Oto nasza wspaniała przeszłość! Chwalebne archiwum Nimnaros.

Czas Klatchu - sesjaStrona główa » Inne sesje » Czas Klatchu » Czas Klatchu - sesjaStrona główa » Inne sesje » Czas Klatchu » Czas Klatchu - sesja
Czas Klatchu - sesja
AutorTreść
Alexei
Słońce powoli wstawało nad światem dysku, zbliżając się do jego krawędzi, podczas gdy wielki A`Tuin sunął przez morze wszechświata rozmyślając nad istotą istnienia. Właściwie naukowcy od wielu lat starają się dociec co myśli on/ona(jego płci też nie określili), jednakże jest to znacząco utrudnione w związku z niemożnością dostrojenia się do powolnego toku myślenia żółwia. Sam Świat Dysku to też nie jest zwyczajny świat. Składa się on rzecz biorąc z jednego (wyżej wspomnianego) żółwia, oraz czterech słoni, które z kolei dźwigają wielgaśnej wielkości pizze. I właśnie ten placek na górze to Świat Dysku. Na samym jego środku (nazywanej przez miejscowych Osią) od wieków stoi góra Dunmanifestin – siedziba bogów, na której szycie jest Cora Celesti – ich pałac. Bogowie nie mają zbyt wielu zajęć, dlatego też zazwyczaj zajmują się grami. Jednakże ich pionki nie były zwykłe(podobnie zresztą jak gry). Grali oni bowiem śmiertelnikami. I w tym momencie Ślepy Io, grający Klatchem postanowił iż tym razem on będzie górą.
***

Patrycjusz Ankh-Morpork Lord Vetinari (przez złośliwych nazywany „nieusuwalnym”), abolwent elitarnej szkoły skrytobójców, miłośnik nowinek technicznych, oraz przy okazji zapalony gracz w golfa nienawidził, gdy coś nie działało. W jego mniemaniu miasto jest jak olbrzymi zegar. Wystarczy, że dopasujesz wszystkie tryby i nie wymaga napraw. Tymczasem właśnie dostał wiadomość semaforową, że w Klatchu zaobserwowano niepokojące ruchy. Otóż nowo obwołana władczyni Amazonek rzekomo chce obalić rządzącego władcę i przejąć imperium, by odbudować jego dawną świetność. Vetinari wezwał do siebie Vimesa, lecz diuk nie mógł przyjść. Patrycjusz wiedział iż niedawno pokłócił się lekko z Lady Ramkin(jeden z jej smoków osmolił mu jego regulaminowo lśniący pancerz) i powrócił do swej dawnej słabości do bynajmniej nie pustych butelek.
Gdy stracił wszelką nadzieję na przybycie komendanta straży miejskiej, wezwał kap.Marchewę. Krasnoluda wysokiego na dwa metry, lekko przygarbionego o płomiennie rudych włosach. Marchewa miał jedną właściwość. Znał wszystkich i każdy go lubił. Znał też każdy przepis obowiązujący w mieście. Wprawiało to w zakłopotanie patrycjusza, jednakże umiejętności Marchewy rekompensowały wszystko. Co prawda kiedyś były pogłoski, jakoby miałbyć on prawowitym dziedzicem tronu Ankh-Morpork, jednakże nigdy nie miał jakichkolwiek pretensji, więc wszystko w tym aspekcie grało.
Ponieważ krasnolud miałbyć w pałacu dopiero po zakończeniu służby Vetinari udał się do swojego największego skarbu, zamkniętego i ukrytego mistrza i wizjonera – Leonarda z Quirimu. Leonard mimo starego wieku miał wiele nowoczesnych pomysłów i wynajdywał różne rzeczy (nazywane przez niego „wynalazkami”) z prędkością kilku na sekundę. Gdy patrycjusz wszedł do pomieszczenia na strychu starzec kończył właśnie model nowej machiny. Vetinari zadał mu jedno pytanie:
-Skończyłeś?
-O, to Ty lordzie. Tak, ale wprowadziłem kilka modyfikacji...-odparł zaskoczony Leonard
-Nie ważne, to działa?- burknął patrycjusz
-Jak najbardziej... chyba... w sumie to nie wiem... nikt nigdy tego nie próbował.- oczy zmieszanego mistrza pobiegły w dół. Ale jak chcesz panie, mogę zbudować to sam i jeszcze wypróbować.
-Zobaczymy, na razie przyszykuj mi listę niezbędnych materiałów- powiedział, po czym wyszedł pospiesznie, bo do głowy przyszła mu Idea.
***

Wielcy ludzie miewają idee. Ludziom wybitnym (jakim był patrycjusz) do głowy wpadają Idee. Gdy człowiek ma idee nie wie jak ją zrealizować, natomiast Idea to nie sam pomysł. To plan działania, krok po kroku. To cały proces. A Vetinari już wiedział co ma zrobić. Gdy przybył Marchewa zagadał:
-Znasz wszystkich nowoprzybyłych.
-Naturalnie panie, bez tego nie mógłbym rzetelnie sprawować moich obowiązków. Ostatnio do miasta przybyła nowa grupa Wampirów z Überwaldu. Biorą udział w masowej terapii odzwyczajającej od krwi. I innych ich przywar. Wie pan, ten strach przed krzyżami i innymi znakami religijnymi...Ale da się z nimi dogadać...
-Dobrze już dobrze. Proszę Cie o małą przysługę. Znajdź mi grupę odpowiednich ludzi do pewnej delikatnej misji. Mam nadzieje, że wiesz o co chodzi – rzekł, po czym uśmiechnął się w sposób mówiący:”od tego zależy twoja przyszłość”.
***

