowali rycerzy śmierci, a co za tym idzie również orków którzy zabijają i podpalają waszych braci. Przerabiają je na różne machiny którymi niszczą coraz więcej entów, a co wy robicie aby się im przeciwastawić ??
- Cisza !! Dosyć !! - krzyknął jeden z entów i udarzył gałęzią nekromantę.
- Nie !! Nie przstanę !! Przebyłem tutaj bardzo długą drogę, nieraz byłem w niebezpieczeństwie więc teraz się nie zamknę !! Jeżeli nie pomożecie nam to przegramy z rycerzami śmierci a oni zajmą całe te tereny. W późniejszym czasie zaatakują również was i nie jest przesądzone że ja będe jednym z nich. A ja znam się na zadawniu bólu waszym braciom - mówił lisz.
- Dobrze więc ! Ja oddam swoich braci pod twoje dowództwo - powiedział jeden z krzakoludzi.
- Ja natomiast nie zaryzykuję, skąd mam wiedzieć że nie jesteś wrogiem ??
- Ja również nie oddam !
- I ja też.
- Wychodzi więc na to że pod twoje dowództwo wejdzie 10 entów i 35 krzakoludzi, to wszystko na co nas stać. O nic więcej nas nie proś bo i tak ci się nie uda. Nasi bracia będą gotowi dopiero za 3 dni, wtedy będziesz mógł ich zabrać - ogłoszono.
- Cholera - przeklnął cicho lisz - Przez ten czas może być już za późno. No ale cóż... lepiej poczekać niż nie mieć nic .....

10- 12 Vallanthal

Przez cały czas demonka leżała nieprzytomna na leżance. Gdy w pewnej chwili a tak naprawdę 2 dni po tym jak zemdlała) poczuła jakiś mocny zapach w nozdrzach. Był on tak mocny że musiała wstać i nabrać świeżego powietrza. Gdy tylko otworzyła oczy zobaczyła przed sobą elfa z torbą i jakimiś dziwnymi medykamentami.
- Nareszcie się obudziłaś - powiedział do niej elf
- Czy, czy ja żyje ?? - spytała niepewnie Ashanti
- Tak, całe szczęście. Nazywam się Thurvandel, jestem elfem-zielarzem. Ocuciłem cię a przede wszystkim pozbyłem się trucizny z twojego ciała.
- Jakiej trucizny ?
- Widzisz, w strzale która cię musnęła była trucizna, dziwię się tylko skąd się tam wzięła ponieważ wojska białych nekromantów nie używają trucizn. Prawdopodobnie w waszym obozie jest szpieg.
- No a ty skąd sie wziąłeś ?? Wcześniej cię nie widziałam.
- Gdy usłyszałem o chorobie królowej od razu chciałem wyruszyć w drogę gdy dowiedziałem się że wy już po nią wyruszyliście. Postanowiłem ruszyć za wami i jestem ..... - powiedział Thurvandel - a teraz połóż się i wypoczywaj.

Ostatnio zmieniony przez Nagash dnia 2005-06-05 14:41, w całości zmieniany 2 razy

Islington

--------------------------------------------------------------------------------

Południe 9 Vallathal
- Nie uważam tego za dobry pomysł - mruknął Isli do Dena
- Daj Dragowi szansę - powiedział Den. Szansa została ofiarowana, ale nie Dragowi tylko smokowi, który nagle przełamał zaklęcia unieruchamiające i zaczął chaotycznie uderzać na oślep
- Co on robi? - krzyknął Drag
- To taka druga reakcja mojego czaru - napuszył się Isli - nie ma to jak szkoła prawdziwej magii - smok nie panował nad rucham swojego ciała, mógł zrobić tylko jedno... nie ruszać się. Kiedy pojął, że kolejna próba kontrolowania własnych kończyn zejdzie na niczym stanął w bezruchu.
- Czego chcecie? Jesteście zwykłymi bandytami napadającymi na moją rasę, czy może macie do mnie jakąś konkretną sprawę? Macie jeszcze chwilę zanim przełamię zaklęcia i będziecie zmuszeni do odwrotu.

Ostatnio zmieniony przez Islington dnia 2005-06-16 09:01, w całości zmieniany 1 raz


Dragonthan
--------------------------------------------------------------------------------

Południe 9 Vallathal

- Czy ktoś mógłby wkońcu przestać mamlotać i wyjaśnić mi co wogóle znaczą te czary Isliego?? - wkurzył się Drag
Den wzruszył ramionami, Isli stał w bezruchu. Smok mający dobry słuch skierował głowę w stronę grupy.
- Ja już nie wiem... najpierw król każe mi go zabić, potem okazuje się że to mój dawny rywal... nie nie nie... musze kiedyś z tym skończyć... proponuję przejść do jakiś negocjacji... hmm... a gdyby tak przekonać smoka do postawienia się po naszej stronie? Będzie bronił ziem zachodnich... tylko trzeba przekonać do tego króla...
- Myślisz że dasz rade go przekonać? - spytał Den
- Będzie ciężko, ale trzeba zaryzykować... to jedyna szansa na szybkie zakończenie tej wojny... wprawdzie mnie tam wszystko jedno kto wygra, ale być może dostane za to troche więcej kasy - na twarzy łowcy pojawił się szyderczy uśmiech

Ostatnio zmieniony przez Dragonthan dnia 2005-06-06 15:03, w całości zmieniany 2 razy




Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

Popołudnie, 10 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Bubeusz sięgnął po kołowrotek. Hellburn bez oporu oddał mu go. A mag kręcił, kręcił, coraz szybciej i szybciej...
Wszystko zamarło. Zamarł syn Vertanna, zamarły driady, zamarli Mastorious, Fristron i Hellburn. Był tylko Bubeusz i kołowrotek. Szybciej i szybciej. I coraz szybciej.
I nagle driado - goryncz zaryczał i zaczął się wściekle miotać. W głowie Fristrona zaczęło kiełkować podejrzenie, co do przeznaczenia kołowrotka. Ale nie czas był o tym myśleć.
- Mastorious, Hell, bierzemy go pod pachy i do jeziora! Niech kręci tym! - wrzasnął mag
- Do jeziora? - spytał Hell. Fristron zacisnął zęby
- Wytrzymamy. Szybko!
Driado - goryncz rozszarpał kilka driad i wściekle zakręcił łbem. Driady zauważyły ich ucieczkę. Zaświszczały strzały, zamruczały inkantacje zaklęć, zatupotała pogoń za nimi. Wtedy stało się coś, co wszystkich zaskoczyło. Tylko Fristron podejrzewał, że to się stanie.
Driado - goryncz rozpadł się. Rozleciał na kawałki. Driady stanęły osłupiałe. Zbiegowie byli coraz bliżej jeziora, lecz powoli, powolutku podnosił się brzęk. Niczym rój rozwścieczonych os skoczyły za nimi. Nikt nie strzelał z łuku, nie mruczał zaklęć. Chciały ich rozerwać na strzępy. Własnoręcznie.
Czwórka przyjaciół wskoczyła do jeziora. Woda, początkowo chłodna, pod wpływem temperatury ciała Hella szybko się ogrzewała. Ale uciekali. Driady nie odważyły się wejść, widząc, że do wody wskoczył ifryt.
Bubeusz oprzytomniał, wierzgnął i zaczął płynąć własnoręcznie, o nic nie pytając.
Dostrzegli światło. Odbili się, popłynęli szybciej. Temperatura wody stawała się nie do wytrzymania. Zaczynało im też brakować powietrza.
Wynurzyli się i szybko wyskoczyli na brzeg. Tylko Hellburn roztropnie został w wodzie, by driady nie zachciały przypadkiem rzucić się za nimi w pogoń.
- Ale co to było? Ten kołowrotek? - wykrztusił, gdy tylko ochłonął Mastorious
- Efriecta numbilis cum - mruknął Fristron
- Efekt symulacji bólu?
- Nikt nie próbował z tak mocną dawką, jaką Bubbi poczęstował tego stwora.
- Więc... przez to on się rozpadł?
- Wygląda na to, że jego ciało tak reaguje na taki bodziec. Swoją drogą współczuję mu.
- Czy ktoś - warknął Hell,nie wychodząc z wody - może mi powiedzieć, o co chodzi?
- Ten kołowrotek służył do zadawania bólu stworowi.
- Po co?
- A po co ojciec pasem ojcowskim łoi syna? Najwyraźniej ten jest niegrzeczny.
- Zamontowali mu takie coś, co odbierało te fale - rzekł Mastorious, łapiąc wreszcie, o co chodzi - które wytwarzał kołowrotek. Silna magia. I gnomia technika.
- Tak czy siak - rzekł Hellburn, rozumiejąc, że prawie nic nie rozumie - warto zwiedzić tą salę.
Salę skąpaną w mroku, pomyślał Bubbi. Bardzo mocno skąpaną w mroku.
Bubeusz
USER_AVATAR
Bubeusz

--------------------------------------------------------------------------------

10 Vallathal

Bubeusz spojrzał na tajemniczy kołowrotek, który wciąż trzymał w ręku. Dopiero po chwili dotarło do niego, co się stało.
-W takim razie ta cała puszka jest już niepotrzebna.- powiedział i wrzucił maszynkę do wody.
-Niee!!- krzyknął Fristron, szybko rzucając telekinezę. Urządzenie dziwnie zakręciło w powietrzu, kończąc swój lot w rękach maga z Avlee.
-A po co Ci to?- zdziwił się Hellburn.
-Chociażby po to, żeby przekierować te fale na ciebie- odparł Fristron robiąc perfidną minę. -A tak naprawdę, to myślę, że może uda nam się to sprzedać za parę groszy. Nie zapominajmy, że od dłuższego czasu nie miałem nic w ustach.
-A gdzie chcesz to sprzedać? Nie zapominaj, ze siedzimy gdzieś pod ziemią, odcięci od świata i nie mamy pewności co do tego, czy zobaczymy jeszcze kiedyś słońce...- burknął Bubeusz.
-Ale się z Ciebie optymista zrobił, nie ma co.- odrzekł Fristron.
-Może tak się ruszycie i pójdziemy?- zapytał niewinnie Mastorious.
-W te ciemności?- przeraził się Fristron.
-A masz jakieś inne wyjście?- odpowiedział Hellburn. -No chyba że chcesz się popluskać we wrzącej wodzie, a potem uciąć sobie miłą pogawędkę z driadami...
-Bub, rzuć no tu trochę światła i idziemy! Tylko żwawo!

Ponury pochód znów maszerował w ciemnym tunelu. Bubeusz rozświetlał swoją laską ciemności przed nimi, za nim szedł Hellburn, mający w razie czego obronić białego maga przed niespodziewanym atakiem, za nimi maszerował cichy Mastorious, a na samym końcu dreptał Fristron, któremu coraz bardziej burczało w brzuchu. Zarosły korzeniami i opleciony przez pajęczyny tunel dawał do zrozumienia, że tędy od dawna nikt nie chodził.
-Zastanawiacie się może, gdzie się teraz podziewa Destero?- zapytał po dłuższej przerwie w rozmowie Bubeusz.
-Jakbyśmy nie mieli ważniejszych problemów na głowie...- mruknął Hell.
-No pewnie, co cię tam będzie obchodził Destero, jaśnie hrabia w końcu dba tylko o swoje dupsko...- wtrącił się Fristron.
-Dawno nikt Ci zębów nie wybił?!- krzyknął Hellburn, któremu w tym momencie skończyła się cierpliwość.
-Zaraz spokojnie, nie tak...- zaczął się bronić zaskoczony mag.
-Uspokójcie się! I bez tego mamy wystarczającą ilość kłopotów!- próbował interweniować Mastorious, lecz wściekły Hell nawet go nie słyszał. Po sekundzie ifryt już tarzał się razem z Fristronem po ziemi. Bubeusz przysłonił twarz ręką, kiwając głową i zastanawiając się, co by było, jakby teraz się coś wyłoniło z tunelu...

Ostatnio zmieniony przez Bubeusz dnia 2005-05-27 16:10, w całości zmieniany 1 raz



Fristron z Avlee

--------------------------------------------------------------------------------

Późny Wieczór, 10 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

I faktycznie - z ciemności wyłoniła się maszyna nieco przypominająca kombajn bez dachu. W środku siedział gnom, wyraźnie zaskoczony widokiem grupki przyjaciół. Owa grupka zresztą zamarła. Pierwszy odezwał się Fristron:
- Jedzenie! - wrzasnął, z impetem zrzucając z siebie Hella i podbiegając do maszyny - Dobry gnomie, chyba nie pożałujesz talerza zupy strudzonym podróżnikom?
- Bo jak nie... - mruknął Bubeusz, czując, że też robi się głodny
- Cicho Bubbi - rzekł Fristron - dasz talerz zupy?
- Chwileczkę - burknął gnom - co tu robicie?
- Kręgi... - zaczął mruczeć mag z Avlee - psionik... driady... goryncze... jeziora... ifryty... to długa historia...
Gnom patrzył na przyjaciół podejrzliwym wzrokiem. Po chwili jednak wzrok mu zelżał.
- Dobra, opowiecie mi przy zupie - rzekł gnom. Fristron odetchnął z ulgą.
Pobiegli truchtem za przedziwnym pojazdem.

***

Ranek, 11 Vallathal (Maj). MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Nie mogłeś zamieszkać gdzieś bliżej? - stęknął Fristron
- Chciałem żeby mój dom był dobrze ukryty, a zarazem by było blisko do wyjścia na powierzchnię... o, to mój dom
Niewielki murowany domek wydawał się dla wędrowców istnym pałacem.
- Zapraszam, zapraszam... no, zaraz będzie ogórkowa
- Ogórkowa? - zdziwił się Fristron - A skąd masz warzywa?
- Ogórki to, według ostatnich odkryć nie warzywa - zaczął wykład gnom - a owocem...
- Dobrze - przerwał Mastorious uprzejmym tonem - ale skąd masz ogórki?
- Mówiłem że blisko stąd do powierzchni - uśmiechnął się gnom
Weszli do środka. Fristron westchnął z błogością. Bubeusz mruknął, że owszem, lubi ogórkową, ale wolałby rosół z roka.
- Ach, gdzie nasze maniery - rzekł Mastorious - zapomnieliśmy się przedstawić. To Fristron z Avlee, to Bubeusz, ten burkliwy ifryt to Hellburn, ale wszyscy mówią mu Hell, a ja jestem Mastorious
- A mnie zwą Preston Thierccophe - rzekł gnom - chodźcie, nalewam

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:43, w całości zmieniany 1 raz


Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

Ranek, 11 Vallathal
-...albo zaczekajcie chwilkę, zawołam najpierw moją żonę, wypadałoby, żeby też zjadła z nami.
-Thierco?- wykrztusił Fristron.
-Mów mi Preston.- odrzekł gnom pokazując mu wszystkie zęby. Po chwili wszyscy siedzieli przy prostokątnym, rozległym stole, przykrytym nieumytym obrusem. Czekali na Prestona, który poszedł zawołać małżonkę i wpatrywali się w wielki kocioł, z którego wydobywały się kłeby pary i pysznego aromatu ogórkowej.
-Mniam...- Fristron wywalił jęzor i zaczął pocierać ręce. Siedzący obok niego Hellburn stuknął go łokciem w żebro.
-Zachowuj się jakoś! Nie chcę, żeby nas stąd wywalili przed skończeniem zupy. A za ten tekst w tunelu, to jeszcze Ci się dostanie..-
-Zamknij się, Preston wraca! Ała, i przestań mnie bić!
W drzwiach stanęła uśmiechnięta para. Gnomica weszła pierwsza i dygnęła lekko, mówiąc:
-Witajcie, na imię mi Enna.
-Uhm.. Bardzo nam przyjemnie..- Bubeusz, jako że siedział najbliżej, powstał i przywitał ją w imieniu całej grupy. Zasiedli do stołu i Preston zajął się nalewaniem ogórkowej.
-Mogę spytać, co to za urządzenie, którym po nas przyjechałeś?- przerwał milczenie Matorious.
-A to to taki mały pojazd, który ułatwia mi poruszanie się w tych tunelach. Codziennie robię obchód.
-W celu?
-W celu sprawdzenia czy wszystko jest w porządku, a do tunelu, w którym was spotkałem, jeżdżę zwykle po wodę. To podziemne jeziorko jest jedynym źródłem wody w okolicy.
-W takim razie chyba zrobimy sobie mały zapas tej wody, jeśli pozwolisz.
-Oczywiście, ale najpierw zupa.- gnom zrobił wesołą minę, a Fristron zauważył, że lubi tego gnoma.

Zajadali się bez słowa, tylko gnomie małżeństwo świergotało nieustannie. Po skończonym posiłku (pomińmy przykry incydent, w którym to część zupy za sprawą kłótni Fristrona i Hellburna wylądowała na podłodze) grupka wesołych towarzyszy napełniła swoje tobołki niezbędnymi artykułami i wyruszyli w dalszą drogę, pożegnawszy uprzednio przemiłych gospodarzy.

Ostatnio zmieniony przez Bubeusz dnia 2005-06-05 15:16, w całości zmieniany 1 raz


Fristron z Avlee




--------------------------------------------------------------------------------

Południe, 11 Vallathal (Maj), MCCLXXVI r. Drugiej Ery

- Podejrzana parka - mruknął Hell
- Co w nich podejrzanego? - zdziwił się Bubeusz
- Ogórki! Pod ziemią! - warknął ifryt -
Fristron pokręcił z rezygnacją głową. Bubeusz westchnął głośno.
- Patrzcie! - krzyknął Mastorious - Wyjście! Powierzchnia!
Faktycznie, pomiędzy gąszczem stalaktytów, stalagmitów i kolumn skalnych przedzierał się blask słoneczny.
Przeszli przez ten malutki labirynt. Zobaczyli na północy Daishad a na południu spore miasto. Daleko na horyzoncie majaczył się inny łańcuch gór.
- Co to za miejsce? - spytał Fristron
- Ironthal - rzekł Bubeusz - Bastion cywilizacji przed Daishad. Dalej już jest tylko Sandbend, ale to mała oaza, i... - tu zadrżał
- ...i Dark Keep - dokończył spokojnie Mastorious
- Na razie może lepiej skoczmy do miasta napić się Syrenek, albo i czegokolwiek innego, przespać się i zdobyć prowiant. - rzekł Hellburn
- W tej kolejności - wtrącił Fristron

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:44, w całości zmieniany 1 raz



Nagash
--------------------------------------------------------------------------------

14 Vallathal

Nagash razem z entami i krzakoludźmi wędruje od kilku godzin. Mimo iż próbują nie zwracać na siebie uwagi (szczególnie wroga) ciągle są atakowani przez orków. Straty nie były poważne, można nawet powiedzieć że znikome lecz Nagasha coś innego niepokoiło. Odkąd wyruszył z fortu nekromantów do lasu, nie odstępowało ich a raczej jego na krok. Wiedział że to gdzieś się czai. Pewnego razu postanowił to zbadać. Odłączył się od grupy entów a sam zaczaił się w krzakach.
- Emru naligi selum - mówił syczący głos - Twoja dusza jest moja - zabrzmiał po raz drugi głos. Lisz był bardzo zdenerwowany. Stracił zupełnie pojęcie w którą strone ma iść. Chwile później leżał nieprzytomny w krzakach.
- Liszu żyjesz ? - pytał ent który nad nim stał.
- Że żyje to truno odpowiedzieć lecz nic mi chyba nie jest oprócz tego że nie wiem co się stało i że jestem całkiem wyczerpany.
- Szliśmy gdy nagle spostrzegliśmy że cię nie ma. Gdy wreszcie jeden z nas cię zauważył widział nad tobą dziwne stworzenie. Mówiło w nieznanym mi języku lecz wyglądało na to że coś z ciebie wylatuje do jego ręki a zza jego płaszcza wylatywało coś czarnego co wchodziło w twoją czaszkę.
- Mówisz serio ?
- Tak, mogę przyrzec. Ale teraz jeżeli pozwolisz to ruszajmy bo orki wykryją naszą pozycję

Przez cała drogę nekromanta zastanawiał się nad tym co powiedział mu ent.
- Co to mogło być i co ze mną robiło ? - te pytania nurtowały jego umysł.

Ostatnio zmieniony przez Nagash dnia 2005-05-29 18:48, w całości zmieniany 1 raz
Fristron
USER_AVATAR
Bubeusz
--------------------------------------------------------------------------------

Południe, 11 Vallathal

Ruszyli żwawo w kierunku miasta. Wizja ciepłego łóżeczka i pysznej, przyzwoitej strawy dodawała im dużo więcej sił, niż zrobiłby to jakikolwiek eliksir Bubeusza.
-Jak już będziemy w mieście, to zrobimy taką małą naradę, bilans naszej podróży.- powiedział Bubeusz. -Więc Syrenki odstawimy na jutro, chce was widzieć trzeźwych.
-Przestań udawać Destera!- fuknął Fristron, który już czuł w ustach smak Kuszących Syrenek.
-Bubeusz ma rację, najpierw powinniśmy sobie wyjaśnić parę spraw.- rzekł Mastorious.
-A co tu jest do wyjaśniania?- zapytał mag z Avlee.
-Nie zapominaj, że nie towarzyszę wam od samego początku..
-Popieram.- dodał Hellburn szczerząc zęby. Oczywiście powiedział tak tylko i wyłącznie po to, żeby zrobić Fristronowi na złość, bo sam też wolałby zostawić obowiązki na później.

Wieczór, 11 Vallathal

-Musiałeś akurat tak zamówić pokoje?! Mam już dość towarzystwa tego pana co idzie za mną!- stękał Fristron.
-Och, jakie zabawne...- zza pleców Fristrona doleciał ich głos Hellburna. Niosący klucze Bubeusz westchnął i nie odpowiedział, zdając sobie sprawę z tego, że i tak nic to by nie zmieniło. Pokoje zostały specjalnie tak podzielone, żeby Bubeusz mógł w spokoju wtajemniczyć Mastoriousa.
-No to jesteśmy umówieni - dzisiaj śpimy, a jutro wszystko przedyskutujemy i pójdziemy na Syrenki. Jutro, a nie dziś w nocy, Frist!- powiedział Bubeusz, rzucając im klucze. Następnie wszedł do pokoju i zatrzasnął drzwi.

Ranek, 12 Vallathal

-I jak się spało?- zapytał Mastoriousa uśmiechnięty Bubeusz, składając pościel.
-Gdyby nie to, że w środku nocy obudziły mnie jakieś krzyki z sąsiedniego pokoju, to w porządku...- odparł biały nekromanta. -Fristron coś tam krzyczał, że Hell spalił mu poduszkę, czy jakoś tak...
-Hmm? Ja tam nic nie słyszałem.- powiedział Bubeusz, zabierając się za czesanie włosów. -A może zrobię warkoczyki na brodzie?
-Nie rób z siebie głupka, nie ma na to czasu.- odpowiedział Mastorious. Nagle ktoś zapukał.
-Możesz wejść Fristron.- rzekł Bubeusz, nie przerywając czesania.
-Skąd wiedziałeś, że to ja?!- mag z Avlee wparował do pokoju, zapominając się przywitać.
-A kto to mógł być, jak nie Ty? Hellburn przecież nie przybiegłby tutaj narzekać, jaką miał okropną noc.- biały czarodziej zachichotał.
-Ej no przecież to nie moja wina, że ten ifryt jest ifry.. tfu! Irytujący. A poza tym mają tutaj takie niewygodne łóżka! I okno się zacięło, jak chciałem otworz...
-Daruj sobie, idziemy.-

Siedzieli wszyscy na dole, zajmując najciemniejszy stolik w najciemniejszym kącie karczmy. Bubeusz rozłożył mapę. Fristron sączył powoli jeden malutki kufelek Syrenek. Biały mag zezwolił na to tylko dla świętego spokoju. O tak wczesnej porze nie musieli się raczej obawiać podsłuchu, ale mimo wszystko zniżyli głosy do szeptów. Nie przejmując się tym, że wyglądają jak jakaś zwariowana szajka bandytów planujących atak na miasto, Bubeusz powiedział, kreśląc palcem po mapie:
-Na sam początek chciałbym zauważyć, że calem naszej wędrówki jest aktywacja kręgu na pustyni. Bez amuletu nie da się tego osiągnąć, a ów amulet miał ze sobą Destero. Na dodatek nie wiemy, co się z nim stało i czy kiedyś się jeszcze spotkamy. Kolejną sprawą, którą chciałbym omówić, jest fakt, że oglądając ową mapę, zauważyłem, że coś mi tu nie pasuje… Pamiętasz, jak Destero opowiadał nam o pięciu kręgach?- zwrócił się do Fristrona.
-Raczej… Ale zechciej przypomnieć.- odpowiedział mag z Avlee.
-Więc… Destero pokazywał nam pięć kręgów: koło Harrow, ten który aktywowaliśmy, następnie na pustyni, na bagnach na zachodzie i w lasach Damar i Mistwood. Punkt kulminacyjny ich energii miał się znajdować na południe od Ironthal, miejsca gdzie jesteśmy.
-No i?- zapytał Fristron. Hellburn i Mastorious póki co słuchali.
-Przypatrz się uważnie tej mapie, drogi Fristronie.
-Nie wiem o co ci chodzi, mapa jak każda inna…- mruknął zapytany, wlepiając oczy w mapę.
-Spójrz na Perłowy Archipelag…- rzekł Bubeusz i z satysfakcją obserwował, jak oczy Fristrona stają się idealnie okrągłe.
-Szó… Szó..- wymamrotał zaskoczony mag z Avlee.
-Tak, przyjacielu. Otóż zauważyłem szósty krąg. Na owym archipelagu znajduje się szósty krąg, który pozwala nam obalić hipotezę Destera.
-Nie wierzę własnym oczom! Przecież on nie mógł tego przegapić! Może ta mapa jest niedokładna? A może szósty krąg powstał dużo później niż pozostałe?
-Nie mam najmniejszego pojęcia. Nie ma wśród nas już Destera, który by nam to wyjaśnił. Ale zauważcie, że bez amuletu nie możemy już aktywować kręgów, więc udanie się na pustynie uważam za bezcelowe. Jedyne, co mi teraz przychodzi do głowy, to wybranie się na te tereny, gdzie rzekomo miał znajdować się Ołtarz i dokonanie osobistej obdukcji.- mówił Bubeusz, popijając z kufelka Fristrona, którego tak zatkało, że nawet tego nie zauważył.
-Jeżeli diagnozy Destera są prawidłowe, a Ołtarz rzeczywiście tam jest, to na pewno wyczujemy jakąś magię, bądź aury. Zastanówcie się nad tym. Ja chciałbym na sam koniec jeszcze dodać, że zrobiłem przegląd w swojej saszetce... - urwał i położył na stół coś, co przypominało skórzany worek, który uprzednio odpiął od pasa.- ...i zauważyłem, że oprócz pustych menzurek po moich miksturach i tych dwóch eliksirów, które znaleźliśmy w jaskini...- mówiąc to wykładał wszystko kolejno na stół. - ...są tam jeszcze stronnice o Koronie Świata, wyrwane z mojej księgi oraz kartka, którą dałeś mi w Azaradzie, Fristron. Pozwolę sobie przytoczyć jej treść. Dla informacji: jest to fragment księgi, który opisuje Ołtarz Zmian: Korona Świata należy do najpotężniejszych konstelacji. Diadem umacnia jej astralną pozycję. Do zmiany wyglądu konstelacji potrzebne są najsilniejsze czary i artefakty, które tworzą razem Ołtarz Zmian. Oprócz tego trzeba odprawić Rytuał Spaczenia, który wymaga Eliksiru Nowego Świata i trzech innych artefaktów, oraz około dwunastu strumieni many naraz. Dlatego zmianę, spaczenie, bądź zniszczenie Korony uważa się powszechnie za niemożliwe. Teraz tutaj wymienione są artefakty niezbędne do utworzenia owego Ołtarza, składniki Eliksiru Nowego Świata oraz niezbędne artefakty konieczne do odprawienia Rytuału Spaczenia.- podał karteczkę Mastoriousowi. -Myślę, że fakty tu zapisane są dla nas teraz szczególnie ważne. Fristron, masz jeszcze tą swoją makietę? Fristron? Słyszysz mnie?- czarodziej spojrzał na maga z Avlee, który jak zahipnotyzowany wpatrywał się w bliżej nieokreślony punkt na ścianie karczmy. Otrząsnął się i spojrzał przytomniej na Bubeusza.
-Ty wiesz, co mi przyszło do głowy?- zapytał cicho.
-Skąd niby miałbym wiedzieć?-
-Ten cały tekst również może być wyssany z palca. Owego wieczoru, jak poszliśmy na Syrenki pod „Ciekawskiego Rumaka” do naszego pokoju włamała się Kara… Twoja magia wykazała, że ona grzebała coś przy tej księdze. - dramatyczna przerwa - A zaklęcia powodujące iluzję uczone są już na pierwszym roku…-
-Niesamowite…- szepnął Bubeusz. -A ja Cię wtedy pytałem, jakim cudem tak szybko znalazłeś to, czego szukaliśmy przez tyle dni…
-Z tego wynika, że wszystkie źródła, na których się opieraliśmy są bezpodstawne. I co teraz?- mruknął Fristron w zamyśleniu.

Ostatnio zmieniony przez Bubeusz dnia 2005-05-27 16:11, w całości zmieniany 1 raz


Nagash
--------------------------------------------------------------------------------

14 Vallathal, wieczór

- A więc tak, jesteśmy sto metrów od zamku. Jak na razie nie widać śladów walki a to oznacza że sie nie spóźniliśmy. Wy zaczekacie w pobliskich zaroślach a ja spróbuję się tam dostać i zbadać co się dzieje. Gdy wszystko będzie w porządku wtedy po was wrócę. Gdybym nie wrócił przez noc wracajcie do swoich - tłumaczył Nagash.
- Przecież nie będziemy mogli cię zostawić samego ! - odpowiedział mu ent
- Wziąłem za was odpowiedzialność i jeżeli mamy się wszyscy wykrwawić w jakiejś pułapce to wolę to lepiej sprawdzić aby wam to zaoszczędzić - odpowiedział lisz
- Od kiedy przejmujesz się tak naszym życiem ? Przeciez jesteś nekromantą, ważniejsze dla ciebie jest czy zginęliśmy i czy możesz nas ożywić do swojej armi. Nawet jeśli to pułapka to zaatakujemy wroga, nawet jeśli musielibyśmy ponieść najwyższą cenę.
- Dobra, ale teraz tu poczekajcie. - powiedział Nagash i ruszył. Od razu gdy stał sie widoczny został zatrzymany przez wartowników.
- Kim jesteś ? - krzyczeli gotowi do zadania ciosu
- To ja Nagash.
- Nie znam takiego. Czego chcesz ?
- Ehh przyprowadźcie pod brame Ashanti, demonkę.
- Nic z tego, już raz o mało nie straciła życia prze zabłąkaną strzałę.
- Albo ją tu zawołasz albo twoja rodzina zawiśnie na drzewie, rozumiesz?
- Tak jest! - odkrzyknął i pobiegł w głąb fortyfikacji. Drugi ze strażników stał nadal przed nim z kusza gotową do strzału.
- Kto mnie wołał ? - spytała demonka która właśnie wyszła zza bramy - To ty ? Nagash, wróciłeś ?? Gdzie byłeś ?
- Nie mamy na to czasu, ściągnąłem wsparcie. Otwórzcie bramy.
- Nie możemy. Tylko ktoś wyższy rangą może wydać taki rozkaz - krzyknęli strażnicy
- Dobrze wiem że są takie rozkazy ale jeżeli nie otworzysz tej bramy to możemy zginąć - tłumaczyła Ashanti.
- Albo zaraz otworzycie albo powąchacie kwiatki od spodu ! - tym razem porządnie zdenerwowany lisz szykował kule energi w swojej lasce. Reakcja strażników była następująca: jeden z nich zaczął biec z mieczem lecz został odepchnięty przez demonkę. Drugi zdołał wystrzelić strzałę z kuszy która leciała Nagashowi wprost między oczy. Jeszcze sekunda a lisz wydałby z siebie ostatnie słowo gdy nagle został odepchnięty gałęzią enta
- Dzięki, jeszcze troche i bym nie mógł ci tego powiedzieć. A teraz szybko wchodźcie do środka.

Ostatnio zmieniony przez Nagash dnia 2005-05-29 18:49, w całości zmieniany 1 raz


Fristron z Avlee
--------------------------------------------------------------------------------

Ranek, 12 Vallathal, MCCLXXVI r. Drugiej Ery

Zapadła chwila milczenia. Wszyscy patrzyli na usatysfakjonowanego Bubeusza.
- Zadam jedno proste pytanie - rzekł cicho Fristron - skąd wiesz, że amulet TEŻ nie był pomyłką Destera? Pokazywał jedynie pięć kręgów...
Teraz Bubeusz zamilkł.
- Mimo wszystko uważam, że warto najpierw udać się do Daishad - kontynuował wywód Fristron - Jeżeli nie uda nam się uaktywnić kręgu, wrócimy tutaj i pójdziemy do rzekomego miejsca ołtarza. Ale... jeżeli jest sześć, a nie pięć kręgów to ołtarza na pewno tam nie ma. Zresztą nawet jakby był, nic z tym nie moglibyśmy zrobić. Nie wydaje mi się, że jest zbyt blisko skorupy ziemi. A nawet jeśli, to może być chroniony zaklęciami tłamszącymi...
Bubeusz zakołysał się. Chyba pierwszy raz usłyszał od Fristrona rzeczowe argumenty, a nie marudzenie.
- Ponadto, jestem niemal całkowicie pewien, że tamten amulet jest niepotrzebny do uruchomienia kręgu na Daishad. - zakończył
- Jak to?! - wykrzyknęli naraz towarzysze, co spowodowało zaciekawione spojrzenia wśród innych gości. Fristron milczał jak grób, dopóki ostatni z ciekawskich nie przestał na nich zerkać. Wtedy powiedział cicho, ledwo dosłyszalnie.
- Spójrzcie tu.
Wyjął z jednej z przepastnych kieszeni opasłą instrukcję obsługi symulatora bólu. Otworzył prawie na środku, przekartkował szybko księgę i rzekł:
- Mam.
Spomiędzy kartek wysunął cieniutką książeczkę, wręcz broszurkę.
- Delikatnie... tylko żeby nie zniszczyć - mruczał do siebie
- Zanim nam cokolwiek o tym powiesz - rzekł Mastorious - zważ, że o kręgach musiałby mówić stary pergamin. A to nie przetrwałoby w podróży nawet dwóch miesięcy.
- Tak... - rzekł, mruknął coś cicho i broszurka zaczęła puchnąć. Po chwili zmieniła się w księgę.
- Doskonały kamuflaż - mruknął Bubeusz
- Przeczytałem tu - rzekł Fristron, kładąc księgę runiczną na stole - że każdy z kręgów ma oddzielny amulet. Każdy pokazuje stan pięciu kręgów...
- A więc... ale... przecież... - zaczął jąkać się Bubeusz
- Jak to odkryłeś? - burknął Hell
- W nocy - wyszczerzył zęby Fristron - chciałem poczytać do snu, jak mi spaliłeś poduszkę. Dawałeś dosyć światła.
- JA spaliłem poduszkę?! - wykrzyknął Hell - To znaczy... chrapałeś jak stado wołów z reumatyzmem!
- CHRAPA£EM? - ryknął Fristron, tracąc nad sobą panowanie - Ja CHRZ¡KA£EM cicho! Nigdy, przenigdy, nikt mi nie powiedział że chrapię!
- Celibat - mruknął cichutko, cichuteńko Bubeusz
- Słyszałem to - warknął mag z AvLee
- Może byś nam już powiedział, co jeszcze wykryłeś? - zapytał Mastorious
Fristron odczekał, aż znowu przestaną się na nich gapić, a potem rzekł.
- We wszystkich dokumentach jest mowa o pięciu kręgach. Pamiętaj, że Destero miał starszą mapę. To -wskazał na krąg na Perłowym Archipelagu - mogło powstać ze względu na pomyłkę katrografa, albo miała tu być imitacja kręgu!
- Lepiej to sprawdzić - rzekł Bubeusz
- Pewnie - warknął Fristron - lećmy przez cały kontynent, bo Bubi nie jest czegoś pewien. Jak będziemy uaktywaniać kręgi na południu, to tam też zajdziemy.
- A czego musimy szukać, by uaktywnić krąg na Daishad? - spytał Bubi
- Oka. Ale nie ma problemu - Oko jest już na kręgu. A raczej nad kręgiem.
Wszyscy spojrzeli na niego pytająco.
- Tak tu pisze - rzekł Fristron - jeżeli odejdziesz od kręgu nie uaktywniając go, Oko rozpłynie się w dłoni.
- Hm... - mruknął Bubeusz - hm... więc co robimy?
- No... - zaczął Fristron
- Ee... - rzekł inteligentnie Hell
- Idziemy na Daishad, a potem wracamy, by sprawdzić co z tym ołtarzem? - zaproponował Mastorious. Rozległ się ogólny pomruk wyrażający zgodę. Fristron z radością powitał kolejkę Syrenek, "zapomniał" podać jeden Hellburnowi i sam go wysączył, przez co Bubeusz musiał zrezygnować ze swojego, by zapobiec bójce. Zapomnieli o wyprawie i upili się na umór. Spali do następnego ranka...

Ostatnio zmieniony przez Fristron z Avlee dnia 2005-05-27 17:44, w całości zmieniany 2 razy

Dragonis
--------------------------------------------------------------------------------

3 Vallathal

Smoczy wojownik Dragonis cały dzień dziś przeklina. Dostał wiadomość od zwiadowców, że mag Sinsjur rośnie w siłę.
- Pięknie... a miałem wspaniały dzień - mruczy - a mistrz wymaga, żebym tam poleciał... no tak... cena bycia pół - smokiem...
Dragonis wiedział, że obowiązkiem Wojownika Smoczego Zakonu jest niszczenie zła na pustyni Daishad, a tam potężny czarnoksiężnik gromadzi armię
- Muszę przekonać mistrza, że równie dobrze mogę strzelić sobie z kuszy w głowę. To ma tyle samo sensu - i znów zaczął przeklinać w co najmniej 19 językach.


4 Vallathal

Pewnego słonecznego ranka w pobliżu Zakonu Smoczych Wojowników...
- To nie ma sensu - Dragonis wciąż kłócił się z mistrzem Wathem
- Sam nie poradzę sobie z Sinsjurem! TO SAMOBÓJSTWO! - dokończył. Na to spokojny mistrz odpowiedział:
- Nie pójdziesz sam. Przydzielę ci 30 najleprzych wojowników i 5 zwinnych smoków. I Fafnira. - przekonywał go Wathem.
- No... dobrze. A więc na co czekamy? - Dragonis po godzinie był gotowy i wyszedł na dwór. Czekali tam na niego pomocnicy, Smoki Cienia i Fafnir - jego ulubiony ognisty smok. Wsiadł na swą bestię, otrzymał ostatnie wzkazówki od mistrza i podeciał w stronę Dark Keep.

11 Vallatha

W czasie lotu mruczał pod nosem - Sinsjur zbiera armię, w Evandorze wojna, smoki zbzikowały, nieumarli hasają po pustyni... Ale miło. - i zniżył nieco lot, ponieważ zbliżali się do Kręgosłupa Starożytnych.


13 Vallathal

Dragonis już od dłuższego czasu leciał nad pustyną, gdy ujrzał dziwną budowlę z kamienia. Nie była to zwykła warownia czy fort, od tego miejsca promieniowała energia. Pogrążył się w zamyśleniu i w takim stanie leciał długi czas.

Ostatnio zmieniony przez Dragonis dnia 2005-06-04 18:12, w całości zmieniany 3 razy




Ashanti
--------------------------------------------------------------------------------

14 Vallathal, środek nocy

Wszyscy, którzy mieli na czym siedzieli przy ognisku. Ogień wydawał z siebie bardzo dużo ciepła ponieważ Ashanti co chwile dorzucała magicznego płomienia.
Enty jednak trzymały sie z daleka od ogniska rozmawiając o tym jak to będzie po tym "jak wygrają" gdy nagle z wieży strażniczej słychać głos:
- Do broni ! Wróg nadchodzi !
Gdy Klaang wszedł na mury dodał:
- Uwaga ! Katapulta! - krzyknął gdy nagle nad głowami świsnął wielki płonący głaz i uderzył w jeden ze słomianych namiotów podpalając go.
W całej fortecy (bo tak ją można nazwać po tygodnu barykadowania) szalał pożar. Wszyscy, którzy mieli pod ręką wodę próbowali gasić płomień, na szczęście
było tam mnóstwo magów specjalizujących się w magii wody i szybko uporali sie z pożarem. Wtedy pojawiło sie kolejne zagrożenie, były nim wielkie trebusze
które dziesiątkowały obrońców. Gdy pierwsze oddziały wroga ruszyły pod mury Thurvandel wydał rozkaz wylania na nich wrzącej smoły.
Zadziałało natychmiastowo, następne odziały wpadały w wilcze doły które wcześniej były starannie kopane.
- Czy zauważyliście że tu są tylko trzy grupy orków ? Oni chcą nas zagłodzić dlatego wysyłają małe odziały które maja nas zablokować - stwierdził jeden z żołnierzy
- Złe wieści, złe! Właśnie spalili nasze magazyny z prowiantem. Nie wytrzymamy oblężenia nawet przez 3 dni ! - krzyczał spanikowany nekromanta który niestety był człowiekiem (jak zresztą wszyscy) i musiał jeść i pić.
Bubeusz
USER_AVATAR
Dragonis
--------------------------------------------------------------------------------

15 Vallathal, kilka godzin po północy

Dragonis leciał już cały dzień i wkrótce pojawił sie przed nim Dark Keep. Nie zwolnił jednak lotu, w głowie kłębiło mu się za dużo myśli i poleceń: o koronie, o Sinsjurze, o Dark Keep... Zdecydowanie za dużo. Teraz w dodatku spostrzegł ogień na wschodzie (prawdopodobnie pożar), i gdyby nie jeden z żołnierzy, z pewnością przeleciałby nad zamkiem i odfrunął daleeeeko... Na szczęście wojownik spostrzegł zamyślenie Dragonisa dość szybko i zdążyli wylądować poza zasięgiem Sinsjura. Po wylądowaniu drużyna opracowała plan i wślizgnęła się do Dark Keepu, a następnie głęboko do podziemnej siedziby Sinsjura...

Dwie godziny później...

Dragonis szedł pierwszy. Nie licząc paru mutantów, nie spotkali nikogo aż do sali Sinsjura. Tam siedział zły mag pochłonięty czytaniem jakiejś księgi. Dragonis właśnie to wykorzystał. Skoczył na czarodzieja i wbił mu Smoczy kieł w plecy. Mimo iż był to silny mag, nie przeżył ciosu. Mutanty pozbawione przywódcy zostały posiekane jak mrówki, gdyż same garnęły się pod miecze i zasięg czarów. Ich liczba nie była duża, toteż szybko się z nimi rozprawili. W cały zamku nie było poza niedobitkami żadnego mutanta, a i one szybko ginęły. Walka była łatwa.

Około południa...

I już po walce... Z armii Sinsjura nie zostało nic. Dragonis rozkazał oddziałom powrót do domu zakonnego i po chwili został w mrocznej fortecy tylko on i jego osobisty oddział.
- Teraz weźmy co się da i puszczamy to z dymem! - wydał rozkaz. Sam zabrał się za poszukiwania. Ostrożnie wyjął z martwych rąk Sinsjura księgę, a następnie przeszukał komnatę. Prócz małej ilości złota nie znalazł niczego. Spokojnie wychodził na powierzchnię, gdy nagle usłyszał łomot ścian. Podziemie się zawaliło.
- Chodu, to się zaraz zawali! - i sam biegł co sił w nogach do bram. Gdy ostatni z rycerzy uciekł z zamku, wieże były już zawalone. Sam Dark Keep nie poniódł większych strat. Jednak wojownicy woleli się do niego nie zbliżać i wystarowali. Dragonis i jego oddział wkrótce byli już w powietrzu. Lecąc Dragonis spytał:
- Czy coś uratowaliście?
- Tylko to... - powiedział jeden z żołnierzy i wskazał na jakieś zawiniątko. Dragonis obejrzał je i osłupial. To było jajo srebrnego smoka...

Nieco później...

Dragonis spojrzał na księgę. Były