Nazajutrz Marchewa przybył z kompanią trzech osobników. Gdy zostali wpuszczeni do gabinetu patrycjusza powiedział:
-Pan pozwoli że przedstawię: To jest Rnad Gromotopór jeden z lepszych piekarzy delikatesowego krasnoludzkiego chleba nad Ankh, po prawej widzi pan Ymir-a, doskonałego ogrodnika z Überwaldu, a na koniec przedstawiciel rasy Nac Mac Feegle, Jock Grajek, wybitny bard. Wiem, że drużyna ta wydaje się niestandardowa, jednakże jestem pewien iż lepszych i bardziej oddanych ludzi pan nie znajdzie
-Dobrze więc, kapitanie pozwoli pan że zamienie z nimi parę słów na-o-s-o-b-n-o-ś-c-i- wycedził przez zęby Vetinari, po czym wkazał Marchewie drzwi.- A więc co was skłoniło do pomocy naszemu miastu?? - zwrócił się już do swych gości lord, po czym rozłożył się wygodnie na krześle w oczekiwaniu na odpowiedź.

[color=red:8cd14efaf9][A więc sesje uważam za rozpoczętą. Możecie pokierować Waszymi rozmowami z Vetinarim, byle nie przesadzić:PP I nie kończcie jej proszę jednoznacznie, bo na razie macie mu się tylko przedstawić z jak najlepszej(??) strony][/color:8cd14efaf9]
Fristron
USER_AVATAR
[size=6:f0e0f887f8]oh puck, na śmierć o tym zapomniałem xP [/size:f0e0f887f8]

- Nu - mruknął Jock - wicie, kciałbym się przy-sy-ły-su-żyć temu, no... miastu, o. Wicie-rozumicie, tych co się przy-sa-ło-żą wpuszczają w miejsca, gdzie można trochu wincej łupów zwinąć - Feegle podszedł do Patrycjusza i kujknął* go w kolano.

______

* Specjalny ruch opracowany przez pokolenia Feegli. Nie ma do końca jasnego znaczenia, wiadomo jednak, że związany jest z upewnieniem się, że Feegle nadal jest martwy.


[size=6:f0e0f887f8]P.S.
Nie mam pomysłu na całą rozmowę, więc wolałem tylko jedną wypowiedź wrzucić :P . Liczę, że inni też sobie o tej sesji przypomną.[/size:f0e0f887f8]
Ymir
USER_AVATAR
Ymir patrzył, z lekką pogardą na Jocka, tak jak to zazwyczaj patrzą starzy już magowie na barbarzyńców i odwrotnie, nie przeszkadzało mu to jednak w jedzeniu dziwnego warzywa, o kształcie przypominającym coś z połączenia marchewki, i arbuza, dodatkowo insze 'coś' wywoływało u niego niesamowitą radość.
-Tfy - Powiedział do króla, z pełnymi ustami, po czym przełknął warzywo-To co mamy robić, a może...Chce pan trochę? - zapytał bez skrupułów, podając królowi warzywo, które jak mu się wydawało śmieje się z niego. I żeby przerwać tą bezczynność ugryzł jego kawałek, po czym zaczął zmieniać kolory, od białego, po różowy.
Alexei
-Ty mały wredny... - nie dokończył Patrycjusz - A co do Ciebie magu to widać, że nie interesujesz się naszym miastem. Ankh-Morpork nie ma, i nie będzie miało króla. Ja z woli ludu jestem patrycjuszem! - Patrycjusz zrobił pauzę, jak przystało na człowieka z Ideą, po czym kontynuował - Wasze zadanie wydaje się być technicznie proste... Czy takie będzie to sie okaże... Wyruszycie na front do Klatchu... Znaczy frontu jeszcze nie ma, ale za dwa, najdalej trzy tygodnie będzie. Oczywiście mam dla Was coś specjalnego, ale żeby to zobaczyć musicie przyjść po upływie paru dni. Na razie czekajcie na moje wezwanie... - Grupa opuściłą Gabinet Vettinariego, a ten z zadowoleniem ułożył się w fotelu.

[color=red:25100ee289][Macie teraz czas wolny, znaczy się możecie razem wyjść gdzieś na miastoxddd, albo nie wiem skoczyć do pubu na piwko... Wolna Amerykanka:PP][/color:25100ee289]
Ymir
USER_AVATAR
Ymir zastanawiał się jeszcze jakiś czas czym się różni patrycjusz od króla, skoro i ten i ten robi o samo zasiada na tronie i pyszni się 'jaki to on nie jest'. Chwilę później zawitali do karczmy 'Pod Kiścią Winogron', gdzie wyróżnić można było dwóch pijanych, aktualnie leżących na stole strażników i jakichś dwóch bijących się oprychów. Zasiedli przy jednym ze stolików obserwując całe to towarzystwo i czekając, aż któryś z nich ruszy się w końcu po piwo